Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Branża stoczniowa – awansuj albo giń

Pobierz PDF

Rozmowę prowadzi Marcin Wandałowski – redaktor prowadzący „Pomorskiego Przeglądu Gospodarczego”.

Skąd wziął się pomysł na to, by zbudować od zera firmę produkującą konstrukcje stalowe na potrzeby przemysłu morskiego? Czy nie jest to typ działalności zarezerwowany dla wielkich stoczni?

Naszą firmę założyłem wraz z dwoma wspólnikami 18 lat temu. To typowa historia z tamtych lat – zdecydowaliśmy się na rozpoczęcie biznesu, rzucając na szalę swój prywatny majątek jako zabezpieczenie. Wierzyliśmy, że uda nam się zaistnieć w branży produkcji konstrukcji stalowych. Od samego początku mieliśmy świadomość, że wykonując jedynie proste prace, dużo nie osiągniemy. Nie chcieliśmy być kolejną firmą „tłukącą tony” o bardzo niskiej wartości dodanej. Takie produkty może wykonywać prawie każdy lekko przyuczony spawacz. Bycie w pełni uzależnionym od konkurowania cenowego jest ryzykowne i mało perspektywiczne. Naszym celem było możliwie szybkie rozpoczęcie produkcji bardziej zaawansowanych produktów.

Na początku jednak nie mieliście chyba wyjścia i musieliście zacząć od rzeczy prostych i niskomarżowych…

Owszem, zaczynaliśmy od zupełnie prostych rzeczy, takich jak produkcja pokryw lukowych – było to typowe przerzucanie ton. Tak jak Pan wspomniał – to był nasz start, nie mieliśmy innego wyboru. Żeby w ogóle uruchomić produkcję, musieliśmy przedstawić bankowi promesę rozwoju. Było to możliwe wyłącznie dzięki kontraktowi ze Stocznią Gdynia na produkcję pokryw lukowych. Przez pierwszych kilka lat działalności byliśmy skazani na współpracę z tym partnerem. Były lata, kiedy cała nasza produkcja szła właśnie do gdyńskiej stoczni. Wiadomo jednak, jak ona skończyła. Nam na szczęście udało się jeszcze trafić na moment, w którym była wypłacalna. Uzyskaliśmy dzięki temu stabilność.

Gdyńska stocznia nie pociągnęła Was w dół, gdy upadała?

Na szczęście nie – zanim doszło do jej upadłości, zaczęliśmy rozglądać się za zagranicznym partnerem do współpracy. Takim, z którym można wiązać plany na przyszłość, a nie tylko tymczasowo. Zwróciliśmy się do dwóch światowych gigantów z branży produkcji morskich konstrukcji stalowych o wyższym stopniu złożoności – skandynawskich koncernów MacGregor i TTS. Specjalizują się one w dostawie między innymi urządzeń takich jak: burty, rampy, unoszone pokłady czy drzwi zewnętrzne. Wszystkim swoim produktom zapewniają globalny serwis – jeśli któreś z ich urządzeń zepsuje się gdziekolwiek na świecie, są oni zobowiązani w ciągu kilkunastu godzin je naprawić. Udało nam się nawiązać współpracę w dużej mierze dzięki nabytym już wcześniej kontaktom osobistym z przedstawicielami tych firm.

Jaki był zakres tej współpracy?

Od ponad 15 lat dostarczamy na ich zlecenie zestawy drzwi i ramp, w które wyposażane są największe statki pasażerskie na świecie. Jeśli spojrzeć na kadłub statku jako całość, zajmujemy się produkcją najbardziej zaawansowanych elementów. Dostarczamy nie tylko blachę, ale też powiązaną z nią instalację hydrauliczną, siłowniki, instalację elektryczną. To konkretny wyrób, który jest pakowany, a następnie wysyłany do stoczni, gdzie spawają go do burty.

Naszą produktywność oceniam na 2,5–3‑krotnie wyższą niż w tradycyjnie realizowanym przemyśle stoczniowym. Świadczy to o skali złożoności i wartości towaru, który produkujemy. W branży stoczniowej produkcja statków pasażerskich jest dziś zresztą najbardziej zaawansowanym i opłacalnym biznesem. Cruiser budowany w niemieckiej stoczni Meyer Werft ma wartość około miliarda euro. Rocznie powstają tam takie dwa. Najdroższy statek wyprodukowany w polskiej stoczni – kablowiec z Remontowej, miał wartość 120 mln euro. Można łatwo zauważyć różnicę.

W branży stoczniowej produkcja statków pasażerskich jest dziś najbardziej zaawansowanym i opłacalnym biznesem. Udało się nam pod niego podpiąć.

Odgrywacie zatem rolę zaawansowanego podwykonawcy?

Tak – pozwala nam to uzyskać stabilizację działalności na wysokim poziomie. Trzeba mierzyć siły na zamiary. Stanięcie w szranki z globalnymi gigantami przekracza nasze możliwości finansowe i organizacyjne. Aby myśleć o przejęciu ich funkcji, musielibyśmy nie tylko produkować, ale i serwisować urządzenia na całym świecie. Wymagałoby to stworzenia potężnej firmy. Nie tylko my, ale też żadne polskie przedsiębiorstwo z branży stoczniowej nie jest w stanie równać się z takimi konkurentami.

Patrząc na skalę projektu, jakim jest budowa cruisera, podwykonawców takich jak Wy musi być w całym procesie wielu. Czy można zatem powiedzieć, że najnowocześniejsze statki pasażerskie są w istocie „składakami” powstałymi z części produkowanych we wschodnioeuropejskich stoczniach?

Najprostsze elementy są produkowane za granicą, natomiast Niemcy zostawiają sobie najbardziej wartościowe czynniki tworzące wartość. Taka jest kolej rzeczy – jeśli poważnie myśli się o biznesie, trzeba pozostawiać u siebie rzeczy generujące najwyższy dochód. Dotyczy to nie tylko branży stoczniowej, ale też każdej innej. Produkcja prostych elementów nie ma długoterminowych perspektyw – taka działalność prędzej czy później przenosi się w inne miejsce. Wspominałem o naszych początkach i produkcji pokryw lukowych. Teraz w Europie nigdzie się ich już nie produkuje – tę działalność w całości przejęli Chińczycy.

Jeśli poważnie myśli się o biznesie, trzeba pozostawiać u siebie rzeczy generujące najwyższy dochód. Dotyczy to nie tylko branży stoczniowej, ale i każdej innej. Produkcja prostych elementów nie ma długoterminowych perspektyw – taka działalność prędzej czy później przenosi się w inne miejsce.

Czym jeszcze, oprócz produkcji konstrukcji dla MacGregora i TTS, zajmuje się Wasza firma?

Korzystamy na rosnącym – głównie w Skandynawii, Francji i Wielkiej Brytanii – popycie na połączenia promowe ‒ produkujemy linkspany oraz gangwaye. Pierwsza z tych konstrukcji jest swego rodzaju podnoszonym mostem, który ma za zadanie połączyć keję z promem pasażersko­‑samochodowym, który do niej dobił. Druga to natomiast odpowiednik „rękawa” łączącego na lotnisku samolot z terminalem, tyle że wykorzystywany przez statki.

Jakie są Wasze główne przewagi konkurencyjne?

Naszym podstawowym atutem jest jakość, możliwa do uzyskania dzięki wieloletniemu doświadczeniu oraz bardzo dobrej kadrze pracowniczej – zarówno inżynierskiej, jak i pracowników fizycznych. Niezwykle istotna w kontakcie z kontrahentami jest też stabilność finansowa firmy – jesteśmy wiarygodnym partnerem, nie prosimy o traktowanie na szczególnych warunkach. Dochodzi do tego terminowość. Jeszcze nigdy nie zdarzyło nam się nie zdążyć z projektem na czas. W tej chwili w branży zwraca się na to dużą uwagę.

Jak wygląda otoczenie konkurencyjne firmy?

Produkcją wykonywanych przez nas konstrukcji stalowych do cruiserów zajmuje się w Europie jeszcze jeden wykonawca z Chorwacji. Do niedawna konkurowaliśmy też z dwoma innymi firmami – z Łotwy oraz Francji – które w tym momencie znajdują się jednak w stanie upadłości. Z pewnością dałoby się znaleźć chińskie przedsiębiorstwa zajmujące się podobnymi rzeczami. Nie dorównują nam one jakością, lecz są znacznie tańsze. Jeżeli klientowi zależy na jakości, wybierze nas, jeżeli zaś na cenie – firmę z Chin. Naszą cenę podtrzymujemy świadomie – nie chcemy rywalizować na tej płaszczyźnie z Azjatami. I tak nie mielibyśmy szans w wyścigu z nimi. Uważamy, że dostarczamy bardzo dobry towar, za który oczekujemy godziwego wynagrodzenia. Koszty pracy cały czas rosną. Musimy podnosić wartość produktu, żeby móc zapłacić naszym pracownikom. Długoterminowo nie ma innego wyjścia.

Czy Waszą sytuację poprawiają masowe migracje Ukraińców, którzy mogą być skłonni pracować za niższe pieniądze niż polscy fachowcy?

Potrzebujemy naprawdę wysoko wykwalifikowanych pracowników – z tzw. górnej półki w przekroju całego przemysłu stoczniowego. Osób, które są samodzielne, potrafią czytać rysunek techniczny, które posiadają odpowiednie kwalifikacje. Trudno nam się w tym momencie posiłkować Ukraińcami, ponieważ nie znajdujemy wśród nich osób o pożądanych przez nas doświadczeniu i predyspozycjach.

Czy wykwalifikowanych pracowników, których poszukujecie, nie kusi wyjazd na Zachód?

Choć wynagrodzenia w naszej firmie są wysokie, nie jesteśmy w stanie powstrzymać osób, które chcą zarobić więcej za granicą – takie jest ich prawo. Praktycznie wszyscy, którzy się na to decydują, wybierają Skandynawię. Jednak już zarobki, jakie oferuje się im np. w Niemczech, nie są o wiele wyższe od możliwych do uzyskania u nas i nie stanowią dla nich pokusy. Odpływ pracowników jest dla nas bez wątpienia problemem – zostali przecież wyszkoleni, nabrali umiejętności i kultury współpracy z zagranicznym klientem. Łatwo im się później zaadaptować w podobnych warunkach w Norwegii, głównie w sektorze offshore. Nieco inaczej ma się sytuacja, jeśli chodzi o kadrę inżynierską – tu rotacja nie jest aż tak duża. Polski rynek wydaje się dla specjalistów z tej dziedziny dość atrakcyjny.

Choć wynagrodzenia w naszej firmie są wysokie, nie jesteśmy w stanie powstrzymać osób, które chcą zarobić więcej za granicą, przede wszystkim w Skandynawii. Jednak już zarobki, jakie oferuje się im np. w Niemczech, nie są o wiele wyższe od możliwych do uzyskania u nas i nie stanowią dla nich pokusy.

Vogen jest jedną z wielu firm tworzących trójmiejski ekosystem stoczniowy. Czy działalność w takim otoczeniu stanowi dla Was pewną korzyść, czy też nie jest to przez Was odczuwane?

W tej branży każda firma jest w pewien sposób powiązana z innymi. W przemyśle stoczniowym nie ma możliwości rozłożenia produkcji w czasie. Jest kontrakt na budowę statku i musi on być zrealizowany w konkretnym terminie bez względu na przeróżne problemy. Bez współpracy z kooperantami, po sąsiedzku, nie da się tego zrobić. Często jesteśmy proszeni o pomoc przy kontrakcie realizowanym przez inne lokalne przedsiębiorstwo, a innym razem to my prosimy o wsparcie. Nie da się tu działać zupełnie samemu. Inna rzecz, że w ogóle by się to nie opłacało – nie ma sensu tworzyć całych działów firmy z myślą o jedynie sporadycznie wykonywanych procesach. Generowałoby to koszty przy braku stałego dochodu.

W przemyśle stoczniowym nie ma możliwości rozłożenia produkcji w czasie. Jest kontrakt na budowę statku i musi on być zrealizowany w konkretnym terminie bez względu na przeróżne problemy. Bez współpracy z kooperantami, po sąsiedzku, nie da się tego zrobić.

A zatem współpraca jest lepszą strategią niż „zabijanie się” o każdą złotówkę?

Zwłaszcza podczas koniunktury. Wiadomo, że gdy nadchodzi słabszy okres, każdy dba bardziej o siebie. Ale gdy niedawno panował boom na offshore’y, przedsiębiorstwa, które popodpisywały kontrakty, nie dałyby rady zrealizować ich samemu – były wręcz skazane na współpracę. A chętnych było sporo – na początku „fali”, gdy ktoś się pod nią podpiął, mógł liczyć na bardzo duże profity. To zresztą uśpiło czujność wielu przedsiębiorstw. Liczne firmy, zajmujące się dotąd zupełnie innymi rzeczami, zaczęły wchodzić w offshore z myślą o szybkim zarobku. Branża rozrosła się z kilku do kilkunastu, jeśli nie kilkudziesięciu firm, spośród których wiele było spoza Wybrzeża, niektóre były nawet z centrum Polski. Wzrost podaży spowodował presję na spadek cen, co obniżyło również marże. Kiedy rynek się załamał, przedsiębiorstwa, które skupiły się wyłącznie na offshore, wpadły w poważne tarapaty. Nasza działalność była na szczęście zdywersyfikowana i nie odczuliśmy aż tak mocno tego załamania. Teraz, gdy rozkwit offshore minął, rynek stał się bardzo mały.

