Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Jak wykrzesać klimatyczną odpowiedzialność biznesu?

Pobierz PDF

Rozmowę prowadzi Marcin Wandałowski – redaktor prowadzący „Pomorskiego Przeglądu Gospodarczego”.

Zielona transformacja będzie się wiązała z największymi wyzwaniami dla najbardziej energochłonnych gałęzi gospodarki. Bez wątpienia odciśnie jednak piętno także na działalności firm z sektora usługowego. Czy polscy liderzy biznesowi działający w tym obszarze rynku mają już tego świadomość i w jakiś sposób się do tych zmian przygotowują?

W dyskusjach na forach biznesowych – podczas różnego rodzaju spotkań czy konferencji – temat zmian klimatu jest coraz bardziej obecny. Widać go też często chociażby na korporacyjnych broszurach opatrzonych „ekodeklaracjami” oraz ilustracjami uśmiechniętych ludzi w otoczeniu zieleni. Mam jednak wrażenie, że więcej w tym jest PR‑u niż rzeczywistej troski o klimat. Polscy liderzy biznesowi – a przynajmniej ich duża część – nie są jeszcze gotowi na zieloną transformację. Przed nami wszystkimi sporo pracy do wykonania.

Polscy liderzy biznesowi – a przynajmniej ich duża część – nie są jeszcze gotowi na zieloną transformację, nie dojrzeli do niej jeszcze. Przed nami sporo pracy do wykonania.

Skąd taki wniosek?

Obecnie w kręgach biznesowych – przynajmniej w warstwie oficjalnej – nie wypada już być ekosceptykiem. Troska o środowisko znalazła się w tzw. mainstreamie i ignorowanie zmian klimatu, a już w ogóle – negowanie ich, staje się passé. Wszyscy o tym wiedzą, co nie oznacza jednak, że jest to w powszechnej świadomości akceptowane. W kuluarowych dyskusjach reprezentanci biznesu od przeciwdziałania zmianom klimatu często się wręcz dystansują.

Co jest Pana zdaniem kluczem do tego, by liderzy biznesowi traktowali działania na rzecz klimatu i środowiska na poważnie – i to nie tylko w sferze deklaratywnej?

Potrzebujemy zaangażowanych liderów, którzy inspirują innych swoim przykładem. Musimy wyrwać się ze świata, w którym opinie formułowane są w oparciu o własne przekonania, a nie potwierdzone naukowo fakty. Nie zgadzam się absolutnie z przekonaniem, że każdy ma prawo do własnej opinii, nawet jeśli opinia ta jawnie przeczy dowodom. W obliczu tak wielu publikacji – jak np. niedawnego raportu IPCC dotyczącego zmian klimatu – i ogólnoświatowego konsensusu środowisk naukowych odnośnie tego, że działalność człowieka jest główną przyczyną dramatycznego tempa globalnego ocieplenia, jest dla mnie niezwykle frustrujące, że wiele osób i tak temu przeczy.

Liderzy biznesowi mają szczególną rolę w kształtowaniu postaw, są autorytetami, ludzie ich obserwują i słuchają. Naszym obowiązkiem jest bazowanie na rzetelnych źródłach informacji, musimy brać na siebie ciężar transformacji klimatycznej.

Pomimo tak sceptycznej oceny polskiego środowiska biznesowego, nie można jednak zaprzeczyć, że w ostatnich latach wiele firm podejmowało działania motywowane – przynajmniej oficjalnie – troską o środowisko, jak np. ograniczenie drukowania dokumentów czy segregacja odpadów. Były to przede wszystkim działania greenwashingowe?

Sądzę, że w większości nie wynikały one z realnej troski o klimat i środowisko, lecz z chęci „pokazania się” jako firma proekologiczna w oczach klientów czy partnerów biznesowych. Przy czym nawet jeśli w działaniach tych przeważał aspekt promocyjny, uważam, że i tak należy je ocenić pozytywnie. Każda tego typu inicjatywa angażuje ludzi i sprawia, że kwestie dotyczące klimatu stają się tematem dyskusji. Kropla drąży skałę, może to przynieść efekt w postaci większej świadomości ekologicznej np. pracowników, ich rodzin czy klientów firmy. Wierzę, że może to być zaczątek przechodzenia od działań PR‑owych w kierunku realnego obniżenia emisji, np. poprzez ograniczenie zużycia energii, paliw, stosowanie energii odnawialnej czy też wprowadzenie zupełnie nowych metod produkcji.

Nawet jeśli działania proekologiczne podejmowane przez firmę wynikają przede wszystkim z chęci promocji, a nie realnej troski o środowisko – i tak należy ocenić je pozytywnie. Każda tego typu inicjatywa angażuje ludzi i sprawia, że kwestie klimatu stają się tematem dyskusji.

Kwestia podnoszenia tej świadomości jest swoją drogą w moim odczuciu jednym z największych zobowiązań, jakie powinien mieć przed sobą biznes. W Olivia Centre prowadzimy wiele inicjatyw w tym kierunku, które angażują zarówno naszych pracowników, jak i pracowników naszych rezydentów. Ograniczmy zużycie energii, informujemy o tym, ile zasobów wykorzystujemy i w jaki sposób dążymy do ograniczania negatywnego oddziaływania na środowisko, organizujemy szkolenia i fora decyzyjne, inwestujemy w wytarzanie energii odnawialnej.

Jaki Pana zdaniem jest najlepszy sposób budowania świadomości ekologiczno­‑klimatycznej – nie tylko liderów biznesowych czy pracowników firm, lecz w ogóle społeczeństwa?

Powinniśmy szukać prostych narzędzi pomiaru naszego wpływu na emisję gazów cieplarnianych oraz wizualizacji tych informacji. Około 40 miliardów ton ekwiwalentu CO2 emitowanych rocznie przez człowieka to całkowita abstrakcja, nie jesteśmy sobie w stanie nawet tego wyobrazić. Na wyobraźnię, a w konsekwencji – na wybory podejmowane przez ludzi najlepiej działają obrazy. Musimy się nauczyć łatwo wyliczać i pokazywać, jak wiele emisji CO2 wiąże się z naszymi działaniami.

Powinniśmy szukać prostych narzędzi pomiaru naszego wpływu na emisję gazów cieplarnianych oraz wizualizacji tych informacji. Będzie to działało na naszą wyobraźnię, a w konsekwencji – wpływało na dokonywane przez nas wybory.

Wyobraźmy sobie zatem, że cały emitowany w ciągu roku przez ludzkość dwutlenek węgla skraplamy i wlewamy do 200‑litrowych beczek. W tym celu musimy zgromadzić jakieś 190 miliardów beczek. Teraz te beczki ustawmy jedna na drugą i powstanie z tego wieża, która dosięgnęłaby Księżyca. I to 400 razy. Tylko z rocznych emisji! Wierzę, że użycie takich prostych przeliczników mogłoby przełożyć się na indywidualne decyzje podejmowane przez „Kowalskich” – na to, czy pojadą do pracy autem, czy rowerem itp. Jeżeli przeciętny Polak emituje 8 ton CO2 rocznie, przekłada się to na 38 beczek. Jeśli sam pojadę do Krakowa autem, to w podróży tam i z powrotem zapełnię prawie całą 200‑litrową beczkę CO2. Jeśli wybiorę pociąg, to przyczynię się do wyemitowania jedynie 1/5 w porównaniu do podróży samochodem. Ale jeśli autem pojedziemy w 5 osób, to rachunek się wyrównuje. Musimy się nauczyć takich prostych przeliczeń, na bazie których stawiać sobie będziemy indywidualne cele, np. „w tym roku zamiast 38, zapełnię 32 beczki”.

Nasze codzienne wybory – jak się przemieszczamy, co jemy, czym ogrzewamy nasze domy, skąd pozyskujemy energię, mają wielki wpływ na ilość emitowanych przez nas do atmosfery gazów cieplarnianych. Dokładnie tak samo w biznesie, musimy mierzyć ślad węglowy naszych produktów i usług i stawiać sobie konkretne cele w kierunku jego obniżania.

Działania w sferze „miękkiej” są bez wątpienia bardzo istotne, natomiast w jaki sposób firmy z sektora usług mogą wpływać na przeciwdziałanie globalnemu ociepleniu w sposób „twardy”?

W sektorze nieruchomości, w którym działamy, widzę dwa priorytetowe pola: poprawę efektywności energetycznej oraz coraz większe wykorzystywanie odnawialnej energii. W kolejnym kroku będziemy poszukiwać coraz mniej „emisyjnych” materiałów budowlanych i eksploatacyjnych oraz modeli, które pozwolą na wydłużanie okresu życia budynków i ich wystroju. Wierzę też, że sektor nieruchomości ma spory potencjał we wprowadzeniu rozwiązań w zakresie gospodarki o obiegu zamkniętym – chociażby poprzez wprowadzenie wysokiej jakości budownictwa modułowego.

Czy biznes jest w stanie sam narzucić sobie odpowiednio ambitne cele w tych zakresach, czy raczej większość firm podejmie wysiłek dopiero wtedy, gdy zostanie na nie narzucona presja – np. ze strony Unii Europejskiej czy instytucji finansowych?

Jestem przekonany, że w całej zielonej transformacji kluczowa jest rola sektora finansowego – banków oraz funduszy inwestycyjnych. Sektor ten przenika przez wszystkie inne dziedziny gospodarki, narzucając określone standardy środowiskowe. I tak też w Europie nie ma już dziś możliwości zrealizowania nowych elektrowni zasilanych węglem, bo prawie żaden bank nie udzieli kredytu na taki projekt, nawet jeśli „spina się” on finansowo.

