Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Pomorze w erze pracownika

Pobierz PDF

Rozmowę prowadzi Marcin Wandałowski – redaktor prowadzący Pomorskiego Przeglądu Gospodarczego

Począwszy od transformacji gospodarczej 1989 r. głównym problemem społeczno-ekonomicznym, z jakim zmagała się Polska, było bezrobocie. Dziś, po niemal 30 latach, wydaje się, że w wielu branżach przeszliśmy od rynku pracodawcy do rynku pracownika. Zgodzi się Pan z tą tezą?

Mamy dziś do czynienia z niespotykaną do tej pory sytuacją. Na przestrzeni ostatnich niespełna 30 lat tylko w 1991 r. i przez kilka miesięcy 1997 r. stopa bezrobocia nie przekraczała 10 proc. Przyzwyczailiśmy się, że jest ona dwucyfrowa. To, że od pewnego czasu utrzymuje się natomiast na poziomie 7 proc. w kraju i 5,5 proc. w naszym regionie, to absolutna nowość. Mam poczucie, że firmy, pracownicy, a także szerzej – samorządy, innego typu instytucje – muszą się dostosować do tej sytuacji i nauczyć się w takich warunkach funkcjonować. W niektórych branżach coraz bardziej palącym problemem staje się faktycznie niedobór pracowników.

Pracowników o jakim profilu najbardziej dziś na Pomorzu brakuje?

Trójmiejski rynek usług dla biznesu nadal rośnie w bardzo szybkim tempie – rośnie więc także zapotrzebowanie na osoby, które mogłyby pracować w centrach BPO/SSC. Obecnie na czasie są z pewnością specjaliści z zakresu księgowości, osoby ze znajomością języków – przede wszystkim niemieckiego oraz mniej popularnych, np. języków skandynawskich. Dochodzą do tego oczywiście specjaliści z branży IT – mam wrażenie, że pomorski rynek IT jest w stanie wchłonąć każdego kandydata.

Funkcjonujące w regionie firmy potrzebują zatem przede wszystkim wysokiej klasy specjalistów, którzy znajdują zatrudnienie głównie w centrach BPO/SSC. Czy przekłada się to jednak na to, że Trójmiasto staje się mniej atrakcyjne dla działalności bardziej podstawowych, typu contact center?

Rynek pracy jest takim samym rynkiem jak każdy inny – jest płynny, niejednorodny, zmieniający się w czasie. Uważam, że powinien dostarczać różnorodnych miejsc zatrudnienia. Dobrze, gdyby oferował propozycje zarówno dla osób z zaawansowanymi umiejętnościami, jak i z bardzo prostymi zdolnościami, np. wyłącznie manualnymi. Zdrowy rynek pracy to taki, na którym każdy może znaleźć dla siebie zajęcie na miarę swoich możliwości.

Z drugiej jednak strony, ze względu na warunki rynkowe czy realizowane strategie niektóre firmy przenoszą fragmenty swojej działalności, a czasem nawet jej całość, z Trójmiasta do innych regionów Polski lub za granicę. Naturalną rzeczą jest bowiem to, że przedsiębiorstwa konkurują ze sobą na rynku pracy. Jeśli dany podmiot nie jest w stanie zachować opłacalności swojej działalności, oferując warunki pracy podobne do konkurentów, może zdecydować się na relokację. Z perspektywy władz regionu, dopóki nie notuje się spadków zatrudnienia, jest to proces pozytywny, świadczący o rosnącym zaawansowaniu lokalnej gospodarki.

Przedsiębiorstwa konkurują ze sobą na rynku pracy. Jeśli dany podmiot nie jest w stanie zachować opłacalności swojej działalności, oferując warunki pracy podobne do konkurentów, może zdecydować się na relokację. Z perspektywy władz regionu, dopóki nie notuje się spadków zatrudnienia, jest to proces pozytywny, świadczący o rosnącym zaawansowaniu lokalnej gospodarki.

W ostatnim czasie miały już miejsce relokacje firm, które przeniosły swoje działalności z Trójmiasta na wschód Polski bądź za granicę. Czy zatem Trójmiasto przestaje być atrakcyjnym miejscem lokowania inwestycji ze względu na niskie koszty pracy?

Nie tylko Trójmiasto, ale wszystkie duże polskie metropolie. Pięć lat temu było w Polsce raptem kilka miast, które miały jakiekolwiek centra usług biznesowych. Nikt nie mówił o lokalizacjach takich jak Olsztyn, Bydgoszcz czy Rzeszów. Dzisiaj – w dużej mierze właśnie za sprawą rosnących kosztów pracy – takich lokalizacji jest pewnie dwadzieścia kilka. W dyskusjach na temat ulokowania ewentualnej inwestycji pojawiają się miasta takie jak np. Piła. To naturalne – inwestorzy szukają miejsc, gdzie poniosą niższe koszty. Od miast, które przeszły już pewną drogę – jak np. my, w Trójmieście – wymaga to szukania metody dalszego rozwoju i zwiększania zatrudnienia przy jednoczesnej zmianie struktury kompetencji. Dlatego też na Pomorzu staramy się obsługiwać bardziej zaawansowane procesy. Korporacje rozważające pojawienie się w największych polskich metropoliach wyrażają takie właśnie zapotrzebowanie. Prostsze prace, które wykonywaliśmy do niedawna, są natomiast transferowane do mniejszych miast, bądź też głównie do Azji: na Filipiny, do Indii.

Czy trójmiejski rynek BPO/SSC odczuwa w jakiś sposób dokonujący się obecnie brexit?

Wzrosło zainteresowanie naszą lokalizacją, choć trzeba mieć świadomość, że firmy nie podejmują na razie żadnych gwałtownych kroków. Większość z nich obserwuje rozwój sytuacji. Sporo podmiotów działających dziś w Wielkiej Brytanii – zarówno firm brytyjskich, jak również koncernów międzynarodowych obecnych na Wyspach – przyjeżdża do Trójmiasta, by zobaczyć lokalizację, sprawdzić, jakie warunki możemy im zaoferować. Generalnie jednak panuje atmosfera wyczekiwania – korporacje czekają na informacje, przecieki dotyczące tego, w którą stronę zmierzają negocjacje związane z brexitem. Pytanie brzmi: na jakich warunkach Wielka Brytania opuści Unię? Jeśli cały proces skończy się na brexicie w wersji soft, wiele podmiotów zdecyduje się pozostać w Wielkiej Brytanii. Jeżeli będziemy mieli do czynienia z brexitem „twardym”, sporej rzeszy firm obecność na Wyspach przestanie się opłacać.

W jakim właściwie stadium znajduje się dziś brexit?

Bez wątpienia brexit już się dzieje. Widzimy to po inwestycjach, które przeniosły się z londyńskiego City chociażby do Frankfurtu czy nawet Warszawy. Są to sygnały świadczące o tym, że proces ten postępuje i że kolejne podobne ruchy mogą mieć miejsce w przyszłości. Jak dotąd mamy do czynienia z brexitem „miękkim”. Im bardziej będzie on jednak twardy, tym większe mogą być potencjalne korzyści dla Polski, a zatem również dla Pomorza, w kontekście m.in. inwestycji i nowych miejsc pracy.

Jak dotąd mamy do czynienia z brexitem „miękkim”. Im bardziej będzie on jednak twardy, tym większe mogą być potencjalne korzyści dla Polski, a zatem również dla Pomorza, w kontekście m.in. inwestycji i nowych miejsc pracy.

Wróćmy do tematu rynku pracy w jaki sposób Pomorze jest w stanie odpowiedzieć na rosnące zapotrzebowanie na specjalistów IT, zaawansowanej księgowości czy innych branż, które są dziś szczególnie na czasie?

Jako Invest in Pomerania staramy się prowadzić inicjatywy mające na celu poszerzenie puli kandydatów dla obecnych tu firm. Spójrzmy chociażby na projekt „Live more. Pomerania”, którego grupą docelową są osoby spoza naszego województwa. Mam wrażenie, że jako społeczeństwo stajemy się coraz bardziej świadomi i wielu rodaków jest w stanie podjąć decyzję o relokacji choćby ze względu na świeże powietrze czy szeroką ofertę możliwości spędzenia czasu wolnego. W ramach naszej inicjatywy prezentujemy zainteresowanym atuty naszego regionu zarówno od strony „życiowej” – najprościej mówiąc: atrakcyjnych warunków do życia, jak i stricte zawodowej, prezentując obecne na Pomorzu branże, dostępne oferty pracy itp. Pokazujemy to na targach pracy organizowanych na uczelniach czy podczas wyjazdów typu road show do największych polskich miast. Prowadzimy także działania online, głównie przez media społecznościowe. Staramy się aktywnie docierać do osób o szczególnie pożądanych na rynku profilach.

Z których części kraju odzew jest największy?

Z naszych badań wynika, że na Pomorze najczęściej przeprowadzają się mieszkańcy województw: kujawsko-pomorskiego, warmińsko-mazurskiego, podlaskiego, zachodniopomorskiego. Częstymi kierunkami są też Mazowsze, Śląsk i Małopolska. W przypadku województwa mazowieckiego mowa tu często o powrocie osób, które wyjechały tam kilka czy kilkanaście lat temu na studia lub do pracy i potem wracają w rodzinne strony.

Oprócz mieszkańców innych województw trafia też do nas sporo osób przyjeżdżających do pracy z zagranicy – głównie z Ukrainy…

Ze względu na położenie geograficzne napływ imigrantów z Ukrainy na Pomorze jest trochę mniejszy niż np. na południu Polski. Cały czas jest to jednak proces, który w istotny sposób wpływa na lokalny rynek pracy. Widać, że wiele lokalnych przedsiębiorstw korzysta już z tego zasobu.

Na ile prawdziwy jest stereotyp, że Ukraińcy przyjeżdżają tu wykonywać relatywnie proste czynności?

Prawdą jest, że więcej obecnych na Pomorzu Ukraińców pracuje w sektorze produkcyjno-budowlanym, niż np. w nowoczesnych usługach dla biznesu. Dla kogoś, kto przyjeżdża zza wschodniej granicy do pracy na budowie, oferowane u nas warunki są znacznie lepsze niż w przypadku tej samej branży na Ukrainie. Z kolei jeśli chodzi np. o ukraińskich informatyków – znajdują się oni w swoim kraju w znacznie lepszym położeniu w porównaniu z  przedstawicielami innych zawodów. Mają tam pewne przywileje, jak np. niższe podatki, zarabiają dobrze na tle reszty rodaków. Choć w Polsce mogliby liczyć na jeszcze lepsze zarobki, to ogólna korzyść ekonomiczna nie byłaby dla nich aż tak duża jak np. dla budowlańców. Stąd też zdecydowana większość z nich decyduje się pozostać w ojczyźnie.