Co może być kolejną jaskółką, która uczyni wiosnę? Gdzie szukać nowego boomu?

Najbardziej przewidywalna jest dziś z pewnością produkcja dużych statków pasażerskich. Stocznie, takie jak Meyer Werft w Niemczech, STX we Francji czy Fincantieri we Włoszech, mają zapełniony portfel zleceń do 2025 roku. Każda z nich buduje 1–2 statki rocznie. Nie ma jak na razie sygnałów, by miało się to załamać. Przeciwnie – wiele firm szuka pomysłu na to, jak podpiąć się pod ten segment.

Czy Azjaci walczą o odbicie także tego sektora?

Bez wątpienia wielkim rynkiem są Chiny – mieszkańcy Państwa Środka bogacą się i chcą zwiedzać świat drogą morską. W tej chwili Chińczycy starają się podłączyć pod produkcję, sami jeszcze nie są w stanie produkować takich statków. Są przymiarki, próbują wejść na rynek. Prędzej czy później na pewno im się to uda.

Jak w przemyśle morskim pozycjonuje się Pomorze? Specjalizujemy się przede wszystkim w pracach kadłubowych?

Raczej tak. Jedynym wyjątkiem jest Remontowa, która dostarcza w pełni wyposażone statki i je woduje. Czasem takie zlecenia ma też Stocznia Crist. Większość pozostałych firm zajmuje się natomiast pracami kadłubowymi. Nie jest to jednak produkcja perspektywiczna.
Jaka powinna być zatem wizja, strategia pomorskiego przemysłu stoczniowego? Jedyną opcją jest podpięcie się pod produkcję cruiserów?
Nie mamy potencjału, by zająć się ich produkcją od początku do końca. Jeśli natomiast nie „chwyci się” produktu końcowego, to można pełnić funkcję co najwyżej podwykonawców – przede wszystkim mniej zaawansowanych, najbardziej pracochłonnych elementów.

Nie brzmi to zbyt optymistycznie. Czy jednak pewną nadzieją, powiewem świeżości dla pomorskiej branży może stać się nadejście nowego pokolenia? Może jego reprezentanci będą mieli lepsze pomysły, większą odwagę?

Moje pokolenie zaczynało pracować za komuny i po 1989 roku musiało przestawić się na nowe tory. Wiązało się to z nauką od początku nieznanego dotąd podejścia do biznesu. Stare doświadczenia, z minionego okresu, nie były właściwie do niczego potrzebne – nastąpił zwrot o 180 stopni. Nie było to łatwe przejście. Z kolei obecnie młodzi z jednej strony nie mają takiego bagażu doświadczeń, a z drugiej myślą bardzo perspektywicznie – gdzie można zrobić karierę, gdzie jest ciekawa praca, w których branżach przemysł jest najbardziej rozwojowy. Z ich perspektywy przemysł stoczniowy taki nie jest. Trudno, by pojawiły się tu przełomowe zmiany technologiczne, czy zmiana światowego status quo, w którym miejsce polskich firm jest raczej marginalne.

Dodatkowo biznes ten jest bardzo kapitałochłonny, co stanowi dla nas ogromną barierę. Zwróćmy uwagę, że polska branża stoczniowa zaczęła się rozwijać dopiero po wojnie. W Niemczech kapitał i doświadczenie buduje się już od XVIII wieku. Nie da się tego nadrobić w ciągu roku czy dwóch. Nawet jeśli więc przyjdzie młode pokolenie, zastanie takie warunki, jakie są. Nie wiem, czy będą chcieli angażować swoją energię, czas i środki w rozwój biznesu z tak dużymi barierami wejścia. Większość nowych, intensywnie rozwijających się branż nie stawia aż tak wysokich wymogów. Gdybym był dziś młody, właśnie tam spróbowałbym swoich sił.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Jak przedsiębiorca może zainspirować młodzież?

Pobierz PDF

Rozmowę prowadzi Marcin Wandałowski – redaktor prowadzący „Pomorskiego Przeglądu Gospodarczego”.

Skąd wziął się pomysł na to, by założyć fundację mającą za zadanie kształtować przedsiębiorcze postawy wśród młodzieży?

Cztery lata temu problemy zdrowotne spowodowały, że nie mogłem już pracować jako dziennikarz. Kiedy dotarło do mnie, że nie wrócę do tego, czym do tej pory się zajmowałem i co bardzo lubiłem, musiałem ponownie „znaleźć na siebie pomysł”. Mój syn był wówczas uczniem gimnazjum, uczęszczał do klasy z elementami przedsiębiorczości. Zaproponowałem, że stworzę dla uczniów jego klasy okazję do poznania kilku firm – tak by wraz z innymi mógł zobaczyć, jak od kuchni wygląda funkcjonowanie takich organizacji.

Pierwsze z przedsiębiorstw, które odwiedzili – Professor Why – miało siedzibę w Olivia Business Centre (OBC). Firma ta dopiero co wprowadziła na rynek wirtualne laboratorium chemiczne. Namówiłem właścicieli, aby pokazali gimnazjalistom, w jaki sposób ono działa. Potrzebna była jednak do tego odpowiednia przestrzeń. Poprosiłem Prezesa OBC, Macieja Grabskiego, by udostępnił nam na kilka godzin Sky Club. Udało się. Dwa tygodnie później Maciej nakłonił mnie, bym zaczął organizować takie spotkania także dla innych młodych ludzi z całego regionu.

Co nastąpiło dalej?

Zacząłem rozmawiać ze znajomymi przedsiębiorcami. Niemal wszystkim spodobał się pomysł przyjmowania uczniów. Celem ich wizyt nie miało być jednak samo zwiedzanie firm – to za mało. Szybko doszliśmy do tego, że najważniejsze, co możemy tym młodym ludziom zaoferować, to spróbować wykształcić w nich postawy związane z przedsiębiorczością. Szczególnie zależało i zależy nam na uczniach spoza Trójmiasta i do nich przede wszystkim zaadresowaliśmy naszą propozycję.

Nie każdy ma jednak przecież naturalne predyspozycje do zostania biznesmenem…

Przedsiębiorczość rozumiem jako pewnego rodzaju życiową zaradność. Nie chodzi o to, żeby zmuszać młodzież do zakładania i prowadzenia własnej działalności gospodarczej, lecz o nauczenie ich tego, jak sobie radzić w życiu. Uważam, że warto młodym ludziom pokazywać przykłady firm, w których mogą kiedyś pracować lub które mogą też być inspiracją do otwarcia własnego biznesu. Takie wizyty są „dotykaniem” prawdziwego życia. Dla nastolatków jest to często nowość – zazwyczaj nie mają tego typu doświadczeń.

Przedsiębiorczość rozumiem jako pewnego rodzaju życiową zaradność. Nie chodzi o to, żeby zmuszać młodzież do bycia biznesmenami, lecz o nauczenie ich tego, jak sobie radzić w życiu.

Gdy zbliża się matura, młody człowiek musi podjąć decyzję – czym będzie się zajmował w przyszłości, czy wybierze studia albo od razu rozpocznie pracę zawodową? Ten wybór zwykle rzutuje na całe życie. Na ogół podejmowane decyzje są natomiast dość przypadkowe. Często opierają się one bowiem na modzie, chęci utrzymania dotychczasowych znajomości lub presji najbliższego otoczenia. Wierzę, że odwiedzenie firm, poznanie przedsiębiorców i pracowników – te wszystkie działania mogą być dla młodych wskazówką pomocną w dokonaniu właściwego wyboru.

Niestety, mimo niskiego bezrobocia wielu młodych ludzi z wyższym wykształceniem mierzy się dziś z tym, co dalej robić w życiu – skończyli kierunek, po którym trudno znaleźć przyzwoitą pracę, lub taki, który nie jest zgodny z ich zainteresowaniami…

Po studiach oczekiwania są duże, a jeszcze większa rodzi się frustracja, gdy nie uda się ich zrealizować. Szczególnie gdy podczas studiów dana osoba nie była aktywna, nie realizowała się w żaden sposób, nie nabywała żadnych doświadczeń związanych z pracą. Wówczas na rynku pracy dwa lub trzy fakultety mogą nie mieć większego znaczenia. Młodzi o tym nie wiedzą – bardzo wielu z nich kończy szkoły z przekonaniem, że „sobie w życiu poradzą”, po czym znajdują pracę, która nie daje im wiele satysfakcji, a mimo to – z różnych powodów – zaprzestają dalszego dążenia do znalezienia „swojego miejsca”. Jednym z głównych celów działalności naszej fundacji jest rozbudzenie w młodym człowieku chęci poszukiwania. Chcemy sprawić, by mógł zobaczyć, że dużo od niego zależy. Nie wszystko, ale dużo. Że warto być odważnym, bo wtedy znacznie powiększa się dostępny wachlarz możliwości.

W dobie nowoczesnych technologii i szybkich zmian na rynku pracy człowiek powinien być gotowy na to, by ciągle wybierać. To, co dziś jest dobrym wyborem, za 10 lat może być już złą opcją. Niech więc potrafi i ma odwagę, by wybrać wtedy coś nowego. Uważam, że zdolność do takiego szukania i odwaga do podejmowania wyzwań staną się niebawem kluczowymi kompetencjami na rynku pracy. Efektem naszej działalności ma być świadomy wybór przed pójściem na studia – tak, żeby nie marnować trzech lub pięciu lat.

W dobie nowoczesnych technologii i szybkich zmian na rynku pracy człowiek powinien być gotowy na to, by ciągle wybierać. To, na co zdecyduje się dzisiaj, za 10 lat może być już złą opcją. Niech więc potrafi i ma odwagę, by wybrać wtedy coś nowego.

Trudno się z tym nie zgodzić. W jaki jednak sposób wizyty w firmach mogą młodych ludzi uzbroić w większą odwagę, w umiejętność trafniejszego decydowania o własnym losie?

Jestem przekonany, że jeżeli młody człowiek zobaczy przykłady przedsiębiorczości, to mogą go one nakierować na dokonanie lepszego wyboru. Dana firma czy branża może zachęcić albo zniechęcić – to, że komuś się coś nie spodoba, również jest wartością. Dzięki temu będzie on w stanie wykluczyć ścieżkę rozwoju, która prędzej czy później okaże się dla niego niewłaściwa. Podczas spotkań w firmach proszę o to, by przedsiębiorcy i pracownicy nie ukrywali swoich porażek. Jeśli ktoś się po drodze przewrócił, potłukł – niech o tym opowie. Nie chodzi o to, by pokazać młodzieży lukrowany świat – to ma być świat prawdziwy, gdzie odnosi się zarówno sukcesy, jak i porażki, z których trzeba się podnieść, otrzepać z kurzu i iść dalej.

Za sprawą przedsiębiorczości można pokazać wiele radykalnych przykładów, które trafiają do wyobraźni młodego człowieka. Mówię o „radykalnych przykładach” dlatego, że w biznesie wiele spraw jest zero­‑jedynkowych. Albo spełnisz ileś kryteriów i osiągniesz sukces, albo się tobie nie uda i zostaniesz z niczym. To, czy ci się powiedzie, czy nie, jest w głównej mierze efektem twojej pracy. Aby marzenie się ziściło, musisz się napocić i napracować. Biznes jest do bólu pragmatyczny. Przedsiębiorcy są tego najlepszymi, inspirującymi przykładami – oni „coś” zrobili: pracowali, wzięli za siebie odpowiedzialność, nie liczyli, że spadnie im gwiazdka z nieba, byli i są odważni. Staramy się, aby opowiedzieli młodzieży swoją historię, początki, to, w jaki sposób wpadli na pomysł oraz jak go zrealizowali. Młodzi ludzie mają wyjść z takiego spotkania z przeświadczeniem, że warto się wysilić, popracować nad sobą, że rzeczy nie dzieją się same. Ważnym elementem jest to, by doświadczyli w firmie atmosfery codziennej pracy, żeby zobaczyli, czego warto szukać.

W świecie przedsiębiorstw nie można liczyć na to, że marzenie spełni się samo. Aby się ziściło, musisz się napocić i napracować. Biznes jest do bólu pragmatyczny.

W jaki sposób dobieracie odwiedzane firmy do profili poszczególnych klas – „biol.­‑chem.” odwiedza laboratoria, a „mat.­‑fiz.” przedsiębiorstwa zajmujące się big data?

Nasze podejście jest inne. Staramy się wytrącać młodzież z kolein, w które się wpuścili. To nie przejęzyczenie – wybierając taki czy inny profil w szkole średniej, często młodzi ludzie wpuszczają się w koleiny, z których nieraz trudno się wydostać – np. idą do klasy humanistycznej tylko dlatego, że nie lubią matematyki. Zależy nam na tym, by sobie uświadomili, że są też inne możliwości, by poszerzyli swoje horyzonty. Dlatego częściej jest tak, że uczniowie chodzą do firm będących odwrotnością profilu, w którym się uczą, np. humaniści uczą się kodowania. Raz się to sprawdza, a raz nie – ciągle szukamy Świętego Graala.

Podczas spotkań z przedsiębiorcami uczniowie biorą udział w warsztatach. Czego one dotyczą?