Spodziewam się, że takie „zielone sito” będzie niebawem funkcjonowało nie tylko w sektorze wielkoskalowej energetyki i przemysłu, lecz także w sektorze nieruchomości. Na początku przyjmie ono zapewne postać pozytywnej motywacji, związanej np. z preferencyjnymi warunkami finansowania czy lepszym dostępem do kapitału dla projektów spełniających wysokie wymogi dotyczące efektywności energetycznej. Z czasem jednak – i to raczej dość szybko – projektom dalekim od miana proekologicznych będzie po prostu bardzo trudno uzyskać finansowanie.

„Zielone sito” będzie niebawem funkcjonowało nie tylko w sektorze wielkoskalowej energetyki i przemysłu, lecz także w sektorze nieruchomości. Na początku przyjmie ono zapewne postać pozytywnej motywacji, lecz z czasem projekty nieekologiczne nie będą miały dostępu do finansowania.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Pomorski przemysł może być zielony

Pobierz PDF

Rozmowę prowadzi Marcin Wandałowski – redaktor prowadzący „Pomorskiego Przeglądu Gospodarczego”.

Jaka jest geneza powstania firmy Northvolt?

Northvolt jest firmą założoną w 2016 r. przez byłych wiceprezesów Tesli – Petera Carlssona oraz Paolo Cerrutiego, działającą w branży produkcji litowo­‑jonowych ogniw oraz systemów bateryjnych. Założeniem przedsiębiorstwa od samego początku było stworzenie i posiadanie pod swoją kontrolą całego łańcucha wartości – od produkcji materiałów aktywnych, przez wytwarzanie ogniw i systemów bateryjnych, a skończywszy na ich recyklingu. Cel ten udaje nam się realizować, dzięki czemu w ramach działalności firmy mieści się zamknięcie całego cyklu życia produktu.

Założeniem Northvolt od samego początku było stworzenie i posiadanie pod swoją kontrolą całego łańcucha wartości – od produkcji materiałów aktywnych, przez wytwarzanie ogniw i systemów bateryjnych, a skończywszy na ich recyklingu.

Łańcuch ten powstał de facto wokół Morza Bałtyckiego – główną siedzibą firmy jest Sztokholm, natomiast 100 km na zachód, w Västerås znajduje się nasz zakład badawczo­‑rozwojowy. Powstają tam prototypy i krótkie serie ogniw litowo­‑jonowych, wytwarzane na demonstracyjnej linii produkcyjnej. Znajduje się tam także pilotażowa linia recyklingu zużytych baterii. Procesy te są następnie skalowane do wysokoseryjnej, masowej produkcji w nowej gigafabryce ogniw bateryjnych. Zakład ten znajduje się 850 km na północ od stolicy Szwecji, w miejscowości Skellefteå, prawie pod kołem podbiegunowym i niebawem startuje z produkcją, z docelową zdolnością wytwarzania 60 GWh pojemności ogniw rocznie. Z kolei w Gdańsku mamy fabrykę systemów bateryjnych wraz z centrum badawczo­‑rozwojowym, prowadzącym prace w obszarze modułów bateryjnych i magazynów energii. Dodać do tego jeszcze można nasze joint venture z firmą Hydro, ulokowane w norweskim Fredrikstad, które skupia się nad rozwiązaniami dotyczącymi recyklingu baterii.

Zanim przejdziemy dalej, prośba o wytłumaczenie, czym różnią się ogniwa bateryjne od modułów bateryjnych?

Ogniwo to podstawowy budulec systemów bateryjnych. Pojedyncze ogniwo może mieć różne formy – np. cylindra czy prostopadłościennego bloku o określonym napięciu i pojemności energetycznej. Ogniwa te są następnie łączone szeregowo i równolegle w moduły bateryjne o odpowiednich parametrach elektrycznych, dopasowanych do konkretnych aplikacji.

Dlaczego Northvolt zdecydował się zainwestować w Gdańsku?

Firma poszukiwała miejsca, w którym produkowane w Szwecji ogniwa bateryjne będą łączone w różnego typu – w zależności od finalnych zastosowań – moduły. Gdańsk zaczęliśmy analizować jako potencjalną lokalizację na przełomie 2017 i 2018 r. Decyzja o wyborze tego właśnie miejsca była podyktowana kilkoma argumentami. Pierwszy był związany z faktem, że Gdańsk jest intermodalnym hubem z dostępem do najgłębszego na Bałtyku terminalu kontenerowego DCT. Było to dla nas istotne, gdyż nasze ogniwa są transportowane do fabryki modułów właśnie drogą morską. Druga ważna kwestia związana jest z dostępem do wykwalifikowanej kadry – przede wszystkim absolwentów Politechniki Gdańskiej. Po trzecie wreszcie, będąc w Gdańsku możemy korzystać z lokalnego klastra przemysłu elektrotechnicznego, budując jak najbardziej skrócony łańcuch dostaw.

Gdzie znajdują zastosowanie produkowane w Gdańsku moduły bateryjne?

Przede wszystkim w przemyśle, np. w niskoprofilowych maszynach górniczych. Warto mieć na uwadze, że są to duże systemy, mające nawet 0,5 MWh pojemności baterii. Żeby dać punkt odniesienia – jest to 5 razy większa pojemność baterii niż w najmocniejszej Tesli. Wytwarzane w Gdańsku moduły trafiają także do innego typu maszyn, jak np. koparek elektrycznych czy różnego rodzaju urządzeń i pojazdów typu cargo w logistyce przeładunkowej.

Co istotne, nie kierujemy na rynek modułów samych w sobie – układamy z nich, niczym z klocków lego, większe systemy do specjalistycznych zastosowań. Systemy te ważą po kilka ton i stanowią de facto część konstrukcyjną produkowanych maszyn.

Skąd tak duże zainteresowanie sektora górniczego Waszymi produktami?

Wskazałbym na dwa zasadnicze powody. Pierwszy dotyczy znacznego obniżenia śladu węglowego generowanego przez kopalnie. Drugi wiąże się natomiast z kwestiami ekonomicznymi, a konkretniej z tym, że w wydobyciu podziemnym aż 30 proc. kosztów operacyjnych dotyczy wentylacji, czyli wyprowadzania z kopalni gazów emitowanych przez maszyny napędzane ropą.

Czy można spodziewać się dynamicznego rozwoju tego sektora w najbliższych latach?

Zdecydowanie tak. Najlepiej świadczą o tym zresztą statystyki dotyczące polskiej wymiany handlowej. Pokazują one, że Polska staje się europejskim centrum produkcji ogniw i baterii litowo­‑jonowych. Wolumen ich eksportu stanowi już około 2 proc. wartości polskiej sprzedaży zagranicznej.

Polska staje się europejskim centrum produkcji ogniw i baterii litowo­‑jonowych. Wolumen ich eksportu stanowi już około 2 proc. wartości polskiej sprzedaży zagranicznej.

Czy Northvolt Poland produkuje systemy, które są wykorzystywane także w aplikacjach innych niż przemysłowe?

Drugim segmentem, w jakim znajdują one zastosowanie, są magazyny energii – stacjonarne i mobilne. Służą one przede wszystkim bilansowaniu niestabilnych odnawialnych źródeł energii, których w polskim systemie elektroenergetycznym jest coraz więcej, w związku z czym coraz trudniej o jego należytą równowagę.

Magazyny energii mogą mieć zarówno charakter domowy i być instalowane przy instalacjach prosumenckich, jak również przemysłowy i być wykorzystywane przy miejscach wytwarzania lub konsumowania energii z dużych farm wiatrowych czy fotowoltaicznych.

Tego typu magazyny znajdują już zastosowanie na polskim podwórku?

W tym względzie Polska jest jak na razie pustynią – mamy zainstalowane pojedyncze instalacje prototypowe i to właściwie tyle. Niemniej jednak perspektywa rozwoju tego rynku w ciągu najbliższych 10‑20 lat jest ogromna. Czynnikiem sprzyjającym będzie tu chociażby zły stan naszych sieci przesyłowych, gdyż zastosowanie magazynów energii może w wielu przypadkach zredukować potrzebę ich modernizacji.

Osobna kwestia dotyczy natomiast tego, że Polska – jako sygnatariusz porozumienia paryskiego COP21 czy uczestnik Europejskiego Zielonego Ładu – musi zadbać o odpowiednio wysoki poziom produkcji energii odnawialnej. Tymczasem nasze sieci zostały zaprojektowane jednokierunkowo: od elektrowni do odbiorcy końcowego i nie będą w stanie przyłączyć setek tysięcy instalacji OZE. W tym kontekście rozwój bateryjnych magazynów energii w Polsce jawi się jako absolutna konieczność.

Od dawna mówi się, że wprowadzenie na szeroką skalę magazynów energii oznaczałby dla energetyki prawdziwą rewolucję – wówczas energia odnawialna mogłaby być wykorzystywana nie tylko wtedy, gdy „wieje wiatr i świeci słońce”, lecz o każdej porze dnia i nocy. W jakim miejscu znajduje się dziś technologia magazynowania energii – czy daleko nam jeszcze do realizacji wyżej przedstawionej wizji?

Technik magazynowania energii jest bardzo wiele, różne są też typy magazynów: są takie, które przechowują energię przez okres kilku sekund, przez minuty, godziny, a skończywszy na całych dniach. Prace nad ich doskonaleniem cały czas trwają. W segmencie tym bez wątpienia króluje dziś technologia litowo­‑jonowa, którą wykorzystuje m.in. Northvolt. – jest ona najbardziej dojrzała, sprawdzona i efektywna ekonomicznie. Sądzę, że w ciągu najbliższych 10 lat magazyny tego typu nie będą miały na rynku sensownej alternatywy. Nie zmienia to jednak faktu, że jej potencjał doskonalenia jest wciąż bardzo duży. Będziemy w tym procesie uczestniczyć, ulepszając różne aspekty tej technologii.