Prawdą jest, że więcej obecnych na Pomorzu Ukraińców pracuje w sektorze produkcyjno-budowlanym, niż np. w nowoczesnych usługach dla biznesu. Dla kogoś, kto przyjeżdża zza wschodniej granicy do pracy na budowie, oferowane u nas warunki są znacznie lepsze niż w przypadku tej samej branży na Ukrainie. W przypadku sektorów takich jak IT ta różnica nie jest aż tak wielka.

Jaką presję na lokalny rynek pracy wywiera natomiast postęp technologiczny i związana z nim automatyzacja procesów?

Wprowadzane technologie bez wątpienia już teraz zaczynają zastępować część miejsc pracy. Niemniej jednak daleki jestem od snucia apokaliptycznych wizji z tym związanych – uważam, że zawsze znajdzie się popyt na nowe miejsca pracy w utrzymywaniu i rozwijaniu nowoczesnych technologii. Jeśli dziś mówi się, że 95 proc. miejsc pracy w sektorze księgowości może być w przyszłości zautomatyzowanych, oznacza to, że 95 proc. osób pracujących w tej specjalizacji musi podnieść swoje kompetencje, bo ich dotychczasowe umiejętności przestaną być na rynku pracy doceniane. Jeśli osoby te nauczą się, w jaki sposób rozwijać daną technologię na innych polach czy jak ją utrzymywać, nie zostaną zwolnione, tylko przesunięte przez firmę do bardziej zaawansowanych działań.

Nie będzie zatem rewolucji, w wyniku której wielu ludzi pozostanie bez pracy, bo zastąpią ich maszyny?

Rewolucja będzie, jeśli zlekceważymy nadchodzące zmiany. Jeśli nasze podejście będzie podobne do dzisiejszego, technologia zweryfikuje istniejące modele biznesowe i w znacznej mierze zdezaktualizuje dotychczasowe założenia. Nie możemy nadal myśleć o rozwoju w perspektywie 5 czy 10 lat – musimy stworzyć warunki do kształcenia pewnych kompetencji nawet z roku na rok, czy też w cyklach dwuletnich.

O tym, jak duża zmiana nas czeka, najlepiej świadczy przykład tzw. big data. Pamiętam, że w latach 2011-2012 mówiono o tym temacie w kategoriach „zajawki”, ciekawego pomysłu, którym warto się zainteresować. Po 2-3 latach obszar big data stał się biznesowym standardem, wokół tego zagadnienia powstało wiele firm i rozwiązań automatyzujących pracę.

Warto mieć też na uwadze, że każda kolejna nowinka technologiczna będzie w firmach wprowadzana coraz szybciej, ponieważ znacznie zwiększyły się zdolności adaptacyjne organizacji. Przedsiębiorstwa, które przeszły pewną transformację technologiczną związaną z wdrożeniem technologii, nauczyły się, w jaki sposób to robić.

Jak zatem nie dać się złapać rewolucji?

Unia Europejska już od pewnego czasu lansuje koncepcję life long learning – uczenia się przez całe życie. Jeśli zaniedbamy ten temat, jeśli nie zainicjujemy rozwijania kompetencji wśród ludzi, którzy już dziś pracują, może to mieć negatywne skutki. Jeśli natomiast uświadomimy im, jakie zmiany ich czekają i pomożemy w zdobyciu kompetencji, które mogą im ułatwić pracę w przyszłości, zamiast bolesnej rewolucji będziemy mieli kroczącą ewolucję, dostosowanie się do zmian, rewaluacje modeli biznesowych. Już raz przeżyliśmy to w 1989 r., kiedy nagle zmienił się sposób myślenia o gospodarce, a dotychczasowe modele biznesowe zostały wyrzucone do kosza i w ich miejsce trzeba było zbudować nowe.

Jakiego typu inwestycji będzie w nadchodzących latach przybywać na Pomorzu?

Koncentrujemy się przede wszystkim na pozyskiwaniu centrów usług wspólnych, w szczególności tych najbardziej zaawansowanych. Mamy jednak zamiar dokładać do tego kolejne „wiązki”, jak start-upy technologiczne, a także firmy produkcyjne. Rok 2017 był pierwszym, w którym podmioty z branży produkcyjnej zapewniły na Pomorzu więcej miejsc pracy niż firmy usługowe.

Jak zachęcić do inwestowania na Pomorzu firmy produkcyjne? Z działalnością przemysłową kojarzy się w Polsce bardziej południe kraju…

Do tej pory naszą wadą była słabość infrastrukturalna – brakowało nam uzbrojonych terenów, jak również hal produkcyjnych. Dlatego też przez wiele lat inwestycji w sektorze produkcyjnym było na Pomorzu bardzo niewiele. Teraz to się zmienia – w ramach naszych działań tworzymy uzbrojone tereny, licząc na to, że powstaną na nich hale produkcyjne i magazyny logistyczne pod wynajem.

Dla jakich gałęzi przemysłu Pomorze może być atrakcyjnym miejscem do prowadzenia działalności?

Sądzę, że dla branż takich jak produkcja elektroniki, przetwórstwo rolno-spożywcze z głównym naciskiem na przetwórstwo rybne, a także elementy sektora chemicznego. Zapytania z tych gałęzi trafiają do nas najczęściej. Obszarami najbardziej predestynowanymi z punktu widzenia rozwoju przemysłu są na Pomorzu tereny wokół szlaku komunikacyjnego autostrady A1 i głównej linii kolejowej biegnącej na południe, jak również obszar Trójmiasta i tereny zlokalizowane wokół drogi S6 biegnącej do Słupska.

Wspominał Pan, że liczycie także na inwestycje start-upów. Planujecie zachęcać start-upy z innych państw czy regionów, by otwierały tu swoją działalność? Czy ich specyfiką nie jest jednak to, że powstają głównie lokalnie?

Chodzi nam nie o start-upy w fazie seed, czyli pracy nad koncepcją, ale o start-upy w fazie skalowania biznesu, jego dynamicznego rozwoju. Polska, w tym także Pomorze, może być atrakcyjnym miejscem do zbudowania np. centrum operacyjnego danego start-upu. Wciąż jesteśmy postrzegani jako kraj tańszy od państw zachodnich, który potrafi zapewnić taką samą jakość obsługi i pracy. Chodzi o poszukiwanie oszczędności ekonomicznej. Takie procesy już się dzieją. Są pierwsze firmy, zarejestrowane np. w Londynie, których centrum operacyjne znajduje się w Gdańsku. Najciekawszym przykładem jest duński AirHelp. W jego gdańskim centrum operacyjnym pracuje już 200 osób. Oczywiście, mamy świadomość, że start-upy mają różne cykle życia. Po trzech latach model biznesowy może się okazać niewłaściwy i biznes upadnie. Liczymy jednak na to, że osiedli się tu przynajmniej kilka firm, którym się powiedzie, i że firmy te zostaną u nas na stałe.

Polska, w tym także Pomorze, może być atrakcyjnym miejscem do zbudowania np. centrum operacyjnego zagranicznego start-upu. Wciąż jesteśmy postrzegani jako kraj tańszy od państw zachodnich, który potrafi zapewnić taką samą jakość obsługi i pracy.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Gdy maszyny zastąpią człowieka

Pobierz PDF

Rozmowę prowadzi Marcin Wandałowski – redaktor prowadzący Pomorskiego Przeglądu Gospodarczego

Nie minę się chyba z prawdą mówiąc, że z każdym kolejnym miesiącem, tygodniem, a może nawet i dniem coraz więcej procesów w gospodarce jest automatyzowanych. Jak dotychczas nie mieliśmy jednak do czynienia z nagłym wielkim skokiem, lecz jest to raczej stopniowy, konsekwentny przyrost. Czy niebawem nie czeka nas jednak zmiana trajektorii?

Skok czeka nas z pewnością, lecz trudno precyzyjnie określić, w którym dokładnie momencie nastąpi. Jesteśmy dziś u podnóża stromej góry – to, co do tej pory rosło stopniowo, niebawem będzie wzrastać w postępie geometrycznym. Rewolucja nadchodzi bardzo szybkimi krokami, a jej głównymi filarami są automatyzacja, sztuczna inteligencja oraz robotyzacja.

Jaka jest tak właściwie różnica między automatyzacją a robotyzacją? Czy automaty nie są w pewnym sensie robotami, które wykonują zaprogramowane przez człowieka czynności?

Są to bliskie pojęcia. Różnica polega na tym, że automatyzacja jest pewną sekwencją czynności, które są monotonnie powtarzane. Robot natomiast może samodzielnie reagować na bodźce zewnętrzne.

Można zatem powiedzieć, że roboty są efektem połączenia automatyzacji ze sztuczną inteligencją…

Tak – są już chociażby dostępne w sprzedaży urządzenia, będące w stanie samodzielnie, w sposób spontaniczny omijać stojące im na drodze przeszkody. To dobry przykład obrazujący różnicę między robotyzacją a automatyzacją.

Wróćmy jednak do kwestii „skoku” – jakie mogą być jego konsekwencje?

Koncepcja tego „skoku” była przepowiadana już 70 lat temu – Teilhard de Chardin, francuski jezuita, opisywał go jako Punkt Omega, a polski matematyk, Stanisław Ulam, który pracował w projekcie Manhattan, jako syngularność. Ów „skok” można porównać do fali tsunami, która wywróci do góry nogami dzisiejszy świat na bardzo wielu płaszczyznach. Pierwszą i być może najważniejszą z nich będzie rynek pracy – automatyzacja i robotyzacja procesów wyeliminują miliony miejsc pracy. Począwszy od tych monotonnych, powtarzalnych, jak np. pakowanie paczek, sortowanie towarów, wybieranie, wysyłanie, co już się zresztą dzieje, skończywszy na bardziej zaawansowanych. Niebawem zniknie chociażby zawód kierowcy – już powstają auta, które „same się prowadzą”, na amerykańskich lotniskach pociągi kursujące między terminalami są bezzałogowe, podobnie jak niektóre linie metra, np. w Londynie. Już dyskutuje się nawet nad pomysłami opieki nad dziećmi i seniorami wykonywanej przez inteligentne roboty.

Czekający nas w niedalekiej przyszłości skok technologiczny można porównać do fali tsunami, która wywróci do góry nogami dzisiejszy świat na bardzo wielu płaszczyznach. Pierwszą i być może najważniejszą z nich będzie rynek pracy.