Szefowie i pracownicy firm wymyślają zadania. Na przykład w firmie logistycznej Loconi zadaniem uczniów było wytropienie drogi kontenerów od nadawcy do odbiorcy. W Doraco budują z makaronu i jadalnych pianek konstrukcje mające wytrzymać obciążenie. Z kolei w firmie informatycznej Kainos skupiono się bardziej na kwestii postaw – warsztaty dotyczyły przeniesienia na grunt szkolny sposobu kształtowania pracowników: ich umiejętności współpracy, zespołowego realizowania zadań itp. Staram się unikać sytuacji, w których to ja definiuję tematykę tych spotkań, ich sposób prowadzenia. Warto zaufać przedsiębiorcom – starają się. Trzeba brać pod uwagę, że organizacja wizyt i warsztatów nie jest ich statutową działalnością, nie mają w tym doświadczenia. To dla nich nie tylko wyzwanie, ale i koszt – przez dwie godziny kilku pracowników z szefem włącznie poświęca się uczniom.

Z mojej perspektywy wielkim osiągnięciem jest to, że w nasze działania udało się już zaangażować ponad 80 firm. Większość z nich przyjmuje uczniów raz na kwartał. Zapraszając do współpracy, szukamy przede wszystkim przedsiębiorstw gotowych do tworzenia nowej jakości na styku edukacji i biznesu. Chcemy to robić w długiej perspektywie i dlatego szukamy partnerów na lata.

Jakiego typu przedsiębiorstwa już współpracują z Fundacją?

Mamy tu zarówno przykłady wielkich marek typu Bayer, Hilton, Sony Pictures, Intel, jak i przedsiębiorstw lokalnych, zbudowanych na Pomorzu od zera – na nich najbardziej mi zależy. Wydaje mi się, że szczególnie te ten drugi typ firm działa na wyobraźnię młodego człowieka. Jeżeli spotka się on np. z trzydziestoletnim założycielem firmy, jest to dla niego wiarygodny przekaz, że „da się”.

Przez całą rozmowę przewija się kwestia zadowolenia z wyboru ścieżki zawodowej. Czy to zadowolenie powinno być mierzone przede wszystkim wysokością zarobków?

Staramy się pokazać młodym ludziom, że zarobki wcale nie są najważniejsze. Są o tyle istotne, że trzeba mieć za co przeżyć, utrzymać rodzinę. Jednak znam zbyt wiele przypadków niezadowolenia z miejsca pracy mimo wysokich zarobków, żeby można było obok tego przejść obojętnie. Kiedy można zaspokoić podstawowe potrzeby, ważniejsze staje się to, w jakiej atmosferze pracujesz. Wtedy zwraca się uwagę na to, kto jest twoim współpracownikiem, czy ludzie się do siebie uśmiechają, czy można ze sobą porozmawiać, jakie są relacje między szefem a podwładnymi.

Jak wiadomo, kapitał społeczny w polskich, także pomorskich, realiach bardzo kuleje. Uczniowie muszą zobaczyć, że są firmy, w których ludzie sobie ufają, że panują w nich prostolinijne relacje, że szef deleguje swoje zadania niżej, a osoby na różnych stanowiskach są ważne i odpowiadają za poszczególne części większego procesu. Folwarczny charakter biznesu ma się w Polsce dobrze, ale chcemy pokazywać, że nie wszędzie tak jest. Młody człowiek, który pozna przedsiębiorstwa współpracujące z naszą Fundacją, w przyszłości będzie szukał pracy, w której będzie traktowany podmiotowo, z szacunkiem. Odwiedzane firmy mają być świadectwem, że takie miejsca pracy można stworzyć nie za oceanem czy zachodnią granicą, ale u nas, za miedzą. Trzeba włożyć w to dużo wysiłku, ale to jest osiągalne.

Folwarczny charakter biznesu ma się w Polsce dobrze, ale chcemy pokazywać, że nie wszędzie tak jest.

Jakie relacje zachodzą dziś między światem szkolnym a światem firm – czy są one ze sobą w pewnym stopniu tożsame, czy też stanowią zupełnie rozdzielne byty?

W polskich realiach szkoły i firmy to dwa różne światy, dwa odrębne silosy. Powinno im być do siebie bardzo blisko, a jest im bardzo daleko. Symbioza między tymi środowiskami powinna być – moim zdaniem – czymś naturalnym. Obecnie tak niestety nie jest – za sprawą komunizmu oraz „dzikich” lat dziewięćdziesiątych wielu przedsiębiorców traktuje swoje firmy jako samotne wyspy, których nie obchodzi otoczenie. Model, który ukształtował się wówczas w polskiej przedsiębiorczości, można sprowadzić do tego, że przed drzwiami firmy zawsze stoją osoby szukające pracy, więc nie trzeba się przejmować potrzebami pracowników, bo zawsze znajdzie się ktoś inny na ich miejsce. Tymczasem sytuacja zmieniła się dziś diametralnie – bezrobocie jest bardzo niskie, brakuje ludzi do pracy. W takiej sytuacji firmy powinny się otworzyć, wyjść do szkół.

Z kolei w szkołach – szczególnie w liceach ogólnokształcących – panuje przekonanie, że są etapem pośrednim w edukacji i nie biorą odpowiedzialności za to, co się stanie z absolwentami. To błędne podejście. Od Edwarda Mazura, dyrektora bytowskiego ogólniaka, usłyszałem, że liceum ogólnokształcące jest też poniekąd szkołą zawodową – odpowiada bowiem za przygotowanie swoich uczniów do życia po maturze. Bardzo trafna opinia. Szkoda, że odosobniona.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Czasem dobrze nie wiedzieć, że „się nie da”

Pobierz PDF

Rozmowę prowadzi Marcin Wandałowski – redaktor prowadzący Pomorskiego Przeglądu Gospodarczego

Jak doszło do powstania firmy SpaceForest?

W 2004 r. wraz z dwójką wspólników założyliśmy firmę Telemobile Electronics, zajmującą się naprawą sprzętu telekomunikacyjnego, w szczególności wykorzystywanego przez operatorów sieci komórkowych. Wówczas po raz pierwszy zetknęliśmy się zawodowo z filtrami mikrofalowymi. Są to urządzenia wykorzystywane we wszystkich bezprzewodowych urządzeniach nadawczo-odbiorczych, np. radarach czy satelitach. Aby poprawnie funkcjonowały, muszą być odpowiednio dostrojone. Do tej pory proces ten musiał być ręcznie wykonywany. A jest to zajęcie nudne, żmudne i czasochłonne – dostrojenie jednego filtra może zająć fachowcowi od kilkunastu minut do kilku godzin. W wyniku doświadczeń związanych z naprawą tego sprzętu pojawił się pomysł, by zautomatyzować ten proces. W tym celu otworzyliśmy dział badawczo-rozwojowy firmy. Po kilku latach zdecydowaliśmy jednak, że wydzielimy spółkę zajmującą się B + R. Była to odpowiedź na uwagi niektórych klientów, dla których to, że jednocześnie zajmujemy się tworzeniem innowacji i naprawą sprzętu elektronicznego, było dość wątpliwe i niecodzienne. W taki właśnie sposób na początku 2012 r. powstała firma SpaceForest.

W jaki sposób udało się Wam rozwinąć prace badawczo-rozwojowe związane ze strojeniem filtrów?

Najpierw skupiliśmy się na stworzeniu oprogramowania wspomagającego i usprawniającego pracę człowieka. Kolejnym krokiem było zaprojektowanie robota samodzielnie strojącego filtry. W 2007 r. uzyskaliśmy dofinansowanie Narodowego Centrum Badań i Rozwoju na prace nad rozwojem oprogramowania. Pozostałe środki przeznaczone na ten cel pochodziły z zysków z napraw – inwestowaliśmy własne pieniądze. Dzięki temu udało nam się stworzyć pierwszą wersję oprogramowania oraz model pierwszego robota automatycznie strojącego filtry. Cały proces był niezwykle wiedzo- i czasochłonny – prace nad software’em rozpoczęliśmy w 2006 r., a pierwsza sprzedaż nastąpiła 6 lat później.

Proces komercjalizacji naszego oprogramowania był niezwykle wiedzo- i czasochłonny. Prace nad software’em rozpoczęliśmy w 2006 r., a pierwsza sprzedaż nastąpiła 6 lat później.

Za pracami badawczo-rozwojowymi w SpaceForest stoi mój kolega i wspólnik ‒ dr hab. inż. Jerzy Michalski. Opracowanie technologii w przeważającej mierze było możliwe dzięki jego uporowi, talentowi i zaangażowaniu. Zbudował wokół siebie cały zespół ludzi, którzy stanowią dziś badawczą „nogę” naszej firmy.

Wszędzie na świecie filtry mikrofalowe są strojone ręcznie? Nikomu innemu prace nad zautomatyzowaniem tego procesu się nie powiodły?

Wiele dużych firm, głównie producentów filtrów mikrofalowych, próbowało stworzyć takie oprogramowanie, jednak im się to nie udawało. W efekcie praktycznie na całym świecie filtry dalej są strojone ręcznie. A skala tego rynku jest ogromna – niektóre firmy produkują setki tysięcy, jeśli nie miliony sztuk filtrów rocznie.

Jakim cudem mała gdyńska firma stworzyła coś, co nie udało się globalnym potentatom?

Wydaje mi się, że kluczowe było to, że podeszliśmy do tego wyzwania z zupełnie innej strony niż producenci filtrów. Nie mieliśmy bagażu doświadczeń związanego z ich projektowaniem i produkcją, mogliśmy spojrzeć na problem z innej perspektywy. Dodatkowo nie mieliśmy przekonania, że tego „nie da się zrobić”. Wielu dużym firmom się to nie udało, więc nabrały pewności, że stworzenie takiego oprogramowania jest praktycznie niemożliwe. Do tego stopnia, że nawet po zaprezentowaniu naszego know-how nasi potencjalni klienci, których staraliśmy się nim zainteresować, nie chcieli uwierzyć, że osiągnęliśmy sukces. „Tym się nie udało, tamtym również, niemożliwe więc, że dokonała tego mała, niepozorna firma z Polski” – myśleli. Jak widać, bycie „czystą kartką” może czasem okazać się atutem w biznesie.

Udało nam się wypracować unikatowe know-how w dużej mierze dzięki temu, że nie mając dużego bagażu doświadczeń, mogliśmy spojrzeć na problem z innej perspektywy. Dodatkowo nie mieliśmy – jak wielu potentatów, którym się nie powiodło – przekonania, że tego „nie da się zrobić”.

To, co robicie, jest unikatowe w skali świata?

Według naszej wiedzy jesteśmy jedyną firmą na świecie, która komercyjnie sprzedaje oprogramowanie służące do strojenia filtrów mikrofalowych. Wiem, że od czasu, kiedy wyszliśmy na rynek i gdy pojawiły się publikacje naukowe naszych pracowników dotyczące tej technologii, wiele firm wróciło do tworzenia własnego oprogramowania. Niektórym z nich do pewnego stopnia się to udaje, lecz robią to tylko na własne potrzeby, w celu zdobycia przewagi konkurencyjnej na rynku. My natomiast sprzedajemy technologię każdemu, kto będzie zainteresowany.

Waszymi klientami są głównie producenci filtrów?

Naszym software’em oraz doskonalonymi właśnie rozwiązaniami automatycznymi są zainteresowane przede wszystkim firmy produkujące sprzęt do telefonii komórkowej, np. Nokia, Ericsson, Huawei, a także przedsiębiorstwa zajmujące się produkcją sprzętu do telekomunikacji satelitarnej czy tworzące rozwiązania radarowe dla wojska. Są to w przeważającej większości znane globalnie marki.

W jaki sposób udało się Wam dotrzeć do potentatów ze swoją ofertą?

Jak wspominałem, początkowo ogromną barierą było samo udowodnienie, że nasze algorytmy działają. Szczególnie gdy wiele osób twierdziło, że ich stworzenie jest niewykonalne. Nie zrażaliśmy się jednak – jeździliśmy na targi, tworzyliśmy publikacje naukowe, mówiąc wprost: wykonywaliśmy żmudną pracę po to, by przekonać reprezentantów branży, że faktycznie dokonaliśmy ‒ jak wielu się wydawało ‒ czegoś niemożliwego. Nareszcie udało nam się trafić z naszym know-how do pierwszego dużego klienta. Później, mając już rekomendacje z jego strony, było znacznie łatwiej.

Nazwa Waszej firmy wskazuje, że macie do czynienia z branżą kosmiczną – czy faktycznie tak jest?

Pierwszym klientem, który zdecydował się na kupno naszego oprogramowania, była firma produkująca filtry satelitarne – tu nastąpiło nasze pierwsze zetknięcie z branżą kosmiczną. Kończymy też obecnie drugi projekt realizowany dla Europejskiej Agencji Kosmicznej, którego celem jest stworzenie prototypu generatora służącego przemianie częstotliwości na satelitach telekomunikacyjnych. W efekcie końcowym ma z tego powstać gotowe do wyprodukowania, „sprzedawalne” urządzenie. Będzie je produkował nasz partner – na razie nie dysponujemy jeszcze odpowiednim zapleczem produkcyjnym. Obecnie jednak jesteśmy w trakcie budowy nowej siedziby spółki, w której zaplanowaliśmy pomieszczenia, gdzie będziemy mogli produkować zaawansowane urządzenia związane z elektroniką satelitarną.