Kim są najwięksi konkurencji rynkowi Northvoltu?

Rynek baterii litowo­‑jonowych jest zdominowany przez azjatyckich producentów, przede wszystkim z Japonii, Korei Południowej i Chin. To potężne, rozpoznawalne globalnie marki jak np. LG, Samsung czy Panasonic. Northvolt jest właściwie pierwszą w tej części świata alternatywą dla Azjatów, posiadającą cały łańcuch wartości pod swoją kontrolą. Owszem, w Europie i w Polsce są też obecni producenci z tej branży, jednak najczęściej nie mają oni swojej własnej działalności upstreamowej – czyli przygotowania materiałów aktywnych potrzebnych do produkcji katody i anody ogniwa – i kupują te materiały z Dalekiego Wschodu oraz stamtąd je transportują.

Rynek baterii litowo­‑jonowych jest zdominowany przez azjatyckich producentów, przede wszystkim z Japonii, Korei Południowej i Chin. Northvolt jest właściwie pierwszą w tej części świata alternatywą dla Azjatów, posiadającą cały łańcuch wartości pod swoją kontrolą.

Skąd wzięła się dominacja azjatyckich firm na tym rynku?

Technologia litowo­‑jonowa nie jest nowa – jest ona rozwijana już od kilkudziesięciu lat, a azjatyccy giganci z tej branży odpowiadali w dużej mierze za jej opracowanie. Doskonalą ją od wielu lat, mają swoje własne, dobrze zorganizowane łańcuchy dostaw, bardzo efektywnie optymalizują też koszt produkcji – jeszcze 10 lat temu cena baterii o pojemności 1 kWh wynosiła około 1200 dolarów, a w ubiegłym roku spadła do poziomu 130 dolarów. Dość powiedzieć, że nawet Tesla, która kilka lat temu zbudowała swoją gigafabrykę ogniw w Nevadzie, zrobiła to w ramach joint venture z Panasonic.

Skąd zatem wziął się w ogóle pomysł, by wbić klin w tę azjatycką hegemonię?

Można powiedzieć, że Northvolt powstał niejako z marzenia o zmodyfikowaniu tego rynku w kierunku proekologicznym. Produkcja ogniw i systemów magazynowania energii nie była bowiem wcześniej oparta o zrównoważone procesy, nie było nacisku na to, by robić to w sposób jak najprzyjaźniejszy z perspektywy środowiska.

Fundamentem całego biznesplanu Northvoltu było natomiast stworzenie łańcucha dostaw w Europie – co samo w sobie jest dużym wyzwaniem, mając na uwadze dużo tańsze lokalizacje azjatyckie – opartego w dodatku wyłącznie o odnawialną energię. Była to motywacja po pierwsze proekologiczna, a po drugie – ekonomiczna: Northvolt będzie w stanie za pewien czas produkować gigantyczne ilości ogniw o najmniejszym śladzie węglowym na świecie i w konkurencyjnej cenie.

W jaki sposób udaje Wam się zapewniać zieloną energię do gdańskiego zakładu? Wszak w polskiej sieci energetycznej płynie energia wyprodukowana w zdecydowanej większości ze spalania węgla…

Produkcja systemów bateryjnych nie jest tak energochłonna jak produkcja samych ogniw – wyprodukowanie 1 kWh pojemności ogniwa wymaga zużycia kilkudziesięciu kWh w procesie wytwórczym, natomiast w wypadku montażu systemów bateryjnych wynosi 1:1 czy 1:2. Nie zmienia to oczywiście faktu, że tę energię – nawet w nie tak wielkiej ilości – trzeba skądś wziąć. Nasza koncepcja zakłada zaopatrzanie się w nią z dwóch źródeł – z miksu generacji „na miejscu” oraz poza zakładem.

Mówiąc konkretniej: na dachu naszego gdańskiego zakładu planujemy megawatową instalację fotowoltaiczną, zapewniającą – w pierwszej fazie naszej działalności, do czasu osiągnięcia docelowej zdolności produkcyjnej – kilkadziesiąt procent potrzebnej nam energii. Gdy zdolność ta zostanie już uzyskana, energia ta będzie spełniała nasze zapotrzebowanie w granicach 10‑15 proc.

Dlatego też, aby nie mieć problemów z nabyciem zielonej energii ze źródeł zewnętrznych, Northvolt tworzy dziś na Pomorzu tzw. zieloną grupę bilansującą, w której będziemy mieli szereg umów PPA (power purchase agreement) z dostawcami zielonej energii. To innowacyjna koncepcja, z której nikt jeszcze w Polsce nie korzystał, umożliwiająca nam godzinowe rozliczanie się ze zużytej energii, dzięki czemu będziemy mogli udowodnić, że 100 proc. wykorzystywanej przez nas energii pochodziło z OZE.

Northvolt tworzy dziś na Pomorzu tzw. zieloną grupę bilansującą, w której będziemy mieli szereg umów PPA (power purchase agreement) z dostawcami zielonej energii. To innowacyjna koncepcja, z której nikt jeszcze w Polsce nie korzystał, umożliwiająca nam udowodnienie, że 100 proc. wykorzystywanej przez nas energii pochodziło z OZE.

Jakie są plany Northvoltu na najbliższą przyszłość?

Naszym głównym celem, który chcemy zrealizować do 2030 r., jest osiągnięcie 150 GWh zdolności produkcyjnej rocznie – to wielkość prawie 3 mln samochodów elektrycznych zasilanych baterią o pojemności 50 kWh. Kolejnym priorytetem jest to, by ponad 50 proc. materiałów potrzebnych do produkcji pochodziło z recyklingu. Trzeci cel to natomiast wykorzystywanie wyłącznie odnawialnej energii, o czym mówiłem już przed chwilą.

Chciałbym przy tym zaznaczyć, że korzystanie przez nas z OZE nie jest zabiegiem marketingowym czy PR‑owym – założenie to było wpisane już w pierwszych biznesplanach firmy, gdy ona powstawała. Od samego początku dążyliśmy do tego, by na końcu procesu produkcyjnego osiągnąć produkt o kilkanaście razy mniejszym śladzie węglowym niż konkurencja. Naszym przekonaniem jest bowiem to, że źródła współczesnych przewag konkurencyjnych w biznesie dotyczą nie tylko kwestii stricte ekonomicznych, lecz także ekologicznych.

Źródła współczesnych przewag konkurencyjnych w biznesie dotyczą nie tylko kwestii stricte ekonomicznych, lecz także ekologicznych.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Sytuacja gospodarcza województwa pomorskiego w II kwartale 2021 r.

Pobierz PDF

Koniunktura gospodarcza

Po kilkunastu miesiącach naznaczonych pandemią koronawirusa, światowa gospodarka ma szansę odnotować w 2021 r. najsilniejsze od wielu dekad ożywienie po recesji. Według czerwcowych prognoz Banku Światowego, globalny wzrost gospodarczy ma w tym roku przyspieszyć do poziomu 5,6 proc. Tak dobre prognozy wiążą się przede wszystkim ze spodziewanym bardzo silnym wzrostem, jaki ma nastąpić w grupie największych gospodarek, takich jak m.in. Stany Zjednoczone czy Chiny. Pierwsza z nich ma urosnąć o 6,8 proc. względem ubiegłego roku, co jest rekordowym tempem od połowy lat 80., natomiast druga – w tempie 8,5 proc. Dobre prognozy dla globalnych liderów gospodarczych nie zmieniają jednak faktu, że nadchodzące ożywienie będzie bardzo zróżnicowane – wiele państw, które nadal zmagają się z poważnymi konsekwencjami pandemii odnotuje znacznie niższy poziom wzrostu od globalnych liderów1.

Pomimo spodziewanego boomu gospodarczego warto też zwrócić uwagę na czynniki ryzyka, które mogą zrewidować obecne prognozy. Jak wskazują analitycy Zespołu Analiz Makroekonomicznych PKO BP, najistotniejszym z nich jest pandemia, która nadal daje się we znaki za sprawą kolejnych wariantów wirusa. Sytuacji nie poprawia również niewystarczająco wysoki odsetek osób zaszczepionych. Drugim ryzykiem są „wąskie gardła”, za sprawą których łatwo można przejść z gospodarki nadmiaru do gospodarki niedoboru2.

Jak dotąd Polska jest wskazywana jako jedno z państw, które pod kątem gospodarczym radzi sobie z obecnym kryzysem bardzo dobrze. Według Banku Światowego w 2021 r. nasza gospodarka ma urosnąć o 3,8 proc., natomiast jeszcze bardziej optymistyczne są prognozy banków, jak chociażby Credit Agricole, który spodziewa się wzrostu PKB o 4,6 proc. w stosunku do ubiegłego roku, czy banku PKO BP, który zrewidował w czerwcu prognozę wzrostu PKB do 5,4 proc. Tak dobre przewidywania wynikają m.in. z bardzo niskiego poziomu bezrobocia, wystrzału w górę produkcji przemysłowej czy bardzo dobrych wyników eksportu. Ceną szybkiego ożywienia jest jednak wysoka inflacja. Według prognoz PKO BP w drugim półroczu utrzyma się ona w przedziale 4,5‑5,0 proc., natomiast w kolejnym roku będzie nieznacznie tylko niższa3.