Cały czas mówimy jednak o zawodach, które są bardziej praco- niż wiedzochłonne. Czy zaawansowane usługi również mogą mieć problem z obronieniem się przed rewolucją technologiczną?

Owszem – wiele eksperckich systemów zostanie zastąpionych przez sztuczną inteligencję. Mam na myśli chociażby usługi lekarskie czy prawne. Komputer znacznie szybciej, dokładniej i pewniej od lekarza czy prawnika będzie w stanie wydać diagnozę lekarską czy werdykt. Już teraz technologie są do tego wykorzystywane przez człowieka – niebawem jednak w wielu aspektach człowiek nie będzie technologii do niczego potrzebny.

Czeka nas świat, w którym zamiast ludzi pracować będą wyłącznie roboty?

Praca większości ludzi może być nie tylko niepotrzebna, ale wręcz destruktywna. Nie zdziwię się, jeśli ludziom będzie się wręcz zabraniało pracować, gdyż będą po prostu mniej doskonali od robotów. Ewentualne popełniane przez nich błędy mogą przynieść więcej szkody niż pożytku.

Już niebawem praca większości ludzi może być nie tylko niepotrzebna, ale wręcz destruktywna. Ewentualne popełniane przez nich błędy mogą przynieść więcej szkody niż pożytku.

Co zatem stanie się z milionami bezrobotnych ludzi?

Staną się oni wyłącznie konsumentami, co będzie rodzić wiele wyzwań nie tylko natury ekonomicznej, ale i społecznej.

Za co jednak będą mieli kupować produkty i usługi, skoro będą pozostawali bez pracy?

W Finlandii już dziś wprowadzany jest tzw. dochód podstawowy, którego mechanizm polega na tym, że każdy obywatel będzie dostawał od państwa pewną wypłatę. Jaki tego sens? Konsumenci przedstawiają pewną wartość gospodarczą. Dla kogoś trzeba produkować. Gdyby nie mieli za co nabywać dóbr, załamałaby się produkcja i sektor usług.

Brzmi to jak science-fiction. Pojawia się pytanie: czym ci ludzie będą się w ogóle zajmowali całymi dniami, skoro nie będą musieli chodzić do pracy?

W interesie rządzących będzie leżało trzymanie tych ludzi w spokoju, by nie dochodziło do konfliktów społecznych. Chodzi o to, by mieli oni swoje zainteresowania, by mieli czym żyć. Mam tu na myśli sport, rozrywkę, piosenki, komedie – coś, co ludzi bawi i zadowala. Dla bardziej wymagających pozostanie edukacja i oddawanie się swoim głębszym zainteresowaniom.

Czy sądzi Pan, że rządzący już teraz świadomie starają się odwrócić uwagę społeczeństw od problemów związanych z ich perspektywami zawodowymi, przekierowując myślenie obywateli na tematy związane z rozrywką?

Nie wiem, na ile jest to świadome, a na ile w pół świadome, ale takie procesy mają dziś bez wątpienia miejsce chociażby w Stanach Zjednoczonych. Ludzi trzeba czymś zająć, skierować ich emocje na rzeczy dla władzy bezpieczne. Sport i rozrywka idealnie się do tego nadają. Jeżeli starczy dla wszystkich ziemi, może to być nawet opiekowanie się swoimi ogródkami działkowymi, a więc niejako powrót do koncepcji il faut cultiver notre jardin („Trzeba uprawiać nasz ogródek”) Voltaire’a.

Nie jest to – mówiąc wprost – ogłupianie społeczeństw, sztuczne zmienianie ich percepcji świata?

Jest to w pewnym sensie patronalistyczna forma kontroli nad społeczeństwem dla jego dobra. Gdyby tego nie robiono, mogłoby dojść do konfliktów, zamieszek, niepokojów. Wszyscy – i obywatele, i władza – by na tym ucierpieli. Takie działania można więc do pewnego stopnia uznać za sensowne.

Wydaje mi się jednak, że było już w historii ludzkości co najmniej kilka momentów – szczególnie przy okazji rewolucji przemysłowych w XIX i XX wieku – kiedy również spodziewano się, że wiele zawodów zniknie. Zazwyczaj faktycznie tak było, jednak w ich miejsce pojawiały się nowe. Czy fala, której spodziewamy się obecnie, również i tym razem nie wygeneruje szeregu nowych zawodów, które zastąpią stare? Być może powstaną nowe dyscypliny sportu, być może nowe miejsca pracy w prężnie rozwijającym się sektorze rozrywki…

Taki tok myślenia, choć w założeniu wydaje się poprawny, może tym razem okazać się błędny. Uważam, że zbliżamy się do szczególnego momentu w historii ludzkości, w którym wiele odniesień do przeszłości straci miejsce bytu. Już dziś jesteśmy świadkami tego, że w wielu krajach świata zanika przemysł ciężki, koncentrując się jedynie w kilku, np. w Chinach. Siłą napędową większości gospodarek – inaczej niż w przeszłości – są bądź też stają się natomiast usługi. O ile podczas wcześniejszych rewolucji przemysłowych można było uciec z przemysłu do usług, o tyle teraz – gdy wiele spośród usług będzie wykonywała sztuczna inteligencja – ludzie nie będą już mieli gdzie się podziać na rynku pracy. Nowe zawody z pewnością powstaną, lecz nie zastąpią w stosunku 1:1 tych, które zostaną zlikwidowane.

O ile podczas wcześniejszych rewolucji przemysłowych można było uciec z przemysłu do usług, o tyle teraz – gdy wiele spośród usług będzie wykonywała sztuczna inteligencja – ludzie nie będą już mieli gdzie się podziać na rynku pracy.

Czy elity rządzące państw zachodnich – bo to głównie ich gospodarki opierają się na usługach – są przygotowane na nadejście opisywanego przez Pana tsunami?

Mówiąc bardzo obrazowo: jesteśmy w sytuacji, w której spadamy ze szczytu drapacza chmur i przelatując na wysokości 50 piętra wołamy: „na razie wszystko w porządku”. Na to tsunami nikt w polityce nie jest przygotowany i dzieje się tak z rozmaitych powodów. Trzy z nich wydają się jednak szczególnie warte podkreślenia. Po pierwsze, wszyscy jesteśmy poniekąd dziećmi katastrofy gospodarek centralnie planowanych. Doświadczenia historyczne z XX wieku pokazują, że systemy oparte na komunizmie czy dyktaturach padały. Cały świat zachodni żyje więc w dobie gospodarki rynkowej, która jest ich przeciwieństwem. Koncepcja tego modelu zakłada, że istnieją niezależne od siebie siły, za pomocą których gospodarka jest budowana samoistnie, oddolnie. Wiemy już jednak, że również i ten model nie jest doskonały. Problem w tym, że nikt, głównie z powodów ideowych, nie chce się dziś podjąć pewnych odgórnych korekt, pamiętając, że dotychczas w historii miało to zazwyczaj zgubne skutki. Rządzący wolą więc zdać się na tzw. niewidzialną rękę rynku, zdejmując tym samym z siebie ciężar ewentualnych niepowodzeń związanych z odgórnym ingerowaniem w mechanizmy rynkowe.

Po drugie, spora część elit rządzących zdaje sobie sprawę, że złożoność tego, co nadchodzi przerasta po prostu wyobraźnię i zdolność abstrakcyjnego zorganizowania myślenia większości ludzi. Mówiąc wprost: wiele osób jest świadomych tego, że czeka nas ogromny problem, jednak nie mają pojęcia, w jaki sposób się na niego przygotować, bądź też go załagodzić. Czekający nas efekt domina będzie szedł w rozmaitych kierunkach i tak naprawdę nikt nie może przewidzieć, jakie dokładnie będą jego skutki. Po trzecie natomiast, sztuczna inteligencja – przynajmniej w niektórych zakresach – będzie inteligentniejsza od człowieka. Bardzo trudno przewidzieć, jakie mogą być tego skutki.

Człowiek powoli przestaje zatem mieć kontrolę nad otaczającym go światem – zaczyna nas on przerastać…

Proszę spróbować ocenić, jak wiele osób jest dziś w stanie wytłumaczyć, w jaki sposób funkcjonuje społeczeństwo, gospodarka czy państwo. Sądzę, że bardzo mała grupa. Owszem – wielu z nas ma pewne informacje z gazet czy z internetu, ale czy jesteśmy je w stanie odpowiednio ułożyć, ustrukturalizować? Ocenić, co jest ważne, a co nie? Co z czego wynika? Nie mówiąc już o najważniejszym chyba problemie: czy to, czego się dowiedzieliśmy, aby na pewno jest prawdziwe?

W średniowieczu wykształcony człowiek był w stanie ogarnąć, co dzieje się w całym jego mieście czy państwie. Potrafił zaprojektować w swojej głowie odpowiadający rzeczywistości obraz. Teraz już nie może. Dzisiejszy świat jest tak złożony, że pojedynczy człowiek nie jest w stanie objąć go swoim umysłem. Sztuczna inteligencja nie będzie z tym natomiast miała żadnego problemu. W horyzoncie kilkudziesięciu lat systemy będą więc korygowały, czy nawet kontrolowały człowieka – nawet tego najbardziej inteligentnego. Rodzi to moim zdaniem wielkie niebezpieczeństwo – równolegle z rozwojem technologii coraz lepiej poznajemy funkcjonowanie naszego mózgu. Zdobywamy przez to instrumenty wpływania na naszą percepcję, na sposób postrzegania świata, począwszy właściwie od podświadomości. Już teraz wiele reklam oddziałuje na bodźce, z których nie zdajemy sobie nawet sprawy, a które nakazują nam podjęcie takiej, a nie innej decyzji komercyjnej. A co, jeśli będziemy podatni na kontrolę również od strony zawodowej czy nawet uczuciowej? Co gorsza, od tej kontroli nie będzie nam się łatwo uwolnić – trzeba sobie bowiem zdać sprawę z tego, że nadchodzące zmiany wejdą w szatach olbrzymich ułatwień dla codziennego życia, jako nasz „przyjaciel i dobroczyńca”.

Równolegle z rozwojem technologii coraz lepiej poznajemy funkcjonowanie naszego mózgu. Zdobywamy przez to instrumenty wpływania na naszą percepcję. Już teraz wiele reklam oddziałuje na bodźce, z których nie zdajemy sobie nawet sprawy. A co, jeśli będziemy podatni na kontrolę również od strony zawodowej czy nawet uczuciowej?