Oprócz tego pracujemy też nad rozwojem rakiety badawczej – jest to nasza pasja. Kilka osób zatrudnionych w naszej firmie, w tym również ja, to modelarze rakietowi. Przez wiele lat robiliśmy modele rakiet dla własnej satysfakcji, w pewnym momencie pojawił się pomysł, czy naszego zainteresowania nie przenieść na obszar komercyjny. Wzięliśmy już chociażby udział w trzyletnim projekcie pod egidą Komisji Europejskiej, w ramach którego stworzyliśmy rakietę badawczą, wyposażoną w różnego typu czujniki komunikujące się ze sobą bezprzewodowo, a nie za pomocą kabli, co jest obecnie w tej branży standardem.

W jaki sposób chcecie przekuć rakietowe hobby w biznes?

W Szwecji i Norwegii istnieją przynajmniej dwa ośrodki oferujące usługi rakietowe, w ramach których klienci mogą przetestować, przebadać swoje urządzenia elektroniczne czy pomysły naukowe w warunkach mikrograwitacji. Planujemy stworzyć taką usługę także w Polsce – takiej oferty nie ma jeszcze na krajowym rynku. Naszymi klientami mogłyby być zarówno uczelnie, jak i firmy komercyjne, których produkty mają być docelowo umieszczane na orbitach w kosmosie.

W Szwecji i Norwegii istnieją przynajmniej dwa ośrodki, oferujące usługi rakietowe, w ramach których klienci mogą np. przetestować zachowanie swoich urządzeń elektronicznych w warunkach mikrograwitacji. Planujemy być pierwszą firmą, która stworzy taką usługę na polskim rynku.

Kosmos to więc nie tylko wysyłanie ludzi na Księżyc…

Kosmos to dziś przede wszystkim bardzo perspektywiczny biznes, czego najlepszym dowodem są firmy zarabiające ogromne pieniądze na wynoszeniu i obsłudze satelitów oraz przesyle informacji.

Czy w Polsce mamy pewne doświadczenia w tej branży?

Nie mogę mówić o całym sektorze kosmicznym, lecz bez wątpienia mamy tradycje związane z rakietami. W latach 70. prof. Jacek Walczewski prowadził zaawansowany projekt dotyczący rozwoju rakiet meteorologicznych. Polacy mogli być bodajże piątym krajem, który przekroczył umowną granicę kosmosu. Wiele osób twierdzi nawet, że tak się stało, jednak osiągnięcie to nie zostało oficjalnie uznane. Kiedy program rakietowy zaczął nabierać tempa, Związek Radziecki go wygasił. Od tego czasu w Polsce w zakresie użytkowania rakiet cywilnych nie działo się już praktycznie nic. Ponowne zainteresowanie tematem rakiet badawczych można obserwować dopiero na przestrzeni kilku ostatnich lat.

Czy jako SpaceForest zajmujecie się też innego typu projektami niezwiązanymi ze strojeniem filtrów i z branżą kosmiczną?

Owszem – projektujemy i produkujemy urządzenia na zamówienie. Ostatnio Politechnika Gdańska zleciła nam wyprodukowanie na jej licencji kilku przyrządów edukacyjnych do pomiaru pola rozkładu w liniach mikropaskowych. Możemy się też pochwalić stworzonymi przez nas sprzęgaczami mikrofalowymi, które są wykorzystywane w akceleratorze cząstek w szwedzkim Lund. W ubiegłym roku wyprodukowaliśmy i sprzedaliśmy ponad 60 takich urządzeń na zlecenie Politechniki Warszawskiej. Oprócz tego zajmujemy się też dokonywaniem symulacji mechanicznych i elektromagnetycznych oraz ‒ w niewielkim już zakresie ‒ naprawą sprzętu elektrotechnicznego.

Jakiego typu specjalistów poszukujecie na rynku pracy?

Potrzebujemy przede wszystkim osób o kompetencjach w dziedzinie mikrofal – absolwentów wydziałów mikrofalowych, techników wysokich częstotliwości itp. Trafiają do nas głównie absolwenci Politechniki Gdańskiej. Generalnie jednak, jeśli chodzi o rekrutację pracowników, rzadko korzystamy ze standardowych ogłoszeń. Wiemy, kogo szukamy – przede wszystkim młodych i zdolnych ludzi, przy czym małe doświadczenie zawodowe lub jego brak nie stoją na przeszkodzie zdobycia pracy w naszej firmie. Doświadczeni fachowcy mają swoje przyzwyczajenia, które nie zawsze udaje się dopasować do naszej kultury organizacyjnej, sposobu pracy.

W jaki sposób znajdujecie na rynku takich właśnie młodych absolwentów bez doświadczenia?

Jednym ze sposobów pozyskania pracowników jest proponowanie studentom Politechniki Gdańskiej tematów prac magisterskich, a kołom naukowym – konkretnych tematów badawczych. Nawiązujemy dzięki temu współpracę z osobami, które jeszcze studiują. Chcemy, by zaangażowali się naukowo w zagadnienia, które z naszego punktu widzenia nie są może stricte biznesowe, lecz pozwalają przyjrzeć się potencjalnym kandydatom – stylowi ich pracy, temu, jak myślą, jak współpracują. Wśród takich osób szukamy przyszłych pracowników. Mamy dzięki temu szerszy ogląd niż CV i list motywacyjny i większą pewność, że zatrudnimy kogoś, kto faktycznie będzie do naszej firmy dobrze pasował.

Poszukujecie przede wszystkim orłów w danej dziedzinie czy liczy się dla Was również otwartość osoby na inne dziedziny, umiejętność integrowania wiedzy z różnych dyscyplin?

Poszukujemy osób, które mają świadomość, że wiedzę można pozyskać z różnych źródeł, które mają otwarte horyzonty, nie zamykają się w jednym temacie, umieją rozwiązać skomplikowane zagadnienia. Nie zgadzam się z tezą, że gdy ktoś jest specjalistą w danej dziedzinie, musi się poruszać wyłącznie wewnątrz niej. Gdy mamy problem do rozwiązania, jeśli czegoś nie wiemy, to dowiadujemy się, uczymy, konsultujemy z kimś z zewnątrz. Osoby, które mają takie podejście, są bardzo cenne dla naszej firmy.

Jest to zresztą zgodne z filozofią pracy SpaceForest. Jak już mówiłem, zajmujemy się kilkoma typami działalności. W takim przedsiębiorstwie kluczem do sukcesu jest komunikacja. Dlatego też raz w tygodniu robimy zebranie, w którym uczestniczą wszyscy pracownicy. Po pierwsze dowiadują się z pierwszej ręki, co się dzieje w firmie, po drugie przedstawiamy im aktualne problemy i wyzwania, przed którymi stoimy. Mogą się do nich odnosić specjaliści z różnych dziedzin, którzy na co dzień nie uczestniczą w danych przedsięwzięciach. Liczymy na to, że ktoś spojrzy na te zagadnienia z zupełnie innej strony, wpadnie na jakiś abstrakcyjne, lecz genialne rozwiązanie. Już nieraz mieliśmy takie przypadki. Czasami niewiedza, że czegoś „nie da się zrobić”, jest bodźcem do dokonania przełomu.

W przedsiębiorstwie zajmującym się kilkoma typami działalności naraz kluczem do sukcesu są komunikacja oraz otwieranie specjalistów z poszczególnych dziedzin na problemy, którymi nie zajmują się na co dzień.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Migranci – czy tylko „ręce do pracy”?

Pobierz PDF

Rozmowę prowadzi Marcin Wandałowski – redaktor prowadzący „Pomorskiego Przeglądu Gospodarczego”.

Migracje to wyzwanie, które tak naprawdę przed kim dziś głównie stoi? Przed lokalnymi społecznościami, instytucjami czy rynkiem pracy? Przed państwami, regionami czy miastami?

Przed wszystkimi po trochu – migranci krążą, a dylematy i wyzwania z nimi związane „rozlewają się”. Nie da się zarządzać kwestiami rozwoju rynku pracy czy edukacji obcokrajowców, ograniczając się wyłącznie do pojedynczego miasta. Całe wsie, gminy, powiaty zmieniają się dziś pod wpływem napływu obcokrajowców. Do miana kluczowego zadania urasta to, w jaki sposób zarządzać migracjami, by móc jak najefektywniej wykorzystać ten proces, wprzęgając go w rozwój społeczno-gospodarczy danego regionu, miasta, powiatu czy nawet gminy.

Chodzi zatem o nakreślenie mądrej polityki migracyjnej. Kogo ona jednak powinna dotyczyć? O migrantach najczęściej mówi się w kontekście przybywających do Polski Ukraińców. Czy będzie nim jednak także menedżer wysokiego szczebla z zachodniej Europy, który przyjechał do Trójmiasta na kontrakt?

Migrantami są wszystkie osoby, które migrują. Polityka migracyjna powinna więc dotyczyć wszystkich obcokrajowców, którzy tu przyjechali, żyją obok nas, są naszymi sąsiadami, płacą tu podatki. Bez względu na stopę życiową i rodzaj wykonywanej pracy. Sednem problemu jest bowiem to, że każdy, kto przyjeżdża w dane miejsce, chce się w nim czuć dobrze. Nie zawsze bywa to łatwe. Dla przykładu przybywający do Polski cudzoziemcy nie otrzymują numeru PESEL – jak więc mają się zarejestrować w przychodni? Podobnego typu barier jest niestety sporo. Dlatego też powinniśmy dążyć do zapewnienia migrantom warunków, które umożliwią im funkcjonowanie w życiu danej społeczności na równych prawach z „tubylcami”. Mieszkający na stałe w Gdańsku cudzoziemiec powinien mieć te same możliwości co rdzenny mieszkaniec miasta. W urzędzie, w banku czy na poczcie. Nie chodzi o nic więcej – ci ludzie nie przyjeżdżają tu po to, by otrzymać przywileje. Tylko likwidując takie bariery, możemy sprawić, że mieszkający w Gdańsku Francuz czy Ukrainiec będą się czuli na tyle dobrze, by zostać tu na dłużej i opowiedzieć swoim rodakom o Pomorzu w superlatywach: to dobre miejsce do życia, pracy, inwestowania. Na tym nam, jako regionowi, powinno zależeć.

Powinniśmy dążyć do zapewnienia migrantom warunków, które umożliwią im funkcjonowanie w życiu danej społeczności na równych prawach z „tubylcami”. Mieszkający na stałe w Gdańsku cudzoziemiec powinien mieć te same możliwości co rdzenny mieszkaniec miasta. W urzędzie, w banku czy w przychodni.

Powinniśmy się starać o to, by migrantów integrować czy asymilować z lokalną społecznością?

Integracja polega na tym, że uznajemy, że ktoś przyjechał z innego kraju, pochodzi z innej kultury, ma swój język, zwyczaje. Nie udajemy, że te uwarunkowania nie istnieją. Podejście asymilacyjne zakłada natomiast, że skoro ktoś przyjechał do Polski z zagranicy, to jego obowiązkiem jest stanie się Polakiem i niejako ukrycie, zakamuflowanie swojej tożsamości. Nie uznaje się jego odrębnego pochodzenia, języka, oczekuje się od niego wręcz odcięcia się od swojej tożsamości kulturowej. Zdecydowanie bliżej mi do pierwszego z tych podejść – lepiej nie wymagać od nikogo ukrywania swoich korzeni kulturowych, lecz uszanować jego rodowód i wyznawane wartości, nastawić się na to, że to dobrze, że przynosi do naszego miasta czy firmy coś nowego.

Pamiętajmy jednak, że integracja nie jest zjawiskiem, które samo się wydarzy . Nie jest ukłonem czy podarkiem dla migrantów z naszej strony, lecz budowaniem standardów, które sprzyjają zarówno im, jak i nam samym. To gwarancja bezpieczeństwa, braku napięć czy konfliktów na tle narodowościowym, etnicznym, a także wzmacnianie naszych wspólnych kompetencji czerpania z tej różnorodności.

Czy cudzoziemcy, przede wszystkim Ukraińcy, przyjeżdżający na Pomorze do pracy mogą się tu czuć jak u siebie w domu?

Generalnie Pomorze jest bardzo dobrze odbierane przez migrantów: podobają im się sklepy, czystość, bezpieczeństwo, przyjazna przestrzeń publiczna i dobre nastawienie urzędników. Są też jednak rzeczy, które wymagają poprawy, jak chociażby system prawny, kwestie związane z legalizacją ich pobytu. Niestety, procedura ta jest dość uciążliwa i czasem może wywołać wrażenie, że nasze państwo stara się uchronić przed legalnym wpuszczeniem do Polski obywatela Ukrainy. Drugim dużym utrudnieniem są patologie związane z pośrednikami, którzy – mówiąc wprost – żerują na przyjeżdżających tu migrantach. Jest to najbardziej powszechne na rynku mieszkaniowym ‒ wynika to z tego, że niewielu Polaków chce wynająć swoje mieszkanie Ukraińcom. Otwiera to drogę działalności różnego typu szemranych agencji, oferujących pomoc w znalezieniu lokum za niemałą cenę. To negatywne zjawisko, z którym trzeba się uporać. Niestety dość często zdarzają się też sytuacje wyzysku, uzależnienia migrantów od agencji pracy tymczasowej, zatrudniających ich w dodatku bez pełnych umów obejmujących ubezpieczenie zdrowotne. Takie rzeczy wychodzą zazwyczaj dopiero wtedy, gdy pracownik dozna uszczerbku na zdrowiu podczas pracy.