Ożywienie gospodarcze widać także na Pomorzu. W II kwartale 2021 r. w czterech spośród siedmiu analizowanych obszarów gospodarki wskaźnik bieżącej ogólnej sytuacji pomorskich przedsiębiorstw znajdował się „na plusie”. Mowa tu o sektorach: handlu hurtowego (+32,6 pkt., co było wynikiem najwyższym przynajmniej od 2011 r., od kiedy zbieramy dane), informacji i komunikacji (+22,1 pkt.), przetwórstwa przemysłowego (+9,0 pkt.) oraz budownictwa (+3,8 pkt.). Negatywne odczucia przeważały natomiast przede wszystkim w sektorze zakwaterowania i usług gastronomicznych (–20,2 pkt., co może wynikać z faktu, że w 2021 r., w porównaniu z rokiem ubiegłym, znacznie więcej Polaków zdecydowało się na zagraniczne wyjazdy turystyczne), a także transportu i gospodarki magazynowej (–4,7 pkt.) oraz handlu detalicznego (–2,8 pkt.).

W sześciu spośród siedmiu badanych sektorów wskaźnik bieżącej ogólnej sytuacji przedsiębiorstwa był pod koniec mijającego kwartału wyższy niż pod koniec poprzedniego kwartału. Szczególnie duży wzrost dotyczył segmentów handlu hurtowego (+28,4 pkt. względem marca br.) oraz budownictwa (+11,3 pkt.). W pozostałych czterech wahał się w granicach 0,9‑6,8 pkt. Jedynym sektorem, w którym nastroje przedsiębiorców uległy pogorszeniu był obszar informacji i komunikacji (–38,8 pkt.). Tak duży spadek nie wynika jednak z nagłego załamania, jakie dotknęło ten sektor, lecz z rekordowo wysokiej wartości wskaźnika (60,9 pkt.), jaką odnotowano pod koniec poprzedniego kwartału.

To, że sytuacja pomorskich firm w 2021 r. jest wyraźnie lepsza niż w trakcie ubiegłego, naznaczonego nadejściem pandemii, roku dobrze pokazuje fakt, że nastroje badanych z pięciu spośród siedmiu analizowanych obszarów gospodarki były w II kwartale br. wyraźnie lepsze niż w analogicznym okresie ub.r. Największa różnica in plus dotyczy sektora transportu i gospodarki magazynowej (+40,4 pkt. względem II kwartału 2020 r.), który – działając w otoczeniu międzynarodowym, w tym w bliskich relacjach biznesowych z partnerami z Dalekiego Wschodu – jako jeden z pierwszych odczuł skutki ubiegłorocznego tąpnięcia. W czerwcu br. znacznie wyższe niż przed rokiem były także wartości wskaźnika bieżącej ogólnej sytuacji przedsiębiorstwa w branżach: handlu hurtowego (+38,4 pkt.), budownictwa (+27,0 pkt.), handlu detalicznego (+20,5 pkt.) oraz przetwórstwa przemysłowego (+20,1 pkt.). Minimalnie niższa ocena niż przed rokiem dotyczyła natomiast sektorów: zakwaterowania i usług gastronomicznych oraz informacji i komunikacji – w obydwu wskaźnik był o 0,1 pkt. niższy niż w II kwartale 2020 r.

Wykres 1. Indeks bieżącej ogólnej sytuacji przedsiębiorstwa wg sektorów w województwie pomorskim w okresie od czerwca 2020 do czerwca 2021 r.

Przedział wahań wskaźnika wynosi od –100 do +100. Wartości ujemne oznaczają przewagę ocen negatywnych, dodatnie – pozytywnych.
Źródło: opracowanie IBnGR na podstawie danych GUS

Pomorscy przedsiębiorcy z czterech spośród siedmiu analizowanych sektorów oceniali w czerwcu br. swoją bieżącą ogólną sytuację lepiej niż przeciętnie w kraju – sytuacja ta dotyczyła obszarów: handlu hurtowego (+18,4 pkt. względem kraju), budownictwa (+12,7 pkt.), zakwaterowania i usług gastronomicznych (+12,4 pkt.) oraz przetwórstwa przemysłowego (+10,8 pkt.). Swoją sytuację najbardziej in minus ocenili natomiast przedsiębiorcy z branży transportu i gospodarki magazynowej (–12,7 pkt.).

W porównaniu z analogicznym okresem sprzed siedmiu lat (2014 r.), nastroje pomorskich przedsiębiorców były pod koniec II kwartału br. wyższe w pięciu spośród siedmiu branych pod uwagę sektorów. Największa różnica in plus – odpowiednio: +18,4 pkt. oraz +12,5 pkt. względem czerwca 2014 r. dotyczyła obszarów budownictwa i handlu hurtowego. Nieznacznie lepiej swoją obecną sytuację ocenili też badani z segmentów: transportu i gospodarki magazynowej, handlu detalicznego oraz przetwórstwa przemysłowego. W ciemniejszych barwach niż przed siedmioma laty swoją sytuację ocenili natomiast przedsiębiorcy z branż: zakwaterowania i usług gastronomicznych (–14,4 pkt.) oraz informacji i komunikacji (–10,5 pkt.).

Widać już, że po kryzysie spowodowanym pandemią coraz więcej pomorskich przedsiębiorców spogląda w przyszłość optymistycznie. W czerwcu br. w największym stopniu dotyczyło to tych, działających w obszarze zakwaterowania i usług gastronomicznych, gdzie wartość przewidywanej ogólnej sytuacji przedsiębiorstwa sięgnęła aż 73,7 pkt. To jego zdecydowanie najwyższa wartość przynajmniej od 2011 r., od kiedy gromadzimy dane. Warto mieć jednak na uwadze, że tak dobry wynik jest w dużej mierze uwarunkowany sezonowym charakterem działalności turystycznej prowadzonej na Pomorzu – wysokie wartości wskaźnika przewidywanej ogólnej sytuacji przedsiębiorstwa są w tej branży odnotowywane praktycznie co roku w czerwcu. Wyraźnie pozytywne prognozy dotyczyły także przedsiębiorców z sektora handlu hurtowego (+14,3 pkt.), natomiast w mniejszym już stopniu – z przetwórstwa przemysłowego oraz budownictwa (w obydwu przypadkach +5,6 pkt.). Z kolei negatywne odczucia odnośnie nadchodzącej przyszłości przeważały – choć najczęściej w dość umiarkowanym stopniu – w sektorach: transportu i gospodarki magazynowej (–9,6 pkt.), informacji i komunikacji (–6,1 pkt.) oraz handlu detalicznego (–1,1 pkt.).

W czterech spośród siedmiu analizowanych obszarów przewidywania pomorskich przedsiębiorców były bardziej optymistyczne niż przeciętnie w kraju. W największym stopniu – co wynika z wysokiej atrakcyjności turystycznej Pomorza – dotyczyło to branży zakwaterowania i usług gastronomicznych (+34,9 pkt. względem kraju), natomiast w mniejszym: handlu hurtowego (+9,1 pkt.), budownictwa (+7,7 pkt.) oraz przetwórstwa przemysłowego (+5,0 pkt.). Na przeciwnym biegunie znalazły się natomiast sektory: transportu i gospodarki magazynowej (–13,4 pkt.), informacji i komunikacji (–9,0 pkt.) oraz handlu detalicznego (–4,3 pkt.).

Działalność przedsiębiorstw

Pod koniec II kwartału br. w województwie pomorskim zarejestrowanych było 325,2 tys. podmiotów gospodarki narodowej. W porównaniu z danymi sprzed roku, ich liczba wzrosła o około 13,0 tys. Z kolei w okresie kwiecień­‑czerwiec br. ich liczba wzrosła o około 4,5 tys.

Wykres 2. Dynamika produkcji sprzedanej, budowlano­‑montażowej i sprzedaży detalicznej w województwie pomorskim w okresie od stycznia 2018 do czerwca 2021 r.

Źródło: opracowanie IBnGR na podstawie danych Urzędu Statystycznego w Gdańsku

Wartości indeksu produkcji sprzedanej przemysłu notowane w II kwartale br. wskazują, że był to z perspektywy pomorskiego II sektora udany okres. We wszystkich trzech miesiącach były one wyraźnie wyższe niż przed rokiem – co swoją drogą nie powinno zaskakiwać, gdyż to właśnie na II kwartał ub.r. przypadła Polsce dotkliwa w skutkach tzw. I fala pandemii – i wynosiły odpowiednio: 19,3 proc. więcej w ujęciu rok do roku w kwietniu, 15,1 proc. więcej w maju oraz 16,3 więcej w czerwcu. Analizując wzrost notowany w ujęciu rok do roku, był to najbardziej udany kwartał od ponad 10 lat – ostatnio tak dobre wyniki odnotowano w IV kwartale 2010 r. Jak wskazują wartości indeksu PMI, określającego koniunkturę w przemyśle na podstawie badania ankietowego wśród menedżerów logistyki przedsiębiorstw – ożywienie w sektorze przemysłowym dotyczyło w II kwartale 2021 r. całej polskiej gospodarki. W czerwcu PMI dla Polski wyniósł 59,4 pkt., co było najwyższym odczytem od początku prowadzonych od 1998 r. badań. Wcześniejszy rekord został pobity w maju br., kiedy to wartość PMI wyniosła 57,2 pkt. Warto pamiętać, że w zestawieniu tym każdy wynik powyżej 50,0 pkt. oznacza poprawę sytuacji w sektorze, natomiast poniżej – pogorszenie. Z raportu IHS Markit, która przygotowuje indeks PMI, wyczytać możemy, że w czerwcu „tempo ekspansji w przemyśle zarejestrowało rekordową wartość drugi miesiąc z rzędu, a poziom zaległości produkcyjnych wzrósł w bezprecedensowym stopniu. Nowe zamówienia wzrosły w najszybszym tempie w historii badań, napędzając wzrost produkcji, zatrudnienia oraz aktywności zakupowej. Najnowsze dane wykazały również bezprecedensowe presje inflacyjne oraz bezprecedensowe opóźnienia w dostawach środków produkcji do polskich fabryk”. Warto mieć na uwadze, że ożywienie, jakie nastąpiło w polskim przemyśle wiąże się z ożywieniem, jakie ma miejsce również w niemieckiej gospodarce, a także gospodarkach innych państw strefy euro4.