Korzystając z internetu sami niejako zacieśniamy sznur na naszych szyjach – od strony technologicznej żadnym problemem jest przecież stworzenie naszego digitalnego sobowtóra, zbierającego w sieci wszystkie informacje na nasz temat: co kupujemy, jakie strony odwiedzamy, jakich treści poszukujemy…

To może pójść dużo dalej – takie systemy mogą przecież zdobyć dostęp do naszych maili i wyciągać wnioski z prowadzonych przez nas korespondencji, oceniając, w jaki sposób się komunikujemy, jak reagujemy na poszczególne sytuacje itp., tworząc de facto psychogram danej osoby. Wielkie korporacje już się tym interesują. Elon Musk stworzył instytut badający, jakie mogą być skutki rozwijania sztucznej inteligencji. Swoją cegiełkę do tego projektu dokłada też Bill Gates. Naprawdę trudno dziś wyrokować, w jakim kierunku to wszystko pójdzie.

A co, jeśli sztuczna inteligencja pozwoli nam na zdobycie pierwszego wydania nieśmiertelności? Mogę umrzeć, lecz mój digitalny sobowtór będzie egzystował dalej. Choć będzie odcięty od fizycznych doświadczeń, to będzie można z nim czatować, a on będzie odpowiadał na pytania na podstawie moich zachowań i doświadczeń mojego życia. A co, jeśli w niedalekiej przyszłości do naszego mózgu będzie można podłączyć moduł stanowiący hybrydę elektroniki i sztucznej inteligencji, dzięki czemu dana osoba z miejsca będzie w stanie posiąść ogromną wiedzę na dany temat, czy też posługiwać się nieznanym przez siebie językiem? Amerykańskie wojsko już pracuje nad tego typu rozwiązaniami. Jakie będą ich skutki? Trudno to sobie nawet wyobrazić.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Od transakcji do relacji

Pobierz PDF

Rozmowę prowadzi Marcin Wandałowski – redaktor prowadzący „Pomorskiego Przeglądu Gospodarczego”.

Od jakich czynników będzie w największym stopniu zależał dalszy rozwój polskiej gospodarki w nadchodzących latach?

W latach 90. byliśmy świadkami jej bardzo dynamicznego rozwoju, opartego na wielkiej prywatyzacji oraz wybuchu przedsiębiorczości Polaków. Sprzyjały temu dobra koniunktura międzynarodowa, zbliżanie się do Unii Europejskiej, nienasycony rynek wewnętrzny. Od tego czasu zbudowaliśmy nowoczesny, wolnorynkowy system. Nie zmienia to jednak faktu, że jest on cały czas na etapie zmian technologicznych, stawiania na innowacyjność i nowe modele biznesowe. Jest to naturalny krok w kierunku przechodzenia od rozwoju zależnego, od statusu poddostawcy, do statusu podmiotowego: budowania i promowania własnych marek, własnych kanałów sprzedaży, dynamicznego rozwijania eksportu rodzimych firm.

Jeśli chcemy aspirować do realizacji tych wyzwań, nie wystarczy, by nasze przedsiębiorstwa rozwijały się tylko w oparciu o własne zasoby. W coraz większym stopniu będą one zmuszone polegać na zasobach innych partnerów, w zakresie m.in. know­‑how i doświadczenia czy prac badawczo­‑rozwojowych. To czynnik, bez którego nie pójdziemy do przodu.

Stwierdzenie, że przedsiębiorstwa nie są od tego, by ze sobą rywalizować, lecz by współpracować i dzielić się zasobami, może przez wielu przedsiębiorców zostać uznane za kontrowersyjne…

Do niedawna dominującą w Polsce formą relacji między firmami było podejście transakcyjne, które opierało się wręcz na fetyszu najniższej ceny. Obowiązywała zasada: „jeśli dziś uda mi się wydusić z ciebie niską cenę, a następnym razem mi odmówisz, znajdę sobie innego kooperanta”. Przyzwyczailiśmy się do tego, że zawsze można znaleźć kogoś innego. To bardzo egoistyczne podejście. Zdarzały się sytuacje, w których wyciskano z partnera jak najwięcej, mając świadomość, że może to go doprowadzić do upadłości i rozpaczy. Podejście transakcyjne, charakterystyczne dla ostatnich 30 lat, miało w istocie wymiar działania krótkookresowego, nastawionego na korzyści jednej tylko strony (win­‑lose).

Podejście transakcyjne, charakterystyczne dla ostatnich 30 lat, miało wymiar działania krótkookresowego, nastawionego na korzyści jednej tylko strony.

Chcąc dalej budować rozwój gospodarczy Polski, nasi przedsiębiorcy muszą pójść w kierunku budowania nowej formy współpracy – długofalowych aliansów strategicznych opartych na zaufaniu, dzieleniu się zasobami, korzyściami oraz, co najważniejsze, na biznesowej uczciwości. Na regułach fair, gdzie jeden partner nie wykorzysta w żaden sposób drugiego. Na odchodzeniu od krótkookresowych zysków do myślenia długookresowego, otwierania swoich drzwi, komputerów, działów na współpracę z partnerami. To kwestia kompetencji, wartości i postaw. Tylko w takim podejściu nasze firmy będą mogły budować swoją konkurencyjność, korzystając ze swoich szeroko rozumianych zasobów.

Nie chodzi tu o ideologię, lecz o klarowne korzyści natury ekonomicznej: na bazie ścisłej współpracy, wręcz synergii w ramach ekosystemów biznesowych, oszczędza się nie tylko zasoby kapitałowe czy inwestycyjne, lecz również czas. Dobra, uczciwa współpraca i podział korzyści powodują, że wiele rzeczy wdraża się szybko. Jestem przekonany, że sukces polskiej gospodarki będzie w nadchodzącej przyszłości mniej zależał od środków trwałych i kapitału, tak jak to było w poprzednich latach, a w większej mierze od czynników miękkich, generalnie od kapitału ludzkiego.

W jaki sposób może następować owo dzielenie się między firmami?

Najprościej mówiąc: nie musisz w swojej firmie posiadać wszystkich kompetencji, jakich potrzebujesz, gdyż możesz korzystać z kompetencji, know­‑how współpracujących z tobą przedsiębiorstw. Pojawia się zjawisko wiedzy transferowej, która generuje zupełnie nowe spojrzenie na proces tworzenia wartości. Funkcjonujące w ekosystemie podmioty nie ścierają się ze sobą tylko przy okazji zawierania transakcji, lecz są w stałym kontakcie, mogą tworzyć inicjatywy czy prowadzić projekty nie tylko formalne, ale też i luźne, mniej lub bardziej zadaniowe. Dla przykładu: twój dostawca nie tylko sprzeda ci maszynę czy inny produkt, ale przejmie opiekę serwisową i będzie wspólnie odpowiadał za ciągłe podnoszenie efektywności, redukcje kosztów itp. Mając taki długookresowy kontrakt i biznes, będzie naturalnie zainteresowany wprowadzeniem kolejnych usprawnień lub nowych generacji danej maszyny. Bedzie nie tylko jednorazowym dostawcą, ale długofalowym partnerem, współodpowiedzialnym za sukces naszego biznesu. Na tym polega cała ta filozofia.

Funkcjonujące w ekosystemie podmioty nie ścierają się ze sobą tylko przy okazji zawierania transakcji, lecz są w stałym kontakcie, mogą zawierać inicjatywy czy prowadzić projekty nie tylko formalne, ale też i luźne, mniej lub bardziej zadaniowe.

Czy oznacza to, że zmienią się też oczekiwania pracodawców względem swoich pracowników?

Odpowiednie postawy menedżerów i pracowników są bardzo istotnym elementem całej tej układanki. Chodzi zarówno o ich kompetencje przywódcze, funkcjonalne i organizacyjne, jak i o postawy takie jak uczciwość, dotrzymywanie umów i terminów, nastawienie na współpracę. Firmy współpracujące powinny mieć kompatybilne kultury organizacyjne. Tylko wtedy można myśleć o tworzeniu wspólnych aliansów i przedsięwzięć, generalnie – o większej synergii w całym łańcuchu wartości.

Kto może zainicjować przejście do współpracy i partnerstwa opartego na relacjach, synergii?

Sądzę, że zacząć trzeba od wnętrza firmy, od kultury organizacyjnej, którą nadaje przedsiębiorstwu zarząd. To już się w Polsce dzieje. Trend przechodzenia od ekskluzywności zarządu do inkluzywności wszystkich pracowników będzie postępował. Bez płaskich struktur, partycypacyjnego systemu zarządzania, inwestowania w pracowników i ich kompetencje firmom trudno będzie funkcjonować w ekosystemach.

Nie wydaje się to łatwym zadaniem – zmiana mentalna nie zachodzi tak łatwo jak zmiana namacalna, fizyczna…

Warto pamiętać, że przejście do relacji opartych na szacunku, otwartości, komunikacji, myśleniu długofalowym wymaga pewnej cierpliwości. Firmy, które „docierają się” w ekosystemach, nie powinny zrażać się niepowodzeniami. Nie powinny odchodzić od partnerów i dostawców, którzy mają aktualnie problemy, lecz starać się im w jakiś sposób pomóc, widząc ich potencjał. Tak postępują dojrzałe podmioty – przy jednej porażce partnera nie wyrzucają go, lecz siadają do stołu i próbują negocjować, pomagać, wiedząc, że on kiedyś może im się zrewanżować. Istnieje wiele firm, które będąc na skraju bankructwa, zostały uratowane przez dobry ekosystem – doradców, partnerów, którzy im uwierzyli i zaufali.

Przejście do relacji opartych na szacunku, otwartości, komunikacji, myśleniu długofalowym wymaga pewnej cierpliwości. Firmy, które „docierają się” w ekosystemach, nie powinny zrażać się niepowodzeniami. Nie powinny odchodzić od partnerów i dostawców, którzy mają aktualnie problemy, lecz starać się im w jakiś sposób pomóc, widząc ich potencjał.

Jakiego typu firmom najłatwiej może być wejść do nowego modelu, a które mogą być szczególnie oporne na zmianę?

Z pewnością zmiana ta będzie łatwiejsza do dokonania w organizacjach, które nie chcą się zamykać na otoczenie i które mają już doświadczenie w budowaniu trwałych kooperacji z partnerami. Odejście od modelu transakcyjnego może być natomiast sporym problemem dla firm self­‑made, które odniosły bardzo duży sukces w oparciu o własne pomysły i zasoby, nie korzystając ze współpracy. Nie nabyły one umiejętności pracy w kulturze organizacyjnej pogłębionej kooperacji, zostały stworzone w modelu „Zosi Samosi”. To przedsiębiorstwa założone często przez bardzo charyzmatycznego właściciela, który zbudował ich sukces. Problem tkwi jednak w tym, że funkcjonują one de facto wokół jednej osoby – jeśli rozumie ona potrzebę transformacji i jej wymiary, pojawia się szansa na zmianę, wejście w nowy model. Jeśli natomiast nie – firma zaczyna stać w miejscu, nie może się rozrosnąć, uefektywnić, gdyż właściciel nie jest mentalnie gotowy chociażby na delegowanie pewnych zadań innym pracownikom.