Odnośnie do dyskryminacji na rynku mieszkaniowym: czy nie jest tak, że potrzebujemy pewnego rodzaju zmiany mentalnej, pozwalającej nam uwolnić się od stereotypów i lęków związanych z migrantami?

Wszyscy jesteśmy aktorami życia społecznego. Pytanie brzmi, kto z nas zaangażuje się w to, żeby kształtować te postawy w naszym środowisku we właściwy sposób – w naszych instytucjach, domach, sąsiedztwie itd. Wbrew wielu przekazom medialnym – Polacy nie zioną ksenofobią, nie jest tak, że boją się i nie przepadają za przyjeżdżającymi tu obcokrajowcami. Na pewno jako społeczeństwo nie jesteśmy „anty”. Niemniej jednak z pewnością potrzebujemy liderów biznesowych i społecznych po to, by publicznie oraz wewnątrz swoich firm wypowiadali się „pro”. Mam oczywiście świadomość, że nie wydarzy się to z dnia na dzień, a raczej będzie to dość powolny proces.

Wbrew wielu przekazom medialnym – Polacy nie zioną ksenofobią, nie jest tak, że boją się i nie przepadają za przyjeżdżającymi tu obcokrajowcami. Na pewno jako społeczeństwo nie jesteśmy „anty”. Niemniej jednak z pewnością potrzebujemy liderów biznesowych i społecznych po to, by publicznie oraz wewnątrz swoich firm wypowiadali się „pro”.

Na ile prawdziwe jest powszechne przekonanie, że przyjeżdżający do Polski Ukraińcy i Białorusini głównie parają się relatywnie prostymi zajęciami, podobnie jak kilkanaście lat temu Polacy emigrujący do Wielkiej Brytanii?

Choć na Pomorze przybywa coraz więcej ukraińskich informatyków czy wysokiej klasy specjalistów z innych dziedzin, którzy zasilają szeregi lokalnych firm, prawdą jest jednak, że większość migrantów ze Wschodu to osoby niezamożne, przyjeżdżające tu, by wykonywać najprostsze prace. Warto uświadomić sobie jedną rzecz: gdy pracują poniżej swoich kwalifikacji, stanowi to dla lokalnego rynku pracy stratę. Skoro bowiem ktoś przyjeżdża tu w celach zawodowych, najlepiej byłoby, by robił to, w czym jest dobry, w czym się specjalizuje ‒ tak, byśmy mogli w pełny sposób korzystać z jego umiejętności i talentów.

Czy nie jest tak, że jako Polacy mamy do czynienia z migracjami w wersji soft – ponad 90% przyjeżdżających do Polski migrantów to przecież bliscy nam kulturowo, rozumiejący nasz język sąsiedzi zza Buga. Nie doczekaliśmy się zalewu migrantów z Bliskiego Wschodu, bardziej obcych nam kulturowo, których trudniej zrozumieć.

I tak, i nie. Ukraińcy rzeczywiście są nam bliscy kulturowo, co jednak paradoksalnie nie zawsze jest korzystnym zjawiskiem. Może to bowiem prowadzić do bagatelizowania potrzeb tej społeczności ‒ powstaje błędne założenie, że są one takie same jak Polaków. Mimo bliskości geograficznej i kulturowej różnic nadal jest sporo: inaczej pracujemy, inne mamy normy życia rodzinnego, a także inną kulturę instytucjonalną.

To, że Ukraińcy są nam bliscy kulturowo, paradoksalnie może wcale nie pomagać w ich integracji, lecz prowadzić do bagatelizowania potrzeb tej społeczności, ponieważ powstaje błędne założenie, że są one takie same jak Polaków.

Poza tym bliskość kulturowa wcale nie musi być kluczem do dobrej integracji. Osobiście bardzo dobrze pracuje mi się z ludźmi z Północnej Afryki czy Bliskiego Wschodu. Są to często osoby o ciekawych, inspirujących wartościach, potrafiące wnosić cenne rzeczy do pracy całego zespołu. Nasze obawy przed nimi znajdują się zazwyczaj na bardzo atawistycznym poziomie. Proponowałabym więc odejść od myślenia: „dobrze, że przyjeżdżają do nas Ukraińcy, a tamci nie”. Poznajmy tych ludzi, dajmy im szansę, nauczmy się razem pracować, komunikować, przyjaźnić. Wtedy być może nasze lęki nieco się zmniejszą.

Nie da się jednak ukryć, że niechęć do migrantów z Bliskiego Wschodu skądś się musiała wziąć. Za najbardziej dobitny przykład często podaje się ataki terrorystyczne…

Proszę zauważyć, że za atakami terrorystycznymi stoi zazwyczaj drugie pokolenie migrantów. Od dziecka mówi się im, że są pełnoprawnymi członkami społeczeństwa, ale często wcale tak nie jest. Ich sufitem nierzadko jest możliwość pracy przy kasie w supermarkecie czy przy sprzątaniu hotelu. We Francji w procesach rekrutacyjnych wprowadzono zakaz ujawniania nazwisk kandydatów, bo przez lata wielu pracodawców od razu wyrzucało do kosza aplikacje brzmiące arabsko. Rzekoma równość okazywała się nieprawdziwa, jedynie hasłowa. Ludzie naprawdę nie dostawali szans, co wzbudziło ich gniew, frustrację, agresję. Nie jest to oczywiście usprawiedliwieniem dla terroryzmu, ale wskazuje, skąd mogły się wziąć pewne postawy.

Jeśli chodzi o budowanie polityki migracyjnej, zdajemy się dopiero raczkować. To dobra sytuacja, by nie powielić błędów niektórych państw Europy Zachodniej…

Uważam, że znajdujemy się w bardzo dobrym momencie historycznym. Jeszcze nie potraktowaliśmy – choć czasem niestety jesteśmy tego blisko – przybywających tu obcokrajowców w sposób instrumentalny, jak np. Niemcy Turków w latach 70. ubiegłego wieku. Nasi zachodni sąsiedzi uznali wówczas, że do ich kraju przyjechali nie ludzie, a ręce do pracy, które zrobią, co mają zrobić, i wrócą z powrotem do siebie. To była fałszywa, nieprawdziwa narracja. Zamiast inwestować w relacje z tymi osobami, potraktowano ich jak przedmioty, które pomogą w pracy w fabryce, budując dobrobyt Niemców. Podchodząc do ludzi w taki sposób, nie ma szans na zbudowanie dobrych, podmiotowych relacji.

Znajdujemy się dziś w bardzo dobrym momencie historycznym. Jeszcze nie potraktowaliśmy przybywających tu obcokrajowców w sposób instrumentalny, uznając ich za przedmioty, które pomogą w pracy w fabryce, budując dobrobyt rdzennej społeczności. Wiele państw Europy Zachodniej ponosi do dziś konsekwencje tego błędu.

Cały czas musimy się mierzyć z ryzykiem powtórzenia niemieckich błędów. Sama miałam okazję słyszeć pomorskich pracodawców mówiących, że Ukraińcy teraz tu trochę popracują, a później niech wracają do siebie. Nie róbmy im tego, czego sami jako Polacy doświadczaliśmy przez lata – a może nawet nadal doświadczamy – na Zachodzie. Pozwólmy im być naszymi sąsiadami, rozwijać się na rynku pracy, płacić podatki, budować nasz wspólny dobrobyt.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Sytuacja gospodarcza województwa pomorskiego w IV kwartale 2017 r.

Pobierz PDF

Koniunktura gospodarcza

Oceny koniunktury gospodarczej w województwie pomorskim na koniec IV kwartału 2017 r. w ujęciu branżowym były generalnie dobre, co wpisuje się w trend obserwowany zarówno w polskiej, jak i szerzej – europejskiej (choć przede wszystkim wśród państw ze strefy euro) – gospodarce. W pięciu spośród siedmiu analizowanych sektorów liczba przedsiębiorców pozytywnie oceniających warunki gospodarowania przeważała nad liczbą opinii negatywnych. Niezmiennie najlepsze noty cechowały sektor informacji i komunikacji, w którym wartość wskaźnika ogólnej sytuacji przedsiębiorstwa w grudniu br. sięgnęła +31,8 pkt.

Dobrze sytuację gospodarczą oceniali również reprezentanci firm działających w sektorze handlu detalicznego (+17,7 pkt. pod koniec kwartału), handlu hurtowego (+12,5 pkt.), przetwórstwa przemysłowego (+5,3 pkt.) oraz transportu i gospodarki magazynowej (+3,9 pkt.). Nie licząc pierwszej z tych branż, były to jednak noty niższe od obserwowanych pod koniec III kwartału 2017 r. Odnośnie handlu detalicznego – na uwagę zasługują bardzo optymistyczne nastroje panujące w branży od około roku. Mogą być one w pewnej mierze spowodowane wzrostem zamożności gospodarstw domowych, związanym z uruchomieniem rządowego programu 500+.

Negatywne nastroje cechowały przedsiębiorców reprezentujących zakwaterowanie i usługi gastronomiczne (–17,4 pkt.) oraz budownictwo (–5,2 pkt.). Nastroje w pierwszej z tych branż były znacznie gorsze niż pod koniec III kwartału, co jednak do pewnego stopnia można uzasadnić sezonowym charakterem sektora.

Wykres 1. Indeks bieżącej ogólnej sytuacji przedsiębiorstwa wg sektorów w województwie pomorskim w okresie od grudnia 2016 do grudnia 2017 r.

koniunktura-2017-IV-kw

Przedział wahań wskaźnika wynosi od –100 do +100. Wartości ujemne oznaczają przewagę ocen negatywnych, dodatnie – pozytywnych.
Źródło: Opracowanie IBnGR na podstawie danych GUS

Tylko w trzech spośród siedmiu analizowanych branż odnotowano poprawę, biorąc za punkt odniesienia sytuację sprzed roku (grudzień 2016 r.). Najwyższy wzrost (+13,0 pkt.) nastąpił w przypadku handlu hurtowego. Wyraźny był on także w sektorze handlu detalicznego (+9,2 pkt.), natomiast dość nieznaczny (+2,9 pkt.) – w budownictwie. Najbardziej zauważalny regres w ujęciu rocznym odnotowano w branżach: informacji i komunikacji (–9,1 pkt.) oraz zakwaterowania i usług gastronomicznych (–8,7 pkt.). W przypadku pierwszej z nich można to uzasadnić coraz większym nasyceniem lokalnego rynku, natomiast drugiej – przede wszystkim z gorszymi niż przed rokiem warunkami pogodowymi, zniechęcającą turystów do przyjazdu na wybrzeże. jedynie w przypadku zakwaterowania i usług gastronomicznych (–16,9 pkt.). Wyraźne pogorszenie w ujęciu rok do roku odnotowano również w sektorze transportu i gospodarki magazynowej (–8,3 pkt.). Najmniejszy regres dotyczył natomiast przetwórstwa przemysłowego (–2,1 pkt.).

W dwóch sektorach koniunktura gospodarcza w województwie oceniana była lepiej niż przeciętnie w Polsce – mowa tu o sektorze informacji i komunikacji (+5,9 pkt.) oraz handlu detalicznym (+4,6 pkt.). Mając na uwadze nastroje reprezentantów pierwszej z tych branż pod koniec IV kwartału 2017 r., województwo pomorskie znalazło się na szóstym miejscu wśród wszystkich polskich regionów.

W gorszej sytuacji niż przeciętnie w kraju znaleźli się natomiast reprezentanci branży przede wszystkim zakwaterowania i usług gastronomicznych, gdzie indeks bieżącej ogólnej sytuacji przedsiębiorstwa kształtował się na poziomie aż o ponad 25 pkt. niższym od wartości ogólnopolskiej. Wyraźnie gorzej (o 10,8 pkt.) od przedsiębiorców z Polski ogółem swoją sytuację ocenili też pomorscy przedsiębiorcy działający w branży transportu i gospodarki magazynowej.

Na przestrzeni ostatnich sześciu lat – analizując indeks bieżącej ogólnej sytuacji przedsiębiorstwa w rocznych uśrednieniach – można zauważyć poprawę nastrojów przedsiębiorców w sześciu branżach. Największa, za sprawą ogromnych inwestycji infrastrukturalnych, cechuje sektor transportu i gospodarki magazynowej, w którym nastroje w 2017 r. były średnio o 33,0 pkt. proc. wyższe niż w roku 2012. Zauważalną, oscylującą w granicach 13,0‑19,0 pkt. proc. poprawę odnotowali również przedsiębiorcy z branż: budownictwa, handlu hurtowego, informacji i komunikacji oraz handlu detalicznego. Jedynym sektorem, w którym w perspektywie pięcioletniej odnotowano pogorszenie nastrojów (o 12,4 pkt. proc.) jest przetwórstwo przemysłowe, w którym nadal jednak przeważają nastroje optymistyczne.