Wartości indeksu produkcji budowlano­‑montażowej na Pomorzu były przez wszystkie trzy miesiące II kwartału 2021 r. wyraźnie niższe niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. W kwietniu wartość ta była o 27,0 proc. niższa w ujęciu rok do roku, w maju – o 28,6 proc. niższa, natomiast w czerwcu – o 21,0 proc. niższa. Były to wyniki gorsze od notowanych w skali całej polskiej gospodarki, gdzie dynamika produkcji budowlano­‑montażowej była w ujęciu rok do roku: niższa o 4,2 proc. w kwietniu, wyższa o 4,7 proc. w maju oraz o 4,4 proc. w czerwcu br. W porównaniu z końcem II kwartału 2020 r. najbardziej okazałe zwiększenie produkcji budowlano­‑montażowej zaobserwowano wśród jednostek wykonujących roboty budowlane specjalistyczne (o 18,3 proc.). Minimalnie „na minusie” (o 0,3 proc.) znalazł się natomiast segment budowy budynków. Większość ekspertów przewidywała, że po majowym wzroście, indeks produkcji budowlano­‑montażowej poszybuje w czerwcu jeszcze bardziej w górę – tak się jednak nie stało. Uznaje się, że jednym z najważniejszych czynników hamujących dziś produkcję tego sektora jest istotny wzrost cen materiałów budowlanych, który nastąpił w dużej mierze wskutek pandemii5.

Znacznie wyższy niż przed rokiem był w II kwartale 2021 r. poziom sprzedaży detalicznej towarów – w kwietniu o 46,9 proc. w ujęciu rok do roku, w maju – o 44,7 proc., a w czerwcu – o 26,3 proc. Tak duży wzrost wynika z faktu, że w analogicznym okresie ubiegłego roku mieliśmy do czynienia z tzw. I falą pandemii, która pociągnęła za sobą cały szereg restrykcji, na których w bardzo dużej mierze ucierpiały podmioty działające w obszarze handlu detalicznego – w szczególności te, które równolegle obok sprzedaży fizycznej, nie prowadziły sprzedaży kanałami wirtualnymi. Z kolei w skali całej polskiej gospodarki wzrost sprzedaży detalicznej sięgnął w czerwcu 13,0 proc. w cenach bieżących, co – przy uwzględnieniu inflacji – oznacza, że kupiliśmy o 8,6 proc. więcej towarów niż w pod koniec II kwartału 2020 r. Największy wzrost – o 27,0 proc. w ujęciu rok do roku dotyczył grupy pojazdów samochodowych i motocykli, a także tekstyliów, odzieży i obuwia (+23,6 proc.). W żadnej z analizowanych grup towarów nie odnotowano spadku, natomiast najniższy wzrost dotyczył obszaru żywności, napojów oraz wyrobów tytoniowych (+2,7 proc.). Jak wskazują analitycy PKO BP, obecny poziom sprzedaży znajduje się powyżej długoterminowego trendu sprzed pandemii. Co ciekawe, „stratna” na zniesieniu restrykcji okazała się sprzedaż internetowa – w czerwcu jej udział spadł do 8,1 proc., czyli do poziomu najniższego od lutego ub.r., czyli ostatniego miesiąca w „erze przedpandemicznej”6.

Handel zagraniczny

Wymiana handlowa Pomorza w II kwartale 2021 r. po kilku trudniejszych kwartałach naznaczonych pandemią, nabrała zdecydowanego rozpędu. Zarówno wartość eksportu, jak i importu były w regionie wyższe niż w I kwartale br. W wypadku eksportu (3860,4 mln euro) był to wzrost rzędu 12,1 proc., natomiast importu (3733,2 mln euro) – o 8,9 proc. Saldo handlu zagranicznego trzeci kwartał z rzędu pozostało dodatnie, wynosząc +127,2 mln euro.

W skali całej polskiej gospodarki w I półroczu 2021 r. eksport wyniósł 136,8 mld euro, natomiast import – 133,0 mld euro. Saldo handlu zagranicznego również było zatem dodatnie, wynosząc +3,8 mld euro. W porównaniu z okresem styczeń­‑czerwiec 2020 r., eksport wzrósł o 22,9 proc., natomiast import – o 23,6 proc.7

W porównaniu z II kwartałem 2020 r. wyraźnie wzrósł zarówno poziom pomorskiego eksportu, jak i importu – w wypadku pierwszego o 38,3 proc., natomiast drugiego aż o 62,4 proc. Tak duża różnica wynika oczywiście z pandemii, która na dobre uderzyła w światową, w tym również i polską gospodarkę, właśnie w II kwartale minionego roku. Ze względu na znaczne ograniczenie importu, w tamtym okresie saldo handlu zagranicznego było na Pomorzu bardzo wysoko „na plusie”, wynosząc +492,0 mln euro. Z kolei w odniesieniu do II kwartału 2019 r. wartość pomorskiego eksportu wzrosła o 43,9 proc., natomiast importu – o 12,0 proc.

Wśród towarów eksportowanych z Pomorza w II kwartale br. dominowały produkty z grup: statków, łodzi i konstrukcji pływających (25,4 proc. wartości pomorskiego eksportu). Znaczący był również udział towarów przypisanych do grup: maszyn i urządzeń elektrycznych (8,3 proc.), ryb i skorupiaków (6,1 proc.), zbóż (5,8 proc.) oraz reaktorów jądrowych, kotłów, maszyn oraz urządzeń mechanicznych (5,7 proc.). Struktura ta była zatem zbliżona do tych, obserwowanych w poprzednich kwartałach. Cały czas zauważalny jest stosunkowo niski (4,6 proc.) udział grupy paliw w pomorskim eksporcie, co jest bodaj najistotniejszą zmianą struktury produktowej eksportu z Pomorza, wywołanej kryzysem pandemicznym.

Wykres 3. Struktura kierunkowa eksportu z województwa pomorskiego w II kwartale 2021 r.

Źródło: opracowanie IBnGR na podstawie danych Izby Celnej w Warszawie

Dominującymi odbiorcami produktów eksportowanych w II kwartale 2021 r. z Pomorza byli partnerzy handlowi z Niemiec (19,0 proc.), Holandii (5,5 proc.), Szwecji (5,1 proc.), Norwegii (4,7 proc.), Francji (4,4 proc.) oraz Wielkiej Brytanii (3,9 proc.). W tej materii nie zaszła zatem żadna istotna zmiana w porównaniu z poprzednimi kwartałami. W skali całej polskiej gospodarki największym partnerem eksportowym w I półroczu br. – podobnie jak we wcześniejszych okresach – były Niemcy (28,7 proc.), za których plecami znalazły się: Francja (6,0 proc.) oraz Czechy (5,9 proc.).

Jeśli chodzi o pomorski import w II kwartale br., jego niemal ¼ wartości (22,0 proc.) dotyczyła grupy paliw, a następnie statków, łodzi oraz konstrukcji pływających (15,8 proc.), maszyn i urządzeń elektrycznych (10,8 proc.) oraz ryb i skorupiaków (6,2 proc.). Produkty z tych grup odpowiadały łącznie za niemal 55 proc. wartości importu na Pomorze. W porównaniu z poprzednim kwartałem dało się zauważyć bardzo wyraźny wzrost udziału w ogólnej strukturze grupy statków, łodzi oraz konstrukcji pływających (+9,0 pkt. proc. względem I kwartału br.) – nie należy jednak wysnuwać z tego daleko idących wniosków, gdyż kontrakty zawierane w segmencie przemysłu morskiego nieraz opiewają na bardzo wysokie kwoty i zdarza się, że kilka (czasem nawet jedna) transakcji może mieć istotny wpływ na całą kwartalną strukturę pomorskiego importu.

Wśród towarów sprowadzanych na Pomorze w II kwartale 2021 r. dominowały te, pochodzące z Rosji (18,4 proc. wartości pomorskiego importu – głównie za sprawą paliw), Chin (13,3 proc.), Niemiec (7,1 proc.), Norwegii (5,9 proc.), Holandii (3,9 proc.) oraz Bangladeszu (3,8 proc.). Bardzo wysoka pozycja ostatniego z tych krajów – zaobserwowana także w poprzednim kwartale – bierze się z rosnącej wartości sprowadzanych stamtąd produktów z grupy artykułów odzieżowych. Istotnych zmian nie zaobserwowano również w ogólnopolskiej strukturze importowej – towary o największej wartości były w I półroczu br. sprowadzane z Niemiec (21,6 proc. wartości importu), a następnie – z Chin (14,0 proc.) oraz Włoch (5,2 proc.).

Wykres 4. Struktura kierunkowa importu do województwa pomorskiego w II kwartale 2021 r.

Źródło: opracowanie IBnGR na podstawie danych Izby Celnej w Warszawie

Barometr innowacyjności

W II kwartale 2021 r. w Biuletynie Urzędu Patentowego opublikowano informację o 1050 wynalazkach zgłoszonych do opatentowania. Liczba zgłoszeń pochodzących z województwa pomorskiego sięgnęła 49, co stanowiło 4,7 proc. wszystkich zgłoszonych wynalazków. Jest to wynik niższy o 0,7 pkt. proc. niż w poprzednim kwartale, jak i w analogicznym okresie 2020 r.