Takie przedsiębiorstwa były naturalnym elementem polskiego krajobrazu biznesowego lat 90., doskonale się w nim odnajdywały. To w dużej mierze za ich sprawą byliśmy świadkami dynamicznego wzrostu gospodarczego. Współcześnie nie są one już jednak w stanie skutecznie konkurować w warunkach globalnej gry rynkowej. Jeśli nie zmienią swojej filozofii – przegrają i znikną. Najlepszym na to dowodem są przykłady Kodaka i Nokii, które nie dostosowawszy się do zmian otoczenia i technologii, utraciły swoją konkurencyjność i przegrały z korporacjami lepiej odczytującymi rynkowe trendy. Jak widać na tym przykładzie, podobne wyzwania ciągłej transformacji mają nie tylko małe i średnie firmy, ale i globalne korporacje.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Polskie przedsiębiorstwa u progu drugiej transformacji

Pobierz PDF

Artykuł na podstawie niniejszego wywiadu został opublikowany w „Rzeczpospolitej” w dniu 5 lutego 2018 r.

Rozmowę prowadzi Marcin Wandałowski – redaktor prowadzący „Pomorskiego Przeglądu Gospodarczego”.

Jak obecnie wygląda krajobraz polskiego rynku przedsiębiorstw prywatnych?

Mówiąc najprościej, mamy w Polsce bardzo dużo małych firm, bardzo mało dużych firm oraz niezbyt wiele firm średniej wielkości. Jedynie 30 tys. polskich przedsiębiorstw zatrudnia pomiędzy 50 a 250 pracowników, tylko około 5 tys. firm zatrudnia więcej niż 250 osób. Oczywiście, firm większych zawsze będzie w gospodarce mniej niż firm mniejszych, jednak w skali innych porównywalnych gospodarek udział tych dużych jest w Polsce relatywnie niewielki. Żeby to lepiej zobrazować, posłużę się przykładem polskiej branży meblarskiej. Jej roczna wartość produkcji oscyluje w granicach 40 mld zł, co sprawia, że nasz kraj można uznać za europejską superpotęgę. W całej Polsce w branży tej funkcjonuje około 26 tys. firm produkcyjnych – to bardzo dużo, choć oczywiście wiele z nich to małe, garażowe zakłady stolarskie. Spośród tej liczby tylko niespełna 100 firm zatrudnia więcej niż 250 osób – w tym tkwi problem.

Dlaczego, Pana zdaniem, taki stan jest zły, niesprzyjający dalszemu rozwojowi polskiej gospodarki?

Niewątpliwie gospodarka oparta na modelu dużej rozproszonej populacji małych firm ma swoje zalety. MŚP w gospodarce wolnorynkowej są jednym z głównych filarów jej rozwoju. Małe firmy skuteczniej dostosowują się do zmieniających rzeczywistości rynkowych – w trudnych czasach szybciej potrafią się zrestrukturyzować, a w czasach dobrej koniunktury odbijają się prężniej niż duże firmy. Dlatego ich rozwój jest niezwykle ważny. Jednak we współczesnych realiach zglobalizowanego świata, w którym rywalizują ze sobą potężne organizacje międzynarodowe, tylko większe polskie firmy będą mogły pozostać konkurencyjne, zwiększając swoją siłę przebicia, osiągać ekonomię skali, wchodzić na nowe rynki, a także wprowadzać z powodzeniem innowacje. Uważam, że po 30 latach od transformacji ustrojowej dalszy rozwój polskiej gospodarki nie będzie się mógł już opierać na mikro‑ oraz małych firmach, tak jak to było w ostatnich dekadach.

Przy okazji warto zastanowić się, jakiej jakości są – z biznesowego punktu widzenia – nasze małe i średnie firmy. Jaki procent ma perspektywy przebicia się na wyższy poziom w przyszłości, ugruntowania swojej pozycji na rynkach i dalszego rozwoju? Według danych Eurostatu polskie MŚP są generalnie mniej efektywne niż ich zachodnie. Cechują się one również niższym niż w krajach Unii Europejskiej udziałem w tworzeniu wartości dodanej brutto. Dlatego musimy liczyć się z tym, że grupa najbardziej rokujących spośród nich nie jest bardzo liczna. Korzystając z analiz Krokus PE oraz wieloletnich doświadczeń w inwestowaniu w MŚP, można dojść do wniosku, że spośród 30 tys. małych i średnich firm wymienionych wyżej około 25% (czyli 6‑7 tys.) posiada odpowiednie cechy do osiągnięcia przełomowego sukcesu, takie jak: znakomitej jakości oferta produktowa, wysokie kompetencje zarządcze, perspektywiczna strategia rozwoju itp.

Czy motorami napędowymi polskiej gospodarki, zwiększającymi przy okazji jej innowacyjność, mogą być w najbliższych latach młode firmy technologiczne, start‑upy?

Mamy w Polsce dużo talentu innowacyjnego. Widać też, że ekosystem, który ma służyć wsparciu rozwoju innowacyjnej gospodarki, bardzo się poprawia. Mam tu na myśli nie tylko profesjonalne wsparcie kierowane do przedsiębiorstw, ale też możliwości kapitałowe dla finansowania rozwoju innowacji. Kiedyś mówiło się, że nie ma pieniędzy na rozwój – teraz tego kapitału jest dużo, nawet bardzo dużo. Pod patronatem rządu, z licznymi programami wsparcia innowacyjności, wokół segmentu start‑upów panuje też generalnie dobra, pozytywna atmosfera. Stąd też możemy się spodziewać, że obszar ten będzie się w najbliższych latach bardzo dynamicznie rozwijał.

Niemniej jednak nie zmienia to faktu, że segment ten jest dziś w pewnym sensie „przegrzany”. Na pewno jest już dziś do niego kierowane więcej kapitału, niż jest on w stanie zaabsorbować. Zatem musimy liczyć się z tym, że wiele pieniędzy zostanie źle wydanych, źle zainwestowanych. Oczywiście – z tej „masy” wyłoni się też pewna grupa firm, które odniosą sukces, być może nawet globalny. Nawet jeśli tak się stanie, z punktu widzenia całej polskiej gospodarki będzie to jednak za mało. Start‑upy, młode firmy innowacyjne nie udźwigną bowiem rozwoju całej polskiej gospodarki na swoich barkach. Warto więc moim zdaniem skupić się na innych istotnych zjawiskach, które mogą w liczącej się skali doprowadzić do awansu polskich przedsiębiorstw w międzynarodowych łańcuchach wartości i tym samym wzmocnić naszą gospodarkę.

Na jakich obszarach warto zatem skupić myślenie rozwojowe o polskich przedsiębiorstwach?

Uważam, że warto wziąć pod uwagę cztery kluczowe trendy, które w horyzoncie najbliższych 10 lat będą wpływały na strukturę, siłę i jakość polskich przedsiębiorstw prywatnych w sposób szczególny.

Pierwszym z nich jest szeroka, głęboka i kompleksowa modernizacja, wynikająca z dojrzewania polskich małych i średnich przedsiębiorstw. Wiele spośród podmiotów, które powstały w pierwszych latach transformacji, prężnie się rozwinęły i odniosły sukces, w tym momencie dochodzi do nowego etapu, w którym musi dokonać pewnej metamorfozy. Polegać ona będzie m.in. na gruntowej przebudowie sposobu działania. To oznacza konieczność profesjonalizacji organizacyjnej – przejścia od modelu „właściciela­‑zarządcy” do modelu korporacji, która ma swoją skalę, strukturę wewnętrzną, systemy zarządzania, instrumenty finansowe itd. Inny wymiar tej przemiany to przejście od modelu tzw. niskich kosztów na poziom wyższej wartości dodanej. Będzie to wymagało od zarządów trafnych analiz i odważnych decyzji strategicznych oraz znaczących nakładów kapitałowych. Mam tu na myśli zarówno inwestycje twarde, jak np. budowanie nowoczesnych zakładów, modernizacje linii produkcyjnych, nowe innowacyjne produkty i usługi, zmiany technologiczne, robotyzacja i wdrożenie sztucznej inteligencji, jak i te nieco bardziej miękkie – wprowadzanie nowych modeli biznesowych czy strategii marketingu, sprzedaży i ekspansji zagranicznej. Przejście przez tę fazę będzie kluczowe dla zwiększenia pozycji konkurencyjnej firm w przyszłości.

Wiele spośród podmiotów, które powstały w latach 90., prężnie się rozwinęły i odniosły sukces, w tym momencie dochodzi do nowego etapu, w którym musi dokonać pewnej metamorfozy. Polegać ona będzie m.in. na gruntownej profesjonalizacji sposobu działania.

Jakie są kolejne kluczowe trendy?

Drugi trend to konsolidacja sfragmentaryzowanych rynków, na których funkcjonuje w Polsce zbyt dużo małych firm. Są one dziś za małe, by utrzymać swoją konkurencyjność, zwłaszcza kiedy w wielu branżach dynamika rozwoju rynku spowalnia. Skończyły się czasy, gdy jakiś segment rozwijał się w tempie 8‑9%. Dziś – z wyjątkiem najnowocześniejszych obszarów gospodarki – wzrost ten oscyluje w granicach 2‑5%. W takich warunkach efektywniejszy sposób na dalszy rozwój to przejęcie konkurenta i konsolidacja. Prężniejsze, silniejsze, lepiej zarządzane organizacje będą przejmowały te słabsze. W najbliższych latach będziemy świadkami ogromnej fali fuzji i przejęć w Polsce, w efekcie której zmniejszy się liczba firm ogółem, jednak w ich miejsce pojawią się większe, jeśli chodzi o skalę i lepsze, jeśli chodzi o jakość przedsiębiorstwa.
Nie ma ryzyka, że konsolidowanie firm doprowadzi do powstania trudnych do późniejszego przełamania monopoli?