Na podstawie indeksu przewidywanej ogólnej sytuacji przedsiębiorstwa można mówić o pesymistycznych nastrojach przedsiębiorców – przeważały one w pięciu spośród siedmiu analizowanych sektorów. Pod tym względem wyróżniały się przede wszystkim branże: zakwaterowania i usług gastronomicznych (–16,3 pkt.), budownictwa (–9,3 pkt.) oraz informacji i komunikacji (–8,5 pkt.). Polepszenie – i to bardzo nieznaczne – spodziewane jest jedynie w sektorze przetwórstwa przemysłowego (+1,3 pkt.) oraz transportu i gospodarki magazynowej (+0,5 pkt.). – wynika ono z zakończenia sezonu letniego. Ogólna przewaga opinii negatywnych nie dotyczyła całej polskiej gospodarki – w skali kraju pogorszenia swojej sytuacji spodziewali się reprezentanci trzech spośród siedmiu sektorów, w tym, w przeciwieństwie do Pomorza, przedsiębiorcy z obszaru handlu detalicznego oraz informacji i komunikacji.

Działalność przedsiębiorstw

Na koniec grudnia 2017 r. liczba podmiotów gospodarki narodowej wyniosła 293,7 tys. W stosunku do września br. uległa ona zwiększeniu o 1,1 tys. podmiotów. Większy wzrost odnotowano natomiast w ujęciu rocznym – w tym czasie liczba podmiotów gospodarczych wzrosła o prawie 7 tys. (2,4 proc.). Rozpoczęty około czterech lat temu stały wzrost przedsiębiorczości jest zatem kontynuowany. Dotyczy on oczywiście przede wszystkim przedsiębiorstw najmniejszych i poprzez rosnące najprawdopodobniej zjawisko samozatrudnienia wpisuje się w obserwowany wzrost popytu na pracę.

Wyniki działalności przedsiębiorstw w czwartym kwartale 2017 r. były bardzo dobre. W porównaniu z analogicznym okresem sprzed roku, produkcja sprzedana przemysłu wzrosła o 11,1 proc., sprzedaż detaliczna towarów – o 14,5 proc., a produkcja budowlano­‑montażowa – aż o 51,4 proc., co było największym „skokiem” w ujęciu rok do roku odnotowanym od czerwca 2011 r. W przypadku wszystkich tych branż, jest to kontynuacja trendu obserwowanego w 2017 r. – niemal we wszystkich miesiącach wartości notowane w bieżącym roku przewyższały te, obserwowane rok wcześniej.

Dobra, notowana od przynajmniej roku, kondycja sektorów produkcji budowlano­‑montażowej oraz sprzedaży detalicznej towarów może świadczyć o bogaceniu się Pomorzan, czego dowodem jest także stale rosnący poziom wynagrodzeń. Z kolei wyniki działalności przedsiębiorstw przemysłowych potwierdzają dobrą kondycję pomorskiego oraz szerzej – polskiego II sektora. Wskaźnik PMI (Purchasing Managers’ Index) branży wyniósł w grudniu 55,0, świadcząc o najlepszych od niemal trzech lat warunkach do prowadzenia działalności przemysłowej w Polsce. Nie czas jednak osiadać na laurach – PMI sektora przemysłowego w krajach strefy euro osiągnął wartość 66,0, co świadczy nie tylko o dobrej sytuacji w sektorze, lecz także pozwala optymistycznie rokować na przyszłość.

Wykres 2. Dynamika produkcji sprzedanej, budowlano­‑montażowej i sprzedaży detalicznej w województwie pomorskim w okresie od stycznia 2014 do grudnia 2017 r.

Dynamika - IV kw. 2017 r.

Źródło: Opracowanie IBnGR na podstawie danych Urzędu Statystycznego w Gdańsku.

Czwarty kwartał 2017 r., był z perspektywy przedsiębiorstw przemysłowych dobry. We wszystkich trzech miesiącach miał miejsce wzrost produkcji sprzedanej w stosunku do analogicznego miesiąca roku poprzedniego. Był on szczególnie zauważalny w grudniu, kiedy zwiększył się o 11,1 proc. Generalnie obraz branży był w tym roku wyraźnie lepszy niż w roku poprzednim – jedynie w kwietniu odnotowano niższy (o 3,0 proc.) poziom produkcji niż przed rokiem.

Wyniki notowane w sektorze produkcji budowlano­‑montażowej były jeszcze lepsze – we wszystkich trzech miesiącach odnotowano wzrost produkcji w ujęciu rok do roku, a na szczególną uwagę zwraca wynik grudniowy (+51,4 proc. w ujęciu rdr.). Kondycja branży była w tym roku wyraźnie lepsza niż w roku poprzednim – podobnie jak w przypadku przemysłu, jedynie w kwietniu odnotowano niższy (o 5,1 proc.) poziom produkcji niż przed rokiem.

IV kwartał 2017 r. był udany także z punktu widzenia sprzedaży detalicznej. Wartości wyższe niż przed rokiem (o 14,5 proc.) odnotowano w październiku i grudniu. W listopadzie była ona nieznacznie (o 1,5 proc.) niższa niż w analogicznym okresie 2016 r. Jako że wyższy poziom sprzedaży detalicznej towarów rok do roku odnotowano we wszystkich pozostałych miesiącach 2017 r., można śmiało stwierdzić, że przełamany został trend spadkowy, który – z wyjątkiem sierpnia ub. r. – trwał przez cały poprzedni rok. Wzrost popytu zgłaszanego przez gospodarstwa domowe na lokalnym rynku może wynikać m.in. ze względu na wypłaty z budżetu państwa w ramach programu 500+.

Handel zagraniczny

W IV kwartale 2017 r.¹ wartość eksportu wyniosła 2405,5 mln euro, zaś importu – 3021,2 mln euro. Saldo handlu zagranicznego było więc ujemne i wyniosło –615,7 mln euro. Od początku 2017 r. wartość eksportu sięgnęła 9055,0 mln euro, a importu 11050,2 mln euro, co przełożyło się na ujemne saldo w obrotach handlowych przekraczające 1995 mln euro. Jest to sytuacja odmienna niż w przypadku polskiej gospodarki ogółem, gdzie od 2015 r. notowana jest nadwyżka w handlu zagranicznym. Ujemne saldo województwa pomorskiego ma prawdopodobnie źródło w obecności portów morskich, do których sprowadzane są towary o dużej wartości, a następnie sprzedawane często dalej na rynku krajowym przez lokalne firmy.

W porównaniu do obrotów z IV kwartału 2016 r. zaobserwowano zmniejszenie wolumenu eksportu (o 4,8 proc.) oraz zwiększenie wolumenu importu (o 12,4 proc.). Pomorski eksport i import były też w IV kw. 2017 r. wyraźnie niższe od wartości notowanych dwa lata temu. Szczególnie rażąca jest różnica dotycząca wartości eksportu, która wyniosła 899 mln euro, co oznacza 28‑procentowy spadek względem IV kw. 2015 r.

W IV kwartale 2017 r. struktura towarowa eksportu z województwa pomorskiego różniła się nieco od tego, co obserwowano w poprzednich kwartałach tego roku. Dominowała w niej grupa paliw, na którą przypadało 12,3 proc. udziału. Segment statków, łodzi oraz konstrukcji pływających stanowił 8,8 proc. eksportu, co było niemal dwukrotnie niższym udziałem niż w III kwartale (16,4 proc. udziału). Znacznym udziałem cechowały się również, już tradycyjnie, grupa maszyn i urządzeń elektrycznych (10,5 proc.) oraz ryb i skorupiaków (9,8 proc.). Udział wymienionych czterech grup w eksporcie województwa pomorskiego wyniósł w IV kwartale 2017 r. 41,5 proc. To o 2,7 pkt. proc. mniej niż w III kwartale 2017 r.

Wykres 3. Struktura kierunkowa eksportu z województwa pomorskiego w IV kwartale 2017 r.

Struktura kierunkowa eksportu - IV kw. 2017 r.

Źródło: Opracowanie IBnGR na podstawie danych Izby Celnej w Warszawie

W strukturze kierunkowej największym udziałem cechowały się Niemcy (21,6 proc.). Na kolejnych pozycjach plasowały się: Holandia (8,4 proc.), Francja (5,9 proc.), Szwecja (5,1 proc.) oraz Norwegia (5,0 proc.). Biorąc z kolei pod uwagę obroty w całym 2017 r. niekwestionowanym liderem są Niemcy (21,3 proc.). W pierwszej trójce znalazło się jeszcze miejsce dla Holandii (8,8 proc.) oraz Norwegii (6,6 proc.). Wśród odbiorców dominują państwa UE, na które przypadało prawie 70 proc. sprzedaży zagranicznej województwa. W skali ogólnokrajowej największym odbiorcą polskich dóbr również są Niemcy, za których plecami plasują się Wielka Brytania oraz Republika Czeska.

Cechą pomorskiego importu jest wysoki poziom koncentracji towarowej. Warto mieć na uwadze, że struktura towarowa importu jest w znacznym stopniu kształtowana przez strukturę towarową eksportu. Wynika to z faktu, iż pomorskie importuje towary podlegające przetworzeniu, które następnie są eksportowane. Zjawisko to dało się zaobserwować również w IV kwartale 2017 r. Na trzy tradycyjnie najważniejsze produkty sprowadzane z zagranicy, tzn.: paliwa (36,8 proc.), maszyny i urządzenia elektryczne (10,1 proc.) oraz statki, łodzie, konstrukcje pływające (4,6 proc.) przypadało łącznie 51,5 proc. importu. Swoją bardzo mocną pozycję w pomorskim imporcie umocniły w IV kwartale br. produkty z branży ryb i skorupiaków (9,4 proc.). Co ciekawe, ich udział był wyższy od grupy statków, łodzi, konstrukcji pływających również w skali całego roku (7,7 proc., podczas gdy grupa statków itd. – 6,6 proc.). Pierwsze dwie pozycje należały do grupy paliw (30,9 proc.) oraz maszyn i urządzeń elektrycznych (10,3 proc.).

W IV kwartale 2017 r. najistotniejszym partnerem importowym – głównie za sprawą paliw –pozostała Rosja (26,2 proc. importu). Mniejszy strumień produktów trafił do województwa pomorskiego z Chin (12,6 proc.), Norwegii (7,2 proc.) oraz Niemiec (6,1 proc.). Od początku roku najwięcej towarów spłynęło na Pomorze również z Rosji (25,4 proc.) oraz Chin (13,2 proc.), a także z Norwegii (8,1 proc.) oraz z Niemiec (7,2 proc.). Struktura geograficzna importu do województwa pomorskiego różni się więc od struktury dla Polski ogółem, w której na pierwszym miejscu znajdują się Niemcy, na drugim Chiny, a na trzecim – Rosja.

Wykres 4. Struktura kierunkowa importu do województwa pomorskiego w IV kwartale 2017 r.

Struktura kierunkowa importu - IV kw. 2017 r.

Źródło: Opracowanie IBnGR na podstawie danych Izby Celnej w Warszawie.

Barometr innowacyjności

W IV kwartale 2017 r. w Biuletynie Urzędu Patentowego opublikowano informację o 873 wynalazkach zgłoszonych do opatentowania. Liczba zgłoszeń pochodzących z województwa pomorskiego sięgnęła 54, co stanowiło 6,2 proc. wszystkich zgłoszonych wynalazków. Jest to odsetek wyższy od obserwowanego w II i III kwartale 2017 r., a także w analogicznym okresie 2016 r.

Omawiane wartości cechuje wysoka zmienność, dlatego też warto posiłkować się informacjami o zgłoszeniach wynalazków analizowanymi narastająco. Od początku roku w biuletynie Urzędu Patentowego opublikowano informacje o 4431 zgłoszeniach, z czego 253 zgłoszeń pochodziło z Pomorza. Stanowiło to 5,7 proc. z liczby wszystkich opublikowanych zgłoszeń.

Wykres 5. Liczba pomorskich wynalazków zgłoszonych i opublikowanych w Biuletynie Urzędu Patentowego w 2017 r.

Innowacyjność - IV kw. 2017 r.

Źródło: Opracowanie na podstawie http://www.uprp.pl

Udział województwa w liczbie zgłaszanych patentów jest niższy od udziału regionu w liczbie mieszkańców całej Polski (6,0 proc. w 2017 r.), czy też w liczbie ogólnopolskich przedsiębiorstw (6,8 proc.). Niemniej, należy mieć na uwadze, iż statystyka patentowa jest zdominowana przez zgłoszenia z województwa mazowieckiego, w tym w szczególności z Warszawy.

Pomimo rosnącej z każdym rokiem liczby zgłaszanych patentów, pod kątem innowacyjności nasz kraj nadal znajduje się w europejskim ogonie. W 2017 r. rodzime firmy oraz uczelnie zgłosiły w Europejskim Urzędzie Patentowym 469 wniosków, czyli o 14 proc. więcej niż rok wcześniej. To bardzo niewiele w porównaniu z 25,5 tys. wniosków zgłoszonych w ub. roku przez europejskiego lidera – Niemcy. Na rynku unijnym pod względem liczby patentów królują jednak przedsiębiorstwa ze Stanów Zjednoczonych, które w ub. r. zgłosiły ponad 42 tys. wniosków.