Wykres 5. Liczba pomorskich wynalazków zgłoszonych i opublikowanych w Biuletynie Urzędu Patentowego w 2021 r.

Źródło: opracowanie IBnGR na podstawie http://www.uprp.pl

Udział województwa pomorskiego w liczbie zgłaszanych patentów był zatem w mijającym kwartale, tak samo jak w poprzednich, niższy od udziału regionu w liczbie mieszkańców całej Polski (6,0 proc.) oraz w odniesieniu do liczby ogólnopolskich przedsiębiorstw (6,8 proc.). Niemniej należy mieć na uwadze, iż statystyka patentowa jest zdominowana przez zgłoszenia z województwa mazowieckiego, w tym w szczególności z Warszawy.

Polskiej gospodarce nadal trudno jest wskoczyć na tory innowacyjnego rozwoju. Dobrze pokazuje to najnowszy raport Komisji Europejskiej pt. European Innovation Scoreboard 2021, w którym analizie poddana została innowacyjność wszystkich państw członkowskich Unii Europejskiej. Polska w zestawieniu tym wypadła bardzo słabo – została sklasyfikowana na 24 miejscu spośród 27 badanych gospodarek. Tym samym znaleźliśmy się – obok Chorwacji, Węgier, Słowacji, Łotwy, Bułgarii i Rumunii – w grupie tzw. wschodzących innowatorów. Liderami rankingu są: Szwecja, Finlandia, Dania oraz Belgia.

Sam ranking tworzony był na podstawie 27 wskaźników, które obejmowały obszary takie jak m.in.: digitalizacja, jakość zasobów ludzkich, wykorzystanie technologii informacyjnych, dostępność finansowania na działania badawczo­‑rozwojowe czy produktywność. W tym kontekście najmocniejszą stroną Polski był generalny poziom ucyfrowienia, jak również odsetek osób z wyższym wykształceniem w stosunku do ogółu społeczeństwa – w tych obszarach wyraźnie przekraczaliśmy średnią unijną. Nasza gospodarka wypadła natomiast bardzo słabo, jeśli chodzi o m.in. poziom zatrudnienia w innowacyjnych przedsiębiorstwach, liczbę zgłaszanych patentów czy liczbę zaawansowanych technologicznie małych i średnich przedsiębiorstw.

Ciekawy wniosek, jaki wynika z ww. opracowania dotyczy tego, że Unia Europejska jako całość lepiej radzi sobie pod kątem wdrażania innowacji od Stanów Zjednoczonych, postrzeganych jako jeden z potentatów w zakresie tworzenia innowacyjnych rozwiązań. Nie zmienia to jednak faktu, że Europa nadal pozostaje w tyle za światowymi liderami innowacyjności, takimi jak Korea Południowa, Australia czy Japonia8.

Zgłoszenia patentowe zgłoszone w II kwartale 2021 r. w województwie pomorskim dotyczyły w największej mierze działu H (elektrotechnika – 26,5 proc.) oraz – dominującego w poprzednich dwóch kwartałach – działu B (różne procesy przemysłowe i transport – 18,4 proc.).

Największa nadreprezentacja względem kraju także dotyczyła działu H (elektrotechnika: +18,6 pkt. proc. względem kraju). Największa różnica in minus odnosiła się natomiast działu C (chemia, metalurgia: –6,6 pkt. proc.).

W analogicznym okresie ubiegłego roku największa nadreprezentacja zgłoszonych patentów względem kraju dotyczyła działu G (fizyka) – wyniosła ona 16,4 pkt. proc. Największe odchylenie in minus dotyczyło natomiast działu A – podstawowe potrzeby ludzkie, wynosząc 6,7 pkt. proc.

Tabela 1. Ogólnopolskie oraz pomorskie zgłoszenia wynalazków opublikowane w Biuletynie Urzędu Patentowego wg Międzynarodowej Klasyfikacji Patentowej (MKP) w II kwartale 2021 r. oraz w 2021 r. ogółem

Dział MKP II kwartał 2021 r. 2021 r.
Pomorskie Polska różnica Pomorskie Polska różnica
% % pkt. proc. % % pkt. proc.
Dział A – Podstawowe potrzeby ludzkie 14,3 19,1 –4,9 13,3 18,0 –4,7
Dział B – Różne procesy przemysłowe; Transport 18,4 24,3 –5,9 21,1 22,6 –1,5
Dział C – Chemia; Metalurgia 12,2 18,9 –6,6 16,7 20,9 –4,2
Dział D – Włókiennictwo; Papiernictwo 0,0 0,6 –0,6 0,0 0,6 –0,6
Dział E – Budownictwo; Górnictwo 6,1 9,6 –3,5 5,6 10,5 –5,0
Dział F – Budowa maszyn; Oświetlenie; Ogrzewanie; Uzbrojenie; Technika minerska 14,3 11,7 +2,6 13,3 11,2 +2,1
Dział G – Fizyka 8,2 7,9 +0,3 10,0 9,1 +0,9
Dział H – Elektrotechnika 26,5 7,9 +18,6 20,0 7,1 +12,9
RAZEM 100,0 100,0 100,0 100,0

Źródło: opracowanie IBnGR na podstawie http://www.uprp.pl

Mając na uwadze zgłoszenia wynalazków notowane narastająco od początku 2021 r., można stwierdzić, że względem kraju Pomorze specjalizuje się przede wszystkim w dziale H, który charakteryzuje nadreprezentacja rzędu 12,9 pkt. proc.

Ważniejsze wydarzenia9

1,15 mld zł straty Lotosu
Strata netto Grupy Lotos wyniosła w 2020 r. 1,15 mld zł. Zarząd spółki argumentuje ten wynik przede wszystkim niższymi cenami produktów naftowych na świecie.

Mniej uzależnieni od rosyjskich dostaw
W 2020 r. rosyjska ropa odpowiadała za 30 proc. dostaw morskich, jakie przeszły przez gdański Naftoport. To wynik o 6 pkt. proc. niższy niż przed rokiem.

Energa ze stratą za 2020 r.
Strata Grupy Energa w 2020 r. sięgnęła 444 mln zł netto. Był to wynik znacznie lepszy od odnotowanego w 2019 r. – wówczas strata przekroczyła 1 mld zł.

Kosakowo przejęło majątek gdyńskiego lotniska
Gmina Kosakowo nabyło majątek Portu Lotniczego Gdynia­‑Kosakowo. Wysokość transakcji opiewa na 7,15 mln zł. Od lutego 2014 r. lotnisko nie może funkcjonować, gdyż Komisja Europejska zakwestionowała pomoc publiczną, jaką uzyskało ono ze strony Gdyni i Kosakowa.

Nowy prezes Stoczni Gdynia
Adam Meller, dotychczasowy Prezes Zarządu Morskiego Portu Gdynia został odwołany z pełnionej funkcji przez nowo powołaną Radę Nadzorczą spółki. Nowym Prezesem został mianowany dotychczasowy Wiceprezes oraz dyrektor ds. infrastruktury i zarządzania majątkiem, Jacek Sadaj.

Centrum Ekoinnowacji PG już w budowie
Rozpoczęła się budowa Centrum Ekoinnowacji Politechniki Gdańskiej. Jak mówi Krzysztof Wilde, rektor PG, „Centrum Ekoinnowacji będzie jedną z najważniejszych jednostek naukowych w Polsce zajmujących się rozwojem proekologicznych rozwiązań i technologii środowiskowych”. Koszt inwestycji wyniesie 80 mln zł, ma zostać ona zrealizowana w II połowie 2022 r.

Konsolidacja branży paliwowej
Trzy największe polskie koncerny paliwowe – PKN Orlen, Grupa Lotos oraz Grupa PGNiG – zostaną połączone. Zgodnie z czterostronnym porozumieniem, którego stroną jest również Ministerstwo Aktywów Państwowych, w praktyce PKN Orlen przejmie pozostałe dwa koncerny.

Nigeryjska ropa naftowa w Gdańsku
Gdańska rafineria Grupy Lotos po raz pierwszy w historii otrzymała do przerobu ropę naftową pochodzącą z Nigerii (125 tys. ton). To jedna z 14 gatunków ropy, które jest w stanie magazynować i przerabiać zakład.

Nowe magazyny w PCL
Na obszarze Pomorskiego Centrum Logistycznego, sąsiadującego z terminalem kontenerowym DCT powstanie nowy, piąty już obiekt o powierzchni 39 tys. m². Będzie on gotowy do końca bieżącego roku. Docelowo PCL, oferujący obecnie ponad 150 tys. m² powierzchni, ma osiągnąć nawet 500 tys. m².

HPE 8 zainwestuje w Gdyni
Firma HPE 8, specjalizująca się w projektowaniu i produkcji systemów i urządzeń technicznych m.in. dla branż przemysłu maszynowego, energetycznego i kolejowego, zainwestuje 10 mln zł w budowę nowego zakładu w Gdyni. Inwestycja ta zostanie wsparta przez Pomorską Specjalną Strefę Ekonomiczną.

Sitel otwiera biuro w Gdańsku
Sitel Group, przedsiębiorstwo specjalizujące się w obszarze obsługi klienta, otwiera nowe biuro w Gdańsku, w którym zatrudnienie znajdzie początkowo 85 osób. Docelowo może ono wzrosnąć nawet do 500 osób.