Nie, bowiem stopień koncentracji będzie u nas jeszcze przez długi czas względnie niski. Szczególnie że trzecie zjawisko, które chciałem przywołać, jest w istocie odwróceniem konsolidacji – dekoncentracją branż i rynków, które są obecnie mocno zdominowane przez kilku graczy. Spodziewam się, że w najbliższych latach nastąpią procesy dekonsolidacyjne, w ramach których duże grupy kapitałowe będą się reorganizowały i zmieniały swoje strategie, pozbywając się aktywów, które uznają za niepotrzebne. Odbywa się to już teraz, choć raczej wśród zagranicznych inwestorów, którzy weszli do Polski w poprzednich latach. Nie tyle wycofują się oni z naszego kraju, co z niektórych branż czy linii produktów. Tworzy to rynek wtórny, tzw. spin‑offów, stwarzając okazję dla polskich podmiotów czy menedżerów do dokonania wykupu tych aktywów. Poprzez dekonsolidację skoncentrowanych segmentów rynków powstanie więc dużo nowych, niezależnych polskich firm, które były wcześniej dywizjami w większych koncernach.

Co jest natomiast ostatnim, czwartym ogniwem przemian?

Czwarte ważne zjawisko, które będzie dotyczyło segmentu polskich przedsiębiorstw prywatnych, to trend sukcesji. Mamy dziś w Polsce całe pokolenie przedsiębiorstw wchodzących w etap, w którym ich właściciele, osiągnąwszy pewien wiek, nie chcą już dalej prowadzić biznesu. Mogą więc albo sprzedać swoją firmę, albo przekazać ją dzieciom. Badania wskazują na to, że niewielka część dzieci przedsiębiorców wyraża chęć kontynuowania dzieła rodziców, a większość z tych, którzy odziedziczyli „gen przedsiębiorczości”, woli rozwijać swoją karierę w biznesie, ale innego typu. Dobrym tego przykładem jest Sebastian Kulczyk, który nie idzie drogą ojca, lecz realizuje wiele własnych przedsięwzięć. Takie podejście występuje coraz częściej. Oznacza to, że następne pokolenie w dość małym stopniu będzie przejmować stery po rodzicach. W efekcie cała rzesza polskich firm rodzinnych będzie musiała oddać się w inne ręce. Spowoduje to zmianę struktur właścicielskich w tych firmach. Być może wejdą tam inwestorzy branżowi lub finansowi, być może będą następowały wykupy menedżerskie. Należy się jednak spodziewać, że w świecie rodzinnych firm nastąpią duże zmiany.

Rozwoju polskich start‑upów technologicznych nie można postawić na równi z czterema wymienionymi przez Pana trendami?

Być może można go uznać za piąty filar przemiany polskiej gospodarki, jednak na pewno nie należy go traktować jako najważniejszy. Obecnie o start‑upach bardzo dużo się mówi, jednak warto mieć po prostu na uwadze, że nie jest to jedyna rzecz, jaka dzieje się w gospodarce i że z pewnością mamy do czynienia z bardziej istotnymi zjawiskami.

Czy sądzi Pan, że „druga transformacja polskiej gospodarki” skutkująca powstaniem większej liczby prężnych firm średniej i dużej wielkości stworzy większy popyt dla działalności innowacyjnej realizowanej przez start‑upy?

Na pewno będzie to pewnego rodzaju koło zamachowe, ciągnące polskie start‑upy do góry. Przede wszystkim należy jednak zauważyć, że istotniejszym przedmiotem „drugiej transformacji” będzie wiele już istniejących małych i średnich firm, które same w sobie są często bardzo innowacyjne. To one będą budowały innowacyjność polskiej gospodarki. Ze względu na to, że osiągnęły już pewną skalę działalności, procesy innowacyjne zachodzące w tych organizacjach będą bardziej efektywne niż u nowo powstających podmiotów. Wszelkie statystyki pokazują, że w ciągu pierwszych dwóch lat ponad połowa start‑upów upada. To się dzieje, bowiem młode firmy technologiczne zazwyczaj od zera muszą budować swoją pozycję na rynku z nieznanym produktem czy z nową usługą. Muszą wyjść na rynek bez własnego zaplecza dystrybucyjnego, a do tego muszą się zmagać z bankami o finansowanie działalności, czy też z naszym nadregulowanym biurokratyzmem. To niezwykle trudne wyzwanie dla nawet najbardziej utalentowanych początkujących biznesmenów. Innowacja wdrożona w już ustabilizowanej firmie – nawet małej – która posiada swój rynek zbytu, rozpoznawalną markę, strukturę dystrybucji i sprzedaży itd., jest o wiele bardziej skuteczna. Od razu przekłada się na sprzedaż i szybszą komercjalizację. Z natury rzeczy innowacje w istniejących, dobrze prosperujących firmach są o wiele bardziej efektywne od innowacji start‑upowych.

Z natury rzeczy innowacje w istniejących, dobrze prosperujących firmach są o wiele bardziej efektywne od innowacji start‑upowych.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Druga transformacja polskiej gospodarki

Pobierz PDF

Rozmowę prowadzi Marcin Wandałowski – redaktor prowadzący „Pomorskiego Przeglądu Gospodarczego”

W jakim miejscu znajduje się dziś polska gospodarka?

Od 1989 r., przez kolejnych prawie 30 lat polska gospodarka przeszła przez transformację i znajduje się dziś w zupełnie innym punkcie, niż na początku tej drogi. Powstało wiele firm, które dobrze wpisały się w nowy gospodarczy krajobraz, Polacy – zarówno przedsiębiorcy, jak i konsumenci – nauczyli się już normalnie w tej gospodarce funkcjonować. To jednak nie koniec zmian. Dziś stoimy przed wyzwaniem kolejnej, drugiej transformacji. Jej celem jest podniesienie wartości oraz produktywności polskich przedsiębiorstw oraz wzmocnienie ich pozycji na arenie międzynarodowej. To także koniec ery tzw. geszeftów – rzemieślniczych warsztatów, prowizorycznych zakładów „w stodołach”, tak charakterystycznych dla polskiej gospodarki lat 90. Ich miejsce już teraz coraz śmielej zajmują przedsiębiorstwa przyszłości, jak m.in. start-upy technologiczne nastawione na zajęcie rynkowych nisz w skali europejskiej oraz globalnej.

O tej polskiej „prowizorce” lat 90. nie można chyba jednak mówić z pogardą, bez szacunku. To w dużej mierze dzięki niej jesteśmy dziś, gdzie jesteśmy i możemy rozpocząć kolejny etap transformacji…

Zgadza się – wchodzimy dziś w kolejną fazę, na którą kilkanaście lat temu nie byliśmy jeszcze gotowi. Kończy się era gospodarki intuicyjnej, a w jej miejsce nadchodzi gospodarka bardziej wyrafinowana, przemyślana. Nie chcę tu absolutnie deprecjonować pierwszego z tych modeli – był on odpowiedni na czasy bezpośrednio po transformacji ustrojowej. Polscy przedsiębiorcy stworzyli od podstaw system bardzo rozproszony oraz elastyczny. Miało to swoje dobre i złe strony. Owo rozproszenie, mierzone bardzo dużą ilością firm mikro i małych, lecz stosunkowo niewielką średnich i dużych, było naszą słabością w kontekście osiągania sukcesów, zaznaczania obecności polskich firm na arenie międzynarodowej. Niewątpliwym atutem takiego układu była jednak umiejętność elastycznego dostosowania się do dynamicznych zmian na rynkach zagranicznych. Najlepszy na to dowód: polskie firmy były w stanie bardzo szybko „pozbierać się” i przenieść eksport na inne rynki w związku z bojkotem polskich produktów – przede wszystkim z branży tekstylnej oraz spożywczej – przez Rosjan. Wiele przedsiębiorstw wyszło z tej sytuacji silniejszymi, niż były wcześniej.

Kończy się dziś w Polsce era gospodarki intuicyjnej, a w jej miejsce nadchodzi gospodarka bardziej wyrafinowana, przemyślana.

Z czego wynika obecna presja na sprofesjonalizowanie polskich przedsiębiorstw?

Powodów jest co najmniej kilka. Istotnym z nich jest z pewnością to, że w relacjach polskich firm z partnerami zagranicznymi, przede wszystkim tymi największymi, korporacyjnymi, wymagają oni stosowania pewnych standardów, sposobów zarządzania przedsiębiorstwem. Dochodzi do tego znacznie wyższa niż jeszcze kilka lat temu – m.in. za sprawą dostępu do internetu oraz nabycia doświadczenia biznesowego – świadomość nowoczesnych technik i procesów prowadzenia działalności gospodarczej. Wielu przedsiębiorców ma też ambicje do zaistnienia za granicą. Trudno o tym jednak myśleć, bez odpowiedniego „poukładania” własnej firmy.

Jakie zagrożenia niesie ze sobą „druga transformacja” polskiej gospodarki?

Zagrożeniem, którego nie można lekceważyć są sukcesje, zmiana pokoleniowa w polskich firmach powstałych w latach 80. i 90. Wiele z nich nie doinwestowało się, przez co są dziś za małe, aby konkurować na rynku polskim, nie wspominając nawet o zagranicy. Nie osiągnęły efektu skali, nie zoptymalizowały swoich procesów produkcyjnych na czas, nie zdecydowały się też na konsolidację. W związku z tym stoją przed decyzją o zamknięciu działalności, bądź sprzedaży jej po niskiej wartości. Patrząc na sprawę holistycznie, z punktu widzenia polskiej gospodarki, wydaje się, że owo zagrożenie może koniec końców przynieść jednak pozytywne skutki. W kręgach biznesowych panuje przekonanie, że może to być moment „wyczyszczenia” polskiej gospodarki.

Co przez to rozumieć?

W latach 2008-2010 przez światową gospodarkę przetoczył się wielki kryzys finansowy. Nie uderzył on jednak z dużą siłą w Polskę. Odtrąbiono to jako nasz wielki sukces, byliśmy europejską „zieloną wyspą”. Unik przed kryzysem przyniósł też nam jednak za sobą negatywne skutki – rynek nie wyczyścił się i w wielu branżach pozostały na nim np. firmy oferujące za niską cenę produkty quasi-jakościowe. W następstwie te przedsiębiorstwa, które dokonały innowacji i siłą rzeczy zaczęły wytwarzać produkty lepsze i droższe, nie były w stanie uzyskać pozycji pozwalającej im na wygenerowanie w odpowiednim czasie zwrotu z inwestycji. W latach 2010-2014 spora część z nich wpadła przez to w tarapaty finansowe. Wtedy też w wielu branżach dało się zaobserwować przyspieszenie procesu konsolidacji. Pewnej grupie firm moment konsolidacji jednak umknął. Dziś są za małe aby skorzystać z efektu skali i zbyt niskospecjalistyczne, by walczyć w niszach rynkowych. Mowa tu o kilkudziesięciu tysiącach podmiotów zatrudniających od kilku do kilkudziesięciu pracowników. Duża część przedsiębiorstw z tej grupy zniknie w ciągu kilku następnych lat – na tym będzie polegał proces „wyczyszczania” polskiej gospodarki.