W strukturze zgłoszonych patentów przez pomorskich wynalazców prawie 26 proc. dotyczyło różnych procesów przemysłowych i transportu (Dział B w Międzynarodowej Klasyfikacji Patentowej). Istotnym, ponad 22‑procentowym udziałem cechował się również dział A – podstawowe potrzeby ludzkie.

Tabela 1. Ogólnopolskie oraz pomorskie zgłoszenia wynalazków opublikowane w Biuletynie Urzędu Patentowego wg Międzynarodowej Klasyfikacji Patentowej (MKP) w IV kw. 2017 r. oraz w całym 2017 r.

Dział MKP IV kwartał 2017 r. 2017 r.
Pomorskie Polska różnica Pomorskie Polska różnica
% % pkt. proc. % % pkt. proc.
Dział A – Podstawowe potrzeby ludzkie 22,0 18,0 +4,2 12,6 16,9 –4,2
Dział B – Różne procesy przemysłowe; Transport 25,9 22,3 +3,6 22,1 21,0 +1,1
Dział C – Chemia; Metalurgia 13,0 23,1 –10,1 16,2 23,4 –7,2
Dział D – Włókiennictwo; Papiernictwo 1,9 0,8 +1,1 0,8 0,8 0,0
Dział E – Budownictwo; Górnictwo 9,3 9,3 0,0 8,7 8,6 +1,1
Dział F – Budowa maszyn; Oświetlenie; Ogrzewanie; Uzbrojenie; Technika minerska 11,1 10,8 +0,3 16,6 12,1 +4,5
Dział G – Fizyka 11,1 10,2 +0,9 14,2 10,6 +3,6
Dział H – Elektrotechnika 5,6 5,5 +0,1 8,7 6,6 +2,1
RAZEM 100,0 100,0 100,0 100,0

Źródło: Opracowanie na podstawie http://www.uprp.pl

Największa nadreprezentacja względem kraju dotyczyła w IV kwartale 2017 r. właśnie działu A (+4,2 pkt. proc. względem kraju), natomiast największe odchylenie in minus w porównaniu z resztą Polski dotyczyło działu C (–10,1 pkt. proc. względem kraju). W analogicznym okresie ubiegłego roku największa nadreprezentacja dotyczyła działu H (+5,5 pkt. proc. względem kraju), a odchylenie in minus, podobnie jak w br., działu C (–8,7 pkt. proc. względem kraju). Udział działu A był natomiast w strukturze pomorskiej i krajowej identyczny.

Mając na uwadze zgłoszenia wynalazków notowane narastająco od początku 2017 r., można zauważyć, że względem kraju Pomorze specjalizuje się przede wszystkim w dziale F (Budowa maszyn; Oświetlenie; Ogrzewanie; Uzbrojenie; Technika minerska), który charakteryzuje nadreprezentacja rzędu 4,5 pkt. proc. oraz w dziale G (Fizyka), gdzie nadreprezentacja sięga 3,6 pkt. proc. Zauważalnie (o 2,2 pkt. proc.) wyższy udział pomorskich wynalazków dotyczy też działu H (Elektrotechnika).

Ważniejsze wydarzenia

Budżet na 2018 rok przyjęty
Sejmik Województwa Pomorskiego przyjął budżet województwa na 2018 r. Dochody budżetu wyniosą ponad 1,1 mld zł, natomiast wydatki ponad 1,2 mld zł. Deficyt budżetu wyniesie niespełna 80 mln zł.

W kierunku cyfryzacji Pomorza
15 grudnia 2017 r. powołana została Pomorska Unia Światłowodowa. Stronami porozumienia zostały Urząd Marszałkowski, Zarząd Gmin Pomorskich oraz firma Orange Polska. W ramach Unii Orange Polska zrealizuje w 109 gminach inwestycje związane z szerokopasmowym internetem, współfinansowane ze środków PO Polska Cyfrowa.

Nowe zlecenie Remontowej Shipbuilding
Ministerstwo Obrony Narodowej podpisało ze stocznią Remontowa Shipbuilding umowę na dostawę dwóch niszczycieli min typu Kormoran oraz jednego okrętu ratowniczego, z możliwością zamówienia drugiego. Wartość umowy to ponad 1,1 mld zł.

Stocznia Marynarki Wojennej w PGZ
Od 1 stycznia 2018 r. gdyńska Stocznia Marynarki Wojennej stanie się formalnie częścią Polskiej Grupy Zbrojeniowej.

GSR zmodernizuje okręty wojenne
Gdańska Stocznia Remontowa zwyciężyła w przetargu na modernizację dwóch okrętów Marynarki Wojennej – ORP Hydrograf oraz ORP Nawigator. Prace rozpoczną się w styczniu 2018 r.

Duże inwestycje kolejowe
PKP uzyskała z unijnego programu „Łącząc Europę” środki na poprawę dojazdów do trójmiejskich portów morskich. Do 2020 r. planowane jest wydanie na ten cel 1,4 mld zł.

Historyczna umowa LOTOS-u
LOTOS jest pierwszą polską firmą, która podpisała umowę terminową na dostawy ropy naftowej z USA. W ramach kontraktu do Gdańska trafi w 2018 r. co najmniej pięć ładunków surowca.

Kolejny amerykański koncern w Gdańsku
Koncern Arrow Electronics działający w branży technologii elektronicznych otwiera biuro w Olivia Business Centre. Firma jest obecna w Polsce od 12 lat, w tym m.in. w Gdyni.

Fińskie centrum B+R w Gdańsku
Firma In4mo z Finlandii zainwestowała w Gdańsku, otwierając swoje centrum badawczo­‑rozwojowe.

Nowe przystanki PKM otwarte
Otwarte zostały dwa nowe przystanki Pomorskiej Kolei Metropolitalnej – Gdynia Stadion oraz Gdynia Karwiny. Inwestycja kosztowała blisko 25 mln zł. Otwarcie tych przystanków stanowi zakończenie kolejnego etapu największej samorządowej inwestycji kolejowej w Polsce: budowy Pomorskiej Kolei Metropolitalnej. Kolejnym etapem projektu będzie elektryfikacja linii kolejowej PKM.

Pomorskie tuż za Londynem, Sztokholmem i Budapesztem
W zestawieniu najdynamiczniejszych dużych miast i regionów w Europie, przygotowanym przez amerykański Milken Institute, województwo pomorskie znalazło się na czwartym miejscu, za plecami jedynie Londynu, Sztokholmu i Budapesztu. W pierwszej dziesiątce rankingu znalazło się jeszcze miejsce m.in. dla Dolnego Śląska.

ORP Kormoran opuścił stocznię
Niszczyciel min ORP Kormoran opuścił stocznię Remontowa Shipbuilding. Budowa jednostki rozpoczęła się w 2014 r. Okręt będzie służył m.in. poszukiwaniu i zwalczaniu min morskich.

Terminal cukrowy w Gdańsku
Krajowa Spółka Cukrowa wybuduje na terenie Portu Gdańsk terminal przeładunkowo­‑wysyłkowy cukru. Ma on powstać nieopodal Wybrzeża Wiślanego. Dokładny termin realizacji inwestycji nie jest jeszcze znany.

Elektrociepłownie w rękach PGE
PGE Energia Cieplna przejęła polskie aktywa francuskiego koncernu EDF, będącego do tej pory właścicielem m.in. gdańskiej oraz gdyńskiej elektrociepłowni.

Polecimy do Lwowa
Lwów będzie drugim, po Kijowie, ukraińskim miastem, do którego dolecimy z Portu Lotniczego im. Lecha Wałęsy w Gdańsku. Połączenie zostanie otwarte w marcu 2018 r.

Dofinansowanie TriPOLIS
Marszałkowie Mieczysław Struk oraz Wiesław Byczkowski podpisali z wiceprezydentem Gdyni Katarzyną Gruszecką­‑Spychałą umowę na dofinansowanie projektu TriPOLIS w Obszarze Metropolitalnym Gdańsk­‑Gdynia­‑Sopot. Prawie 6 milionów złotych zostanie przeznaczonych na innowacyjne rozwiązania, platformę informatyczną oraz media społecznościowe. Z nowych rozwiązań skorzysta ponad 100 firm z Pomorza.

Ponad 150 mln zł na rewitalizację
Zarząd Województwa Pomorskiego rozstrzygnął konkursy dla projektów rewitalizacyjnych, dofinansowanych ze środków z Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Pomorskiego na lata 2014‑2020. Wsparcie otrzyma 15 miast: Słupsk, Lębork, Kościerzyna, Malbork, Czarne, Czersk, Chojnice, Kwidzyn, Gniew, Debrzno, Miastko, Ustka, Starogard Gdański, Skarszewy i Nowy Staw. Łączna kwota wsparcia przekroczy 154 mln zł.

Kongres Smart Metropolia za nami
W dniach 13‑15 listopada odbył się w Gdańsku VI Kongres Smart Metropolia. W jego ramach przez trzy dni debatowano na temat rozwoju obszarów metropolitalnych. W wydarzeniu wzięli udział liderzy administracji, samorządu i biznesu oraz osoby zaangażowane w rozwijanie miast i miejscowości, w których żyją.

LPP zainwestuje w B+R
Gdański koncern odzieżowy ma w planach od 2018 r. wydawać 200 mln zł rocznie na działalność badawczo­‑rozwojową. W tym samym okresie spółka planuje wzrost zatrudnienia nawet o tysiąc pracowników.

Vistal w upadłości
Zarząd gdyńskiej spółki złożył do sądu rejonowego w Gdańsku wniosek o ogłoszenie upadłości. Poinformował jednocześnie, że decyzja ta ma na celu zabezpieczenie interesu spółki, jej akcjonariuszy oraz ogółu wierzycieli.

PSSE szuka prezesa
Pomorska Specjalna Strefa Ekonomiczna pozostaje bez prezesa od sierpnia br., kiedy to odwołana została Aleksandra Jankowska. Rada nadzorcza spółki zbierała się od tego czasu kilkukrotnie, lecz nie udało się jak na razie znaleźć jej następcy. Do czasu wyboru nowego prezesa spółką zarządza Paweł Lulewicz – wiceprezes Zarządu PSSE.

Nowa siedziba Nordea Bank AB
Skandynawska spółka otworzyła w biurowcu Tensor Z w Gdyni nowe biuro o powierzchni 3,6 tys. metrów kw. Nordea Bank AB zatrudnia obecnie około 700 osób, a w najbliższych latach planuje podwojenie tej liczby.

SollinER produktem roku
Katamaran solarny zaprojektowany i wyprodukowany przez firmę Green Dream Boats z Gdańska został laureatem konkursu na najbardziej innowacyjny polski produkt. Organizatorem konkursu jest Agencja Rozwoju Przemysłu.

Nowy prezes CRIST
Ireneusz Ćwirko ponownie został prezesem stoczni CRIST. Dotychczasowa prezes – Ewa Kruchelska – została wiceprzewodniczącą rady nadzorczej spółki.

Odbyło się Forum Gospodarki Morskiej
Za nami kolejna edycja Forum Gospodarki Morskiej w Gdyni. W tym roku dyskusja odbywała się podczas czterech paneli tematycznych: logistyka morska, porty morskie, przemysły morskie oraz ship management.

Nowe połączenie ro‑ro z Gdyni
Stena Line otwiera nowe połączenie promowe ro‑ro – z Gdyni będzie można popłynąć do szwedzkiego Nynashamn.

Kolejne inwestycje w DCT
Władze DCT Gdańsk zapowiedziały uruchomienie kolejnego programu inwestycyjnego. Jego wartość wyniesie 280 mln zł. Wśród zaplanowanych projektów przewidziano m.in. doposażenie istniejącego głębokowodnego nabrzeża przeładunkowego T2 w dwie dodatkowe suwnice STS.

Nowy prezes Gdańskiej Stoczni Remontowa
Michał Habina został nowym prezesem Gdańskiej Stoczni Remontowa. Zastąpił na stanowisku Adama Ruszkowskiego, który piastował tę funkcję przez pół roku.

Nowe środki na pożyczki dla MŚP
Polska Fundacja Przedsiębiorczości podpisała umowę z Bankiem Gospodarstwa Krajowego w wysokości 23 mln zł na udzielanie pożyczek w ramach Pomorskiego Funduszu Rozwoju 2020+. Z oferty będą mogły skorzystać mikro, małe oraz średnie przedsiębiorstwa z Pomorza.

Nowe połączenia lotnicze z Gdańska
Ateny, Tromso oraz Lwów – do tych trzech miast będzie można już niebawem polecieć z Gdańska. Pierwsze z połączeń zostanie uruchomione na początku maja 2018 r., drugie – od połowy grudnia br., natomiast trzecie – od marca 2018 r. Lwów będzie drugim, po Kijowie, ukraińskim miastem, do którego dolecimy z Portu Lotniczego im. Lecha Wałęsy w Gdańsku.

W Porcie Gdynia powstanie terminal promowy
W gdyńskim porcie w ciągu trzech lat ma powstać nowy terminal promowy. Inwestycja będzie zlokalizowana na Nabrzeżu Fińskim i Polskim, a jej szacunkowy koszt oscylować będzie w granicach 200 mln zł.