Zielony wodór od Lotosu?
Lotos Asfalt oraz Sescom podpisały list intencyjny dotyczący współpracy przy realizacji programu Green H2. Jego założenia obejmują wybudowanie instalacji do produkcji tzw. zielonego wodoru, czyli wodoru uzyskiwanego w procesie elektrolizy wykorzystującej odnawialne źródła energii.

Potężne inwestycje sieciowe na Pomorzu
Polskie Sieci Elektroenergetyczne przeznaczą do 2030 r. około 4,5 mld zł na inwestycje w sieci przesyłowe w samym tylko województwie pomorskim. Ich realizacja pozwoli na przesył do sieci energii elektrycznej produkowanej przez morskie farmy wiatrowe, które będą się rozwijały u wybrzeży Bałtyku.

Białoruska firma w Gdańsku
Agente – białoruska firma działająca w branży IT – otwiera swoje biuro w Gdańsku. Spółka skorzystała z programów: samorządowego Come2Pomerania oraz rządowego Poland.Business Harbour, które wspierają relokację do Polski białoruskich przedsiębiorstw oraz wykwalifikowanych pracowników.

Nowe połączenie kontenerowe
Containerships to drugi – po Unifeeder – armator, który otworzył w ostatnim czasie połączenie kontenerowe z Gdyni do Wielkiej Brytanii. Będzie ono obsługiwane przez dwa statki zasilane paliwem LNG – Containerships Stellar oraz Containerships Nord.

Większe statki zawiną do Gdyni
Dzięki sfinalizowanej właśnie inwestycji przebudowy Północnej Ostrogi Pilotowej w Porcie Gdynia, będzie on mógł przyjmować większe statki. Poszerzenie wejścia do portu o prawie 40 m sprawi, że będą mogły do niego zawijać statki o parametrach Baltimax, czyli m.in. tankowce i kontenerowce, które będą mogły przepłynąć przez Cieśniny Duńskie.

Prom hybrydowy dla Finów
Gdyńska stocznia Crist rozpoczęła budowę kolejnego, trzeciego już promu hybrydowego na zlecenie Finferries. Jednostka ta będzie miała długość 70 m i będzie mogła przetransportować do 52 samochodów oraz do 200 pasażerów.

Ostatni holownik oddany
Remontowa Shipbuilding sfinalizowała realizację umowy z Marynarką Wojenną, na mocy której wyprodukowała sześć holowników. Właśnie został przekazany ostatni z nich – H‑13 Przemko.

W Gdańsku powstanie fragment wycieczkowca
Stocznia Gdańska zbuduje trzy częściowo wyposażone bloki hotelowe wycieczkowca. Zleceniodawcą jest francuska stocznia Chantiers de l’Atlantique. Bloki te będą stanowić część statku wyprodukowanego dla armatora Royal Caribbean International.

Koniec inwestycji w Porcie Gdańsk
W Porcie Gdańsk zakończony został projekt pt. „Rozbudowa i modernizacja sieci drogowej i kolejowej w Porcie Zewnętrznym w Gdańsku”. W ramach wartej 167 mln zł inwestycji m.in. rozbudowano układ komunikacyjny, dojazd do DCT oraz zbudowano parking dla pojazdów ciężarowych.

Morska energetyka wiatrowa na studiach
Politechnika Gdańska oraz Uniwersytet Morski w Gdyni otworzą wspólnie międzyuczelniany kierunek studiów dotyczący obszaru morskiej energetyki wiatrowej. Jego absolwenci będą mogli docelowo znaleźć pracę w planowanych do uruchomienia na Pomorzu morskich farmach wiatrowych.

Remontowa wybuduje „Strażaka”
Gdańska stocznia Remontowa Shipbuilding wybuduje statek pożarniczy „Strażak” dla Zarządów Morskich Portów Szczecin i Świnoujście. Według planów, jednostka powinna być gotowa w IV kwartale 2022 r.

1 za: worldbank.org
2 za: pkobp.pl
3 za: worldbank.org, pkobp.pl, businessinsider.pl
4 za: bankier.pl, ihsmarkit.com
5 za: stat.gov.pl, money.pl
6 za: stat.gov.pl, businessinsider.pl
7 za: stat.gov.pl
8 za: kpk.gov.pl, businessinsider.pl
9 W niniejszym podrozdziale wykorzystano informacje pochodzące m.in. z portalów trojmiasto.pl oraz pomorskie.eu.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Polski przemysł – dekarbonizuj się albo giń

Pobierz PDF

Rozmowę prowadzi Marcin Wandałowski – redaktor prowadzący „Pomorskiego Przeglądu Gospodarczego”.

W tym momencie nie ma jeszcze żadnych regulacji, które nakazywałyby przedsiębiorstwom przemysłowym wykorzystywanie tylko i wyłącznie energii odnawialnej. Nie zmienia to jednak faktu, że coraz częściej wymagają tego zagraniczni partnerzy, presję czuć też ze strony instytucji bankowych. Czy można powiedzieć, że jesteśmy dziś zatem świadkami procesu samoczynnej dekarbonizacji polskich firm z II sektora?

Faktycznie nie ma dziś formalnej konieczności udowadniania źródeł, z których pochodzi wykorzystywana energia. Coraz częściej spotykam się natomiast z sytuacjami, w których zachodni odbiorca dóbr produkowanych w Polsce oczekuje od producenta ich przedstawienia. Sądzę, że presja rynku, presja klientów będzie najmocniejszą dźwignią tego procesu. Zauważam ją także ze strony banków, które w swoich analizach kredytowych zaczynają badać ślad węglowy, a nawet wodny. Myślę, że dopiero kolejnym etapem będzie natomiast presja formalna.

Firmy, które chcą dziś utrzymać się na rynku coraz częściej nie mają innego wyboru, niż podjąć wysiłek dekarbonizacyjny. Ich klienci oczekują od nich zazwyczaj udowodnienia po pierwsze, że wytwarzane na ich zlecenie dobra zostały wyprodukowane przy małym zużyciu energii, a po drugie – że energia ta była „czysta”.

Załóżmy, że dana firma dysponuje energooszczędną technologią produkcyjną. W jaki jednak sposób ma dowieść, że wykorzystywana przez nią energia jest zielona?

Do tej pory najczęstszą taktyką polskich firm było kupowanie świadectw pochodzenia energii ze źródeł odnawialnych. Sęk w tym, że producenci udowadniali w ten sposób tak naprawdę, że wykorzystują „brudną” energię – którą kupują gdziekolwiek i jakkolwiek – dokupując do niej w ramach „pokuty” świadectwo pochodzenia. O jego wartości najlepiej świadczy jego cena – o ile megawatogodzina energii kosztuje kilkaset złotych, o tyle świadectwo to koszt 2‑3 zł. Stanowi ono więc dowód, że ktoś gdzieś kiedyś wytworzył „czystą” energię, natomiast wcale nie oznacza tego, że dana firma wykorzystała ją w procesie produkcyjnym. To raczej dowód wskazujący na to, że tak właśnie nie było.

Do tej pory najczęstszą taktyką polskich firm było kupowanie świadectwa pochodzenia energii ze źródeł odnawialnych. Sęk w tym, że producenci udowadniali w ten sposób tak naprawdę, że wykorzystują „brudną” energię – którą kupują gdziekolwiek i jakkolwiek – dokupując do niej w ramach „pokuty” świadectwo pochodzenia.

Jakie są zatem inne, bardziej wiarygodne sposoby udowodnienia, że do produkcji użyto zielonej energii?

Innym poziomem legitymizacji firm chcących przedstawiać się jako zielone jest posiadanie własnej instalacji wytwarzającej energię elektryczną z odnawialnego źródła. W polskich warunkach przyjmuje ona zazwyczaj postać paneli fotowoltaicznych zamontowanych na dachu hali produkcyjnej. Z pewnością dobrze wygląda to PR-owo, jednak faktem jest, że tego typu instalacje są zazwyczaj dość małe i mogą pokrywać zużycie energii danego zakładu jedynie do pewnego stopnia. Problemem jest to, że budowanie większych instalacji – nawet jeśli produkowana w nich energia nie byłaby przesyłana poza fabrykę – wiąże się ze sporymi ograniczeniami formalnymi.

Po drugie – firmie chwalącej się, że w procesie produkcyjnym wykorzystuje wyłącznie wytwarzaną przez siebie zieloną energię łatwo jest udowodnić, że wcale tak nie jest. Fotowoltaika jest skuteczna i efektywna przez kilka miesięcy w roku i oczywiście tylko w ciągu dnia. Nie ma więc wątpliwości, że zakład, który pracuje na trzy zmiany, w nocy czy w pochmurny dzień będzie musiał pobierać energię z innego, najprawdopodobniej „brudnego” źródła.

Czy firmy mają jeszcze jakieś inne alternatywy, pozwalające im na przekonanie partnerów o swojej „zieloności”?

Istnieje możliwość postawienia linii energetycznej łączącej bezpośrednio fabrykę z dużym źródłem „czystej” energii, np. farmą wiatrową czy elektrownią wodną. Takie rozwiązanie wiąże się jednak po pierwsze z potężnymi nakładami inwestycyjnymi, a po drugie – z wieloma barierami natury formalnej. Nie może zatem dziwić, że w skali całej Polski jest zapewne nie więcej niż kilka zakładów, które zaopatrują się w zieloną energię w ten sposób.

Ostatnią opcją jest udowodnienie, że kiedy my zużywamy energię, ktoś inny w tym samym czasie produkuje i wtłacza zieloną energię do sieci. Aby móc to zrobić, potrzebne byłoby specjalne urządzenie pomiarowe, które będzie to w jakiś sposób pokazywało. Z pomocą nie przyjdą nam tu operatorzy sieci dystrybucyjnej, którzy pomiar energii organizują wokół innego celu – prawidłowego wystawiania faktur za zużycie prądu, a nie określania, z jakiego źródła ten prąd pochodzi.