Pewnej grupie polskich firm umknął moment konsolidacji. Dziś są za małe aby skorzystać z efektu skali i zbyt niskospecjalistyczne, by walczyć w niszach rynkowych. W ciągu kilku następnych lat większość z nich przestanie istnieć.

Owo „wyczyszczenie” – nawet mając na uwadze swoistą poduszkę bezpieczeństwa, jaką tworzy dobrze funkcjonujący dziś rynek pracy i niski poziom bezrobocia – nadal brzmi dość brutalnie. W takich małych firmach pracują przecież setki tysięcy Polaków…

Gdyby spojrzeć na statystyki, w porównaniu ze średnią europejską mamy w naszym kraju do czynienia z nadmiarem mikrofirm oraz deficytem przedsiębiorstw o wielkości zatrudnienia od 50 do 150 osób. A zatem firm posiadających potencjał do stania się w przyszłości silnymi podmiotami, zdolnymi do rozrośnięcia się i ekspansji zagranicznej. Tymczasem przez ostatnich 28 lat był w Polsce kultywowany system, w którym – patrząc przez pryzmat właściwego prowadzenia biznesu i uwzględniania wszystkich jego kosztów – wiele dobrze prosperujących firm nie miałoby prawa racjonalnego bytu, istnienia na rynku.

Jak to?

Spójrzmy chociażby na kwestię wynagrodzeń. W wielu tego typu firmach pracownicy otrzymują pensję w granicach krajowego, ustanowionego prawnie minimum, a resztę dostają „pod stołem”. Jak to udowodnić? Przyjrzyjmy się obecnym próbom uszczelnienia systemu podatkowego, w efekcie którego wiele przedsiębiorstw jest zmuszonych odchodzić od swojego „tradycyjnego” podejścia do płacenia pensji. W przypadku sporej części z nich okazuje się nagle, że dotychczasowy biznes przestaje być opłacalny. Firmy, których dotychczasowa działalność ocierała się o szarą strefę znikają, a zasoby pracy z tych podmiotów wędrują do przedsiębiorstw skonsolidowanych, posiadających silną pozycję rynkową.

W miastach owszem, ale dokąd pójdą pracować mieszkańcy peryferii, gdy upadnie jeden z nielicznych lokalnych zakładów pracy?

Zgadzam się, że uszczelnienie polityki podatkowej może być najbardziej bolesne z punktu widzenia firm prowadzących swoją działalność na wsiach oraz w małych miasteczkach z dala od wielkich miast. Ich pracownikom znacznie trudniej będzie o znalezienie zatrudnienia na małym, lokalnym rynku pracy. A ludzie ci – z punktu widzenia władzy – stanowią potencjalny elektorat w przyszłych wyborach. Dlatego też sądzę, że nacisk na kontrolę podatkową firm będzie największy w obszarach metropolitalnych, gdzie rynek pracy zapewnia znacznie większą ilość ofert pracy, zupełnie inny poziom bezpieczeństwa. Na terenach peryferyjnych spodziewałbym się, że uszczelnianie polityki podatkowej będzie raczej – ze względów pragmatycznych – prowadzone na „pół gwizdka”.

Rozumiem, że w ramach „drugiej transformacji” część przestrzeni po „wyczyszczonych” przedsiębiorstwach mają zająć profesjonalne polskie start-upy?

To kolejny obszar problemowy, przed jakim stoimy w związku z dalszą transformacją gospodarki. Obserwujemy dziś w Polsce bez wątpienia modę na start-upy. Nie zmienia to jednak faktu, że wiele spośród osób rozpoczynających taki biznes nie ma pojęcia o mechanizmach rynkowych. Tymczasem nie wystarczy mieć technologii, aby stać się innowacją. Nie każda sensowna i sprawna technologia będzie pożądana na rynku.

Czy jednak polskie firmy oraz nasze społeczeństwo będzie w ogóle tworzyło rynek na nowoczesne rozwiązania? Czy to nie za wcześnie? Wszak nasze firmy trudnią się w większości podwykonawstwem, a nasze społeczeństwo nie jest tak zamożne, jak społeczeństwa zachodnie…

Jeśli chcemy stać się krajem innowacyjnych czempionów, musimy budować społeczeństwo otwarte na zakup i testowanie innowacji, czyli społeczeństwo, które jest gotowe sfinansować te testy i akceptować ewentualne porażki. Wcale nie uważam, by Polacy byli na to zbyt biedni – są po prostu bardzo pragmatyczni, dlatego też kupują najczęściej to, co jest najtańsze. Rzadko kiedy dowartościowują aspekty inne niż czysto funkcjonalne.

Polacy nie są zbyt biedni, by otworzyć się na innowacje – są po prostu bardzo pragmatyczni, dlatego też kupują najczęściej to, co jest najtańsze. Rzadko kiedy dowartościowują aspekty inne niż czysto funkcjonalne.

Nie sprzyja to natomiast eksperymentowaniu, które jest nieodłącznym elementem prac nad innowacjami.

Czy gdy Polak będzie miał do wyboru nową, ekologiczną metodę czyszczenia powierzchni, za którą będzie musiał zapłacić 12 zł oraz tradycyjne polskie bądź zagraniczne produkty za 4 zł, to co wybierze? Moim zdaniem większość skorzysta z drugiej opcji. Takiego ducha eksperymentowania, mogącego być podłożem dla innowacji, wśród polskich konsumentów nadal brakuje. Nadzieją jest z pewnością młode pokolenie, które chociażby zna, testuje i kupuje wiele aplikacji mobilnych. Być może ich mentalność będzie już inna niż u osób, które doznały niedostatków w czasach PRL-u.

Nie tylko jednak rynek konsumencki musi być otwarty na eksperymentowanie, by zbudować klimat sprzyjający powstawaniu innowacji. Konieczna jest także otwartość na tworzenie oraz kupowanie nowoczesnych rozwiązań w relacjach B2B…

Często zauważamy niestety, że polskie start-upy posiadające ciekawe technologie napotykają w pewnym momencie na mur podczas negocjacji z dużymi i średnimi firmami. Kwestia relacji, współpracy, zaufania między dużymi i małymi podmiotami to zresztą temat na całą oddzielną dyskusję. Dochodzi do tego, podobnie jak na płaszczyźnie konsumenckiej, niska bariera ryzyka oraz niska chęć eksperymentowania w polskich firmach. W takim otoczeniu naszym start-upom trudno o komercjalizowanie i skalowanie swoich technologii.

Jak rozumiem innowacyjność przedsiębiorstw nie jest jednak celem samym w sobie. Innowacje należy traktować bardziej jako drogę do budowania silniejszej pozycji i zwiększania produktywności polskich firm. Jakie jeszcze drogi prowadzą do wyższej produktywności?

Na pierwszym miejscu wskazałbym odpowiednią mentalność właścicieli firmy. Jeżeli ktoś założył firmę na początku lat 90. i od tego czasu prowadził ją w ten sam sposób, uzyskując co roku stały zysk bez przeprowadzania żadnych istotnych zmian organizacyjnych, to gdy nagle dowie się, że jego firma ma potencjał, by zarabiać kilka razy więcej, lecz trzeba będzie w to włożyć trochę wysiłku, wcale może nie chcieć tego zrobić. Kto bowiem zabroni mu być zadowolonym z tego, co ma obecnie?

Spora część polskich przedsiębiorców buduje też swoje firmy w modelu „Zosi-Samosi”. Chcą mieć wszystko pod swoją kontrolą, mają przeświadczenie, że ich światopogląd jest jedyny i słuszny, nie są skorzy do wykorzystywania otoczenia – wszystko musi być zrobione inhouse. Tymczasem wejście w kolejny etap rozwoju wymaga zazwyczaj zaangażowania innych, nieznanych wcześniej kompetencji oraz podjęcia współpracy z podmiotami działającymi w otoczeniu, a często także decentralizację wielu procesów. To duży szok dla osoby, która przez 15 czy 20 lat wszystko robiła i o wszystkim decydowała sama.

Wejście w kolejny etap rozwoju przedsiębiorstwa wymaga zazwyczaj zaangażowania innych, nieznanych wcześniej kompetencji oraz podjęcia współpracy z podmiotami działającymi w otoczeniu, a często także decentralizację wielu procesów. To duży szok dla przedsiębiorców od lat budujących swoje firmy w modelu „Zosi-Samosi”.

Barierą wzrostu produktywności wielu polskich firm jest też brak świadomości procesów, które dzieją się wewnątrz organizacji. Przedsiębiorca, który zbudował swój biznes 20-kilka lat temu w modelu, nazwijmy to, intuicyjnym, nie zawsze zna nawet dokładnie strukturę kosztów własnej organizacji. Nie zawsze wie, czy i ile na danej usłudze zarabia, wszystko trafia ostatecznie do jednego „worka”. Jeśli pod koniec roku uzyskuje taki zysk jak w poprzednich latach, to jest zadowolony i nie ma motywacji, by coś zmieniać, by szukać proefektywnościowych rozwiązań.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Pomorze katamaranami stoi

Pobierz PDF

Rozmowę prowadzi Marcin Wandałowski – redaktor prowadzący „Pomorskiego Przeglądu Gospodarczego”.

Na bazie jakiego pomysłu powstała firma Green Dream Boats?

Wszystko zaczęło się od tego, że właściciel firmy – Mirosław Skwarek – spacerując pewnego letniego wieczoru ze swoją żoną nad Motławą, miał problem ze znalezieniem wolnego stolika, przy którym mógłby spokojnie napić się kawy czy zjeść kolację. Tłum ludzi, zgiełk, hałas. Wtedy pojawiła się w jego głowie myśl, że idealnym rozwiązaniem byłoby przeniesienie stolika z restauracji na wodę. Tak zrodził się pomysł stworzenia łodzi Solliner, wokół której zbudowana została cała firma.

Czym charakteryzuje się Państwa łódź?

Jest to stosunkowo niewielki, mogący pomieścić do 10 osób katamaran wyposażony w silnik elektryczny napędzany w stu procentach energią słoneczną. Pozwala to na praktycznie bezkosztowe podróżowanie. Zamieszczone na dachu łodzi panele fotowoltaiczne powodują, że Solliner ma właściwie nieograniczony zasięg – w ciągu dnia akumulatory ładują się na bieżąco, a nocą dają możliwość użytkowania łodzi nawet przez 18 godzin.