Konferencja Venture Day
W dniu 16 listopada na Stadionie Energa Gdańsk odbyła się wyjątkowa konferencja, w trakcie której odbyły się prelekcje zagranicznych i polskich ekspertów z branż: e­‑zdrowie i morskiej. Konferencja stanowiła doskonałą okazję do licznych spotkań z inwestorami czy prezentacji najnowszych polskich odkryć naukowych. Wydarzenie zorganizował Gdański Inkubator Przedsiębiorczości STARTER oraz Pomorski Klaster ICT Interizon.

Rozwijamy potencjał B+R z obszaru farmacji
1 grudnia w Gdańskim Uniwersytecie Medycznym odbyło się spotkanie pn. „Potencjał B+R organizacji macierzystych z obszaru farmacji / kosmetologii”. Spotkanie stanowiło okazję do prezentacji i wymiany doświadczeń pomiędzy światem nauki i biznesu. Zaprezentowały się m.in. Wydział Chemii Uniwersytetu Gdańskiego, Wydział Chemiczny Politechniki Gdańskiej, Wydział Farmaceutyczny Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego oraz firmy: Adamed i Polpharma.

Wsparcie B+R w sektorze gospodarki morskiej
13 grudnia w Akademii Morskiej w Gdyni odbyło się seminarium podsumowujące dotychczasowe rezultaty i działania podejmowane w ramach Inteligentnych Specjalizacji Pomorza, w tym szczególnie w obszarze „Technologie offshore i portowo­‑logistyczne”. W spotkaniu wzięły udział podmioty skupione w obszarze Inteligentnych Specjalizacji Pomorza, przedstawiciele biznesu oraz jednostek naukowych zainteresowanych wdrażaniem innowacyjnych rozwiązań.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Pomorski akcent w świecie globalnych potentatów

Pobierz PDF

Rozmowę prowadzi Marcin Wandałowski – redaktor prowadzący „Pomorskiego Przeglądu Gospodarczego”.

Fibratech jest start­‑upem zbudowanym wokół pomysłu zaprojektowania ultralekkich felg samochodowych. Jak narodziła się ta koncepcja?

Od 12 lat prowadzę wraz z moim kuzynem spółkę Venom, działającą w branży motoryzacyjnej. Naszą specjalizacją są zawieszenia sportowe. Grupa docelowa to klienci, którzy chcą obniżyć swoje auta. Zwykle ich potrzeba wynika z zainstalowania w pojeździe większych, niestandardowych felg. Przez to auto się podnosi, co sprawia, że powiększa się luka między rantem błotnika a oponą. Samochód wygląda wówczas mało estetycznie.

Pracując w firmie Venom przez lata jeździliśmy na różnego rodzaju targi. Pojawiały się na nich firmy reprezentujące zarówno rynek zawieszeń, jak i rynek felg. Zauważyliśmy, że ten drugi jest znacznie większy. Postanowiliśmy zrobić rozeznanie. Podczas jednej z rozmów z moim obecnym wspólnikiem, a prywatnie kolegą, Michałem Sobolewskim, zaczęliśmy zastanawiać się, dlaczego w branży motoryzacyjnej produkuje się niemal wyłącznie felgi aluminiowe i stalowe, a nie np. kompozytowe – wytwarzane z włókna węglowego. Michał zaczął badać ten temat.

Nikt na świecie nie produkuje felg kompozytowych?

Globalnie zidentyfikowaliśmy trzy wyróżniające się przedsiębiorstwa, które wprowadziły taki produkt do sprzedaży: niemieckie Porsche, szwedzkie Koeningsegg oraz australijskie Carbon Revolution. Jest to produkt niszowy – roczna produkcja zamyka się w skali kilkunastu tysięcy kompletów. To bardzo niewiele w porównaniu do 29 milionów tradycyjnych felg produkowanych rocznie przez Ronal czy do 9 milionów firmy Uniwheels. W dodatku jest to produkt bardzo drogi, wręcz luksusowy. Ceny kompletu wahają się od 10 do 40 tys. euro, podczas gdy standardowe, aluminiowe można kupić już za kilkaset euro.

Kto i dlaczego mógłby być zainteresowany wykorzystaniem felg kompozytowych? W czym są one lepsze od felg tradycyjnych?

Felgi aluminiowe ważą pomiędzy 6 a 13 kg. Masa prototypu naszej felgi to 4,5 kg. To ważne w przypadku aut elektrycznych – dzięki naszym felgom zasięg samochodu może wydłużyć się nawet o 6%. A w branży elektromobilności urasta on dziś do rangi „świętego Graala”. Dlatego też największy potencjał naszej technologii widzimy w obrębie producentów aut elektrycznych. Spodziewamy się, że będzie to branża, która odnotuje w nadchodzących latach wyraźne wzrosty. Według strategii rządowej tylko po polskich drogach do 2025 r. ma jeździć milion samochodów z napędem elektrycznym. Nawet jeśli okaże się, że przewidywania są zbyt optymistyczne, pokazują one pewien trend. Co ważne, nie ma ograniczeń, jeżeli chodzi o typy aut, w których możliwe będzie zainstalowanie naszych felg. Możemy je projektować zarówno pod auta tradycyjne, jak i sportowe. Nie będziemy mieli również żadnego problemu z autobusami.

W branży elektromobilności zasięg samochodu urasta dziś do rangi „świętego Graala”. Zastosowanie naszych ultralekkich felg w miejsce tradycyjnych felg aluminiowych może zwiększyć zasięg auta nawet o 6%.

Do miliona aut elektrycznych brakuje nam dziś bardzo wiele, to zresztą temat na oddzielną dyskusję. Skoro jednak lżejsze felgi mogą znacząco zwiększyć zasięg samochodu, dlaczego na prace nad nimi nie zdecydowały się koncerny produkujące te auta, pokroju Tesli czy Nissana?

To pytanie zadawaliśmy sobie od początku. Tak samo można jednak zapytać, dlaczego auta elektryczne powstają dopiero teraz, skoro sam napęd został wymyślony 100 lat temu. O tym decyduje szereg uwarunkowań. Wiemy, że tematem zainteresowało się wiele firm motoryzacyjnych. Cechą wspólną ich wysiłków było jednak to, że ich projekty opierały się na tkaninowej metodzie produkcji. Jak dotąd nikomu nie udało się stworzyć odpowiednio lekkiej felgi z wykorzystaniem tej technologii.

My natomiast felgi szyjemy, wykorzystując właściwości włókna węglowego. Dzięki temu jesteśmy w stanie uzyskać ponad dwukrotnie niższą wagę niż konkurenci. Jest to rozwiązanie innowacyjne w skali świata, co zostało potwierdzone przez kilku czołowych producentów aut oraz felg samochodowych.

Koncepcja produkcji naszych felg opiera się na ich szyciu, a nie nakładaniu na siebie tkanin, co jest rozwiązaniem innowacyjnym w skali świata.

Czy Wasza technologia jest już w stu procentach dopracowana i zaczynacie ją komercjalizować?

Prace uległy dużemu przyspieszeniu w zeszłym roku, gdy w nasz projekt zainwestował fundusz Alfabeat. W pierwszej kolejności chcieliśmy zrozumieć, jakie są wymagania producentów felg oraz obowiązujące normy. Teraz rozpoczęliśmy prace nad znalezieniem optymalnego kształtu felgi oraz sposobu jej szycia. Przeprowadziliśmy pierwsze testy statyczne i podjęliśmy pierwsze próby w ruchu, niebawem czekają nas testy dynamiczne w trasie. Do końca roku planujemy stworzyć funkcjonalny prototyp, który wyślemy do producentów aut. Ci z kolei zweryfikują, czy to, co piszemy o naszym produkcie jest prawdą, przeprowadzą testy w laboratorium itp. W kolejnym etapie planujemy natomiast zindustrializować nasz koncept poprzez stworzenie zautomatyzowanej linii do produkcji felg. Zakładamy, że pierwsze wyprodukowane przez Fibratech zestawy trafią do sprzedaży do końca 2020 r.

Tak zaawansowanego produktu nie da się stworzyć w garażu. Macie swój dział badawczo­‑rozwojowy czy specjalną halę produkcyjną, w której prowadzicie prace?

Współpracujemy z warszawską firmą produkującą prototypy dla branży lotniczej i kosmicznej. Tam będziemy budowali prototypy naszych felg.

Kto jest źródłem Waszego know­‑how?

Nasze prace prowadzi dwóch doktorów inżynierii, którzy są jednocześnie wspólnikami spółki: Michał Sobolewski oraz Claus Bayreuther. Obaj panowie znają się ze wspólnej pracy w Airbus Helicopters w Monachium. Claus jest autorem pomysłu odejścia od technologii tekstylnych w kierunku szycia felg. Prace nad kompozytami są absolutną niszą, w której nie ma wielu specjalistów. Bez Clausa proces ten nie miałby szans powodzenia. Zespół obejmuje także dwóch kolejnych inżynierów – jednego będącego specjalistą z dziedziny prototypowania oraz drugiego, który pomaga nam przy tworzeniu dokumentacji technicznej i obliczeniach.

Jaki model biznesowy przyjęliście – planujecie wbić klin między czołowych producentów felg, czy raczej współpracować z którymś z nich?

Każdy przedsiębiorca marzy o tym, by stworzyć firmę, która będzie liderem w swojej branży. Trzeba to jednak zderzyć z realnymi możliwościami. Dojrzeliśmy do tego, by zauważyć, że cały proces certyfikacji, budowania relacji z producentami aut, inwestycje w park maszynowy, a także szereg innych spraw jest na tyle czaso‑ i kosztochłonnych, że wyraźnie zwiększa to ryzyko biznesowe. Doszliśmy do wniosku, że lepiej będzie zostać dostawcą technologii. Planujemy stworzenie „paczki” – felg oraz linii do ich produkcji – zabezpieczonej patentami, którą następnie zaoferujemy jednemu z producentów felg.

Każdy przedsiębiorca marzy o tym, by stworzyć firmę, która będzie liderem w swojej branży. Trzeba to jednak zderzyć z realnymi możliwościami. My uznaliśmy, że nie mamy szans konkurować ze światowymi liderami i doszliśmy do wniosku, że lepiej będzie zostać dostawcą technologii.

W jaki sposób można dotrzeć do takich potentatów?

Istnieje kilka możliwości. Można zgłosić się w sposób bezpośredni – my zadaliśmy kilku koncernom konkretne pytanie: jak zapatrujecie się na temat produkcji felg kompozytowych? Odesłali nas do swoich zespołów odpowiedzialnych za zawieszenia i felgi, z którymi nawiązaliśmy kontakt. Bierzemy pod uwagę ich spostrzeżenia, sugestie co do realizowanego przez nas produktu. Druga opcja to oczywiście targi. Tu również jesteśmy obecni. Dodatkowo pojawiają się czasem na rynku ciekawe inicjatywy organizowane przez liderów branżowych, jak np. program BMW Startup Garage. W jego ramach BMW pomaga start­‑upom doprowadzić ich pomysły do fazy produkcyjnej. Koncern nie jest zainteresowany kupieniem własności intelektualnej, ani samego start­‑upu, lecz stawia się w roli potencjalnego pierwszego klienta. Cieszy nas to, że BMW zainteresował tworzony przez nas know­‑how.

Jakie są najpoważniejsze zidentyfikowane przez Was bariery rozwojowe?

Niedawno powstał w Monachium panel zrzeszający producentów aut i felg kompozytowych, którzy dyskutują nad stworzeniem norm ich certyfikacji. My również uczestniczymy w tym procesie. Dopóki takie normy nie zostaną stworzone, po Niemczech nie będą mogły się poruszać auta wyposażone w takie felgi. Szczególnie duży presję na kwestie certyfikacji kompozytów kładzie dziś Porsche, które produkuje takie felgi, ale nie może ich w Niemczech sprzedawać. Projektując naszą felgę na bieżąco zwracamy uwagę, by spełniała wszelkie normy, nad którymi trwa właśnie dyskusja. Liczymy, że zostaną one ustalone do końca roku, tym bardziej że z rynkiem niemieckim wiążemy duże nadzieje. Poza tym to, co przyjmuje się w Niemczech za motoryzacyjną normę, często oddziałuje na inne kraje.

Innego rodzaju ryzyko jest związane z tym, że finalne koszty produktu mogą okazać się inne niż we wstępnych założeniach. Przyjęliśmy, że automatyzacja procesu produkcyjnego będzie kluczem do uzyskania niskiej ceny. Może się jednak okazać, że sześcioosiowy robot wyciągający nitkę i szyjący felgę będzie droższy, niż zakładamy. Trzecia potencjalna bariera to sytuacja, w której z jakiegoś powodu producenci aut nie będą zainteresowani wykorzystaniem naszych felg. Na razie jednak sygnały z rynku są bardzo optymistyczne.

Na początku rozmowy wspominał Pan o bardzo wysokich cenach felg kompozytowych produkowanych przez Porsche czy Carbon Revolution. Planujecie konkurować z nimi cenowo?

Przede wszystkim wagowo – nasze felgi są przecież znacznie lżejsze niż te oferowane przez konkurencję. Cena również będzie miała ogromne znaczenie. Zakładamy, że produkowane przez nas zestawy felg będą kosztowały w granicach 1400 euro. Czyli mniej więcej tyle, ile kosztuje obecnie zestaw tradycyjnych felg aluminiowych wykonanych w technologii kutej. To, co do tej pory było luksusem, może niebawem stać się standardem. Widzimy w tym swoją szansę.

Skip to content