Solliner określiłbym mianem social boat – jest to coś w rodzaju pływającego po wodzie stolika, przy którym można się spotkać ze znajomymi, posłuchać muzyki, zrelaksować się. Łódź jest bardzo cicha, zeroemisyjna oraz niezwykle ekonomiczna i wygodna – nie trzeba do niej kupować paliwa, nie wymaga ona praktycznie żadnej obsługi.

To, czym się wyróżnia Solliner, to jednak przede wszystkim charakterystyczny design oraz jakość wykonania. Większość łodzi motorowych jest do siebie generalnie podobnych – to ta sama tendencja, co np. w branży samochodowej. Wygląd naszej łodzi jest natomiast zupełnie inny – gdy tylko weszła ona na rynek, klienci od razu to dostrzegli i docenili.

Na jakiego typu akwenach może pływać Solliner?

Jednostka ta jest przeznaczona głównie do żeglugi śródlądowej, lecz może też pływać na morzu, w odległości do 2 mil morskich od brzegu. Można więc przepłynąć nią np. z Gdańska do Gdyni, odwiedzając po drodze molo w Sopocie. Sądzę jednak, że Solliner najlepiej sprawdza się w żegludze po jeziorach, kanałach, na co wpływ ma też możliwość sterowania wysokością łodzi – podnoszenia i obniżania jej dachu. Dopływając do niskiego mostku nie trzeba więc zawracać, lecz wystarczy zniżyć dach.

Kim są Wasi klienci – kto zamawia łodzie?

Na bazie naszych łodzi można zbudować różnego rodzaju modele biznesowe – np. wynajem na godziny, organizację spotkań biznesowych czy usługi taksówkarskie na wodzie. Stąd też naszymi klientami są przede wszystkim firmy, które kupują sollinery do celów komercyjnych. Mowa tu o marinach, firmach czarterowych, wypożyczalniach łodzi, hotelach chcących zapewnić dodatkową atrakcję swoim gościom. Wśród naszych klientów są też samorządy, które oferują mieszkańcom i turystom możliwość zobaczenia np. miasta od strony wody.

Na bazie łodzi Solliner można zbudować różnego rodzaju modele biznesowe – np. wynajem na godziny, organizacja spotkań biznesowych czy usługi taksówkarskie na wodzie. Stąd też naszymi klientami są przede wszystkim firmy, które kupują sollinery do celów komercyjnych.

Nasze łodzie sprzedajemy też klientom indywidualnym, na ich własne potrzeby. Są to zazwyczaj osoby mieszkające blisko akwenu wodnego, często w pobliżu strefy ciszy czy rezerwatu przyrody – Solliner ze względu na swoją cichość i brak spalin nadaje się do żeglowania po tego typu akwenach. Każda ze sprzedawanych przez nas jednostek może zostać spersonalizowana w zakresie chociażby typu wyposażenia, koloru łodzi itp.

Nastawiacie się na sprzedaż łódek na rynku polskim czy celujecie w zagranicę?

Początkowo sollinery sprzedawaliśmy w dużej mierze na rynku lokalnym. Sezon jest jednak u nas bardzo krótki i coraz trudniej znaleźć osoby czy instytucje chętne do kupna łódki, jeśli wiadomo, że przez 6 miesięcy będzie ona garażowana. Tymczasem na Riwierze Francuskiej czy Costa Brava łódka może pływać bez przerwy przez 8-10 miesięcy. Nie trzeba jej ściągać z wody, nie wymaga praktycznie żadnej dodatkowej obsługi. Dlatego też w ostatnim czasie zorientowaliśmy się w większym stopniu na eksport, a w przyszłości będzie on zapewne stanowił zdecydowaną większość naszej sprzedaży. Już teraz sollinery pływają po akwenach m.in. Hiszpanii, Szwecji, Norwegii, Niemiec, Holandii, Słowacji, Australii czy Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

W jaki sposób udaje się Państwu znajdować klientów?

Na początku zadziałał przede wszystkim marketing szeptany – ktoś zobaczył naszą łódź, zainteresował się nią, znalazł w internecie, aż w końcu do nas dotarł. Nie skłamię mówiąc, że od momentu pojawienia się łodzi Solliner na rynku jest on rozchwytywany. Widać to po mediach społecznościowych – gdziekolwiek się nie pojawi, sami klienci od razu wrzucają filmy i zdjęcia na Instagram, YouTube, Facebooka. Tak naprawdę w żaden sposób nie musieliśmy inwestować w jego promocję w mediach. Nie zmienia to jednak faktu, że myśląc o intensyfikacji sprzedaży, od pewnego czasu zaczęliśmy szerzej wychodzić z naszym produktem do klientów – głównie hoteli i marin, zlokalizowanych praktycznie na całym świecie. W tym celu obecnie robimy rozeznanie imprez targowych na całym świecie, a w przyszłym roku planujemy wybrać się i zaprezentować nasz produkt na najważniejszych z nich. Dążymy również do rozbudowy naszej sieci dystrybucyjnej – zależy nam na stworzeniu globalnej sieci dystrybucji naszych łódek.

Czy tak duża popularność łodzi Solliner jest związana przede wszystkim z tym, że jest to łódź napędzana energią solarną?

Istnieje na świecie kilkadziesiąt firm, które budują łodzie napędzane energią słoneczną. Gdyby spojrzał Pan na łodzie o napędzie solarnym produkowane przez inne firmy, w ogromnej większości są to jednostki nieszczególnie wyróżniające się estetyką – są to często pontony z doczepionym stelażem, na których dachu znajduje się panel fotowoltaiczny. Solliner jest natomiast łodzią bardzo integralną, stanowi bryłę, która tworzy pewną całość. Wyróżnia ją design, co w połączeniu z wysokiej klasy napędem i dość dobrymi w tej klasie osiągami buduje nasz sukces. Naprawdę trudno byłoby mi znaleźć – i to na rynku globalnym – produkt porównywalny do naszej łodzi. W pewien sposób udało nam się znaleźć niszę gdzieś pomiędzy jachtami motorowymi a żaglowymi. Jak dotąd nie mamy nawet bezpośredniej konkurencji.

Istnieje na świecie kilkadziesiąt firm, które budują łodzie napędzane energią słoneczną. W ogromnej większości są to jednak jednostki nieszczególnie wyróżniające się estetyką – to często pontony z doczepionym stelażem, na których dachu znajduje się panel fotowoltaiczny. Solliner jest natomiast łodzią bardzo integralną, wyróżnia ją design.

Dlaczego niektórzy klienci wolą kupić Państwa łódź zamiast motorówki czy jachtu?

Jego kupno to zakup nie tylko łodzi, ale też pewnego stylu życia. Nasi klienci indywidualni są ludźmi, którzy chcą popływać w ciszy i spokoju, usiąść przy stoliku, napić się herbaty, połowić ryby, poopalać się. To duża różnica w porównaniu chociażby do łodzi motorowych. Mam znajomych, którzy je posiadają. Dla mnie najfajniejszą rzeczą jest to, że nie ja jestem ich właścicielem, lecz co najwyżej pasażerem. Zanim odpali się motorówkę, trzeba bowiem sprawdzić mnóstwo rzeczy, zatankować ją. Tuż po przejażdżce pasażerowie mogą się rozejść, a właściciel musi jeszcze przez pewien czas zajmować się łodzią. Z kolei spędzanie czasu na jachcie również wymaga pewnej siły, zaangażowania, czasem trzeba się trochę pogimnastykować. Poza tym jest się zależnym od wiatru. W przypadku naszego produktu łódkę się woduje i właściwie nic więcej nie trzeba robić.

Green Dream Boats ma w swojej ofercie również inne łodzie?

Solliner jest bez wątpienia naszym głównym produktem, ale w tej chwili pracujemy też nad nowymi projektami. Mamy w planach uruchomienie produkcji większej jednostki wyposażonej w kabinę oraz „speed boat”, będącej małą łódką sportową. Oprócz tego działamy też w branży houseboat’ów – domów na wodzie.

W jaki sposób projektujecie swoje łodzie?

Mamy swój dział projektowy, który wciela w życie pomysły właściciela. Mirosław Skwarek podpatruje, co się dzieje w tej branży na świecie, stara się wymyślać pewne unikatowe rozwiązania i sprawdzać, czy są już one dostępne na świecie. Jeśli nie – idzie ze swoją koncepcją do naszych projektantów.

Czy sollinery są wytwarzane i wyposażane w stu procentach przez Państwa firmę, czy też korzystacie z usług przedsiębiorstw zewnętrznych?

Większość rzeczy jest produkowanych u nas – mam tu na myśli elementy takie jak kadłub, laminaty, podstawowe wyposażenie łodzi. Wiele usług, jak np. szycie tapicerek czy stolarkę, zlecamy też lokalnym firmom. Wiadomo jednak, że pewnych rzeczy nie stworzymy sami, dlatego też korzystamy z silników elektrycznych czy elektroniki czołowych światowych producentów.

Na nowoczesnych łodziach polskie mogą być co najwyżej tapicerki?

Aż tak brutalnie bym tego nie ujął. Opieramy się na polskich producentach chociażby w zakresie paneli fotowoltaicznych. Choć silnik jest obecnie niemiecki, to testujemy też silnik polskiej produkcji. Jeśli zdecydujemy się standardowo wyposażać nasze łodzie w ten produkt, Solliner będzie składał się prawie w 100% z polskich elementów.

Czy Pomorze jest w ogóle rozpoznawalne globalnie w branży, w której działacie?

W branży produkcji jachtów i małych łodzi Polska, a szczególnie Pomorze, charakteryzuje się potencjałem światowym. Jesteśmy bardzo cenieni globalnie i kojarzeni głównie z wysoką jakością wykonania. Kluczem do tego są wykwalifikowane kadry – sądzę, że to jest nasz największy atut. Możemy całe know-how sprzedać firmie z Chin czy Tajlandii, ale nie będą oni potrafili stworzyć tak dobrej łodzi jak my w naszym pomorskim ekosystemie. To kwestia wieloletniego doświadczenia i kompetencji oraz historii regionu.

W branży produkcji jachtów i małych łodzi Polska, a szczególnie Pomorze, charakteryzuje się potencjałem światowym. Jesteśmy bardzo cenieni globalnie i kojarzeni głównie z wysoką jakością wykonania. Kluczem do tego są wykwalifikowane kadry.

Skip to content