Za kilka lat będzie o to nieco łatwiej, gdyż wdrożony zostanie centralny system informacji o rynku energii (CSIRE), za którego sprawą pomiary będą następowały w krótkich, 15‑minutowych przedziałach, a informacja pomiarowa będzie łatwiej dostępna dla wszystkich użytkowników. Jej wadą będzie jednak opóźnienie – być może nawet kilkutygodniowe. Doprowadzi to do absurdalnej sytuacji, w której o tym, czy wykorzystywana przez firmę energia pochodziła z odnawialnych źródeł, będzie się ona dowiadywała post factum. Użyteczność tej informacji będzie niewiele większa od wskazania prędkościomierza w samochodzie, pokazującego prędkość nie bieżącą, ale sprzed np. miesiąca.

Optymalnym rozwiązaniem byłoby dokonywanie pomiaru zużycia zielonej energii z informacją przekazywaną przedsiębiorstwom w czasie rzeczywistym. Dawałoby to im możliwość bieżącej reakcji w postaci np. zgłoszenia się do producenta energii z prośbą o zwiększenie produkcji w danym momencie czy też tymczasowego ograniczenia zużycia energii w zakładzie i przeniesienia pewnych aktywności na późniejsze godziny.

Optymalnym rozwiązaniem byłoby dokonywanie pomiaru zużycia zielonej energii z informacją przekazywaną w czasie rzeczywistym. Dawałoby to firmom możliwość bieżącej reakcji w postaci np. zgłoszenia się do producenta energii z prośbą o zwiększenie produkcji w danym momencie czy też tymczasowego ograniczenia zużycia energii w zakładzie.

Czy ostatni z wariantów, zakładający nabywanie zielonej energii od producentów w czasie rzeczywistym stwarza potencjał dla rozwoju prosumentyzmu?

Wyobrażam sobie, że zabezpieczenie „czystej” energii przez firmy produkcyjne odbędzie się na kilka sposobów. Część energii dostarczą prosumenci, natomiast więcej pochodzić będzie z profesjonalnej części rynku, tzn. wyspecjalizowanych przedsiębiorstw posiadających własne farmy fotowoltaiczne i wiatrowe, które będą sprzedawały wyprodukowaną tam energię potrzebującym jej w danym momencie odbiorcom. Ponieważ funkcjonujemy w jednej, zintegrowanej sieci energetycznej o zasięgu od Estonii aż po Portugalię, polska fabryka będzie mogła na bieżąco zakupić energię produkowaną w danej chwili nawet na drugim końcu Europy.

Ponieważ funkcjonujemy w jednej, zintegrowanej sieci energetycznej o zasięgu od Estonii aż po Portugalię, polska fabryka będzie mogła na bieżąco zakupić energię produkowaną w danej chwili nawet na drugim końcu Europy.

Nie zapominajmy też o wirtualnych i zbiorowych prosumentach. Nie mamy ich jeszcze w prawie polskim, ale znajdują się oni w dyrektywach unijnych i co ważniejsze – są też w logice kierunku zmian: chęci inwestowania w zieloną energię.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Pomorska szansa wodorowa

Pobierz PDF

Rozmowę prowadzi Marcin Wandałowski – redaktor prowadzący „Pomorskiego Przeglądu Gospodarczego”.

W ostatnim czasie coraz częściej słyszymy o koncepcji gospodarki opartej na wodorze. Na wodorze – czyli na pierwiastku starym jak świat, którego produkcję człowiek ma opanowaną od dawna. Skąd się zatem wzięło obecne wzmożenie z nim związane?

Wodór jest powszechny we wszechświecie, to prawdopodobnie pierwszy pierwiastek, jaki powstał po Wielkim Wybuchu. Na całej Ziemi są uwięzione bardzo duże jego ilości. Najbardziej oczywistym źródłem wodoru jest woda, ale jest też szereg innych związków, w których on występuje, jak np. grupa węglowodorów, do których należą metan czy węgiel.

Głównym powodem, który przemawia za szerszym wykorzystywaniem tego pierwiastka jest to, że można go produkować przy użyciu energii ze źródeł odnawialnych nie ponosząc żadnych kosztów środowiskowych. A jako że energetyka OZE rozwija się dziś bardzo dynamicznie, w niedalekiej przyszłości może się to przełożyć na wysoką podaż tzw. zielonego wodoru.

Głównym powodem, który przemawia za szerszym wykorzystywaniem wodoru jest to, że można go produkować przy użyciu energii ze źródeł odnawialnych nie ponosząc żadnych kosztów środowiskowych.

No właśnie – można się dziś spotkać z różnymi kolorami wodoru: zielonym, szarym, fioletowym itd. Czym one się różnią?

W przestrzeni publicystycznej pojawia się dziś wiele kolorów wodoru, które wskazują na sposób jego pozyskania. Wodór jako pierwiastek – niezależnie od źródła pochodzenia – jest oczywiście zawsze taki sam.

I tak też mamy wodór zielony, który powstaje w wyniku elektrolizy z energii odnawialnej, czyli np. wiatraka czy instalacji fotowoltaicznej. To bardzo prosty, znany od bardzo dawna proces, którego wyróżnikiem jest zeroemisyjność. W taki sam sposób wytwarzany jest również wodór fioletowy, tyle że przy wykorzystaniu energii elektrycznej pochodzącej z atomu. Wodór ten również charakteryzuje się zatem wysokim poziomem czystości.

Każdy inny kolor oznacza natomiast, że powstaje jakiś dodatkowy wpływ na środowisko. Współcześnie na świecie dominuje produkcja szarego wodoru, który jest otrzymywany w procesie reformingu metanu lub zgazowania węgla. Procesy te wykorzystują paliwa kopalne i są wysokoemisyjne. W podobny sposób wytwarzany jest wodór niebieski, przy czym przy jego produkcji wychwytywany jest dwutlenek węgla. Z kolei wodór turkusowy powstaje z wykorzystaniem gazu w procesie pirolizy, także bez emisji CO2.

W jaki sposób można wykorzystywać wodór w gospodarce?

Pierwszym obszarem jest energetyka. W Polsce powstają dziś liczne elektrownie wiatrowe, farmy fotowoltaiczne czy wreszcie indywidualne mikroinstalacje produkujące zieloną energię. Wszystkie one cechują się wysoką niestabilnością – pracują tylko w określonych porach doby, przy sprzyjających warunkach atmosferycznych. System energetyczny musi się z tą niestabilnością nieustannie mierzyć. Wodór może mu w tym pomóc – chwilowe nadwyżki z produkcji energii odnawialnej mogą być akumulowane w postaci wodoru, notabene gazu o bardzo dużej wartości energetycznej, a następnie, w okresie większego zapotrzebowania na energię, wodór ten może być wykorzystywany do wygenerowania dodatkowej energii.

Oczywiście, wszystkie te procesy mają swój koszt – przetwarzając energię elektryczną w wodór i z powrotem – tracimy dużo energii. Może się jednak okazać, że z punktu widzenia bilansowania systemu w okresach największego zapotrzebowania na prąd, wykorzystanie wodoru będzie mimo to bardzo opłacalne.

Wodór może być szeroko wykorzystywany także w transporcie.

To prawda, a przemawiają za tym dwa kluczowe argumenty. Po pierwsze, pojazdy napędzane wodorem są zeroemisyjne – jedynym produktem spalania tego pierwiastka jest woda. Drugą zaletą takich aut jest to, że ich tankowanie jest podobne do tankowania gazem – podłączamy zbiornik do dystrybutora wodoru i napełniamy go paliwem. Cały proces trwa od kilku do maksymalnie kilkunastu minut. To duża różnica w porównaniu do aut elektrycznych, których ładowanie może trwać kilka godzin.

Wodór może być też wykorzystywany w przemyśle – na początku roku słyszeliśmy chociażby o planach budowy huty zasilanej ekologicznym wodorem w Szwecji. Można się spodziewać, że podobnego typu inwestycji będzie więcej. Tak naprawdę bowiem – mam nadzieję, że w nieodległej przyszłości – wszędzie tam, gdzie wykorzystujemy dziś „brudną”, wytwarzaną przez energetykę konwencjonalną energię elektryczną, będziemy mogli zastąpić ją energią zieloną, pochodzącą z OZE czy z zielonego wodoru. Energia ta będzie mogła być wykorzystywana do produkcji wszystkiego tego, do czego stosuje się dziś tradycyjnie wytwarzaną energię. Będziemy więc słyszeć o zielonej stali, zielonej miedzi czy o zielonej energetyce cieplnej – co szczególnie istotne w polskich realiach.

Już niebawem wszędzie tam, gdzie wykorzystujemy dziś „brudną”, wytwarzaną przez energetykę konwencjonalną energię elektryczną, będziemy mogli zastąpić ją energią zieloną, pochodzącą z OZE czy z zielonego wodoru.

Obszarów potencjalnego wykorzystania wodoru jest zatem bardzo wiele. Jak jednak zapewnić odpowiednią jego podaż?

Bez wątpienia jest to dziś największe ograniczenie hamujące tempo rozwoju i wykorzystywania technologii opartych na wodorze. Równocześnie trzeba mieć jednak na uwadze, że podaż ta cały czas rośnie, pojawia się coraz więcej efektywnych rozwiązań, które ją zwiększają.

Wierzę, że przyszłość wodoru może być analogiczna do doświadczeń związanych z wdrażaniem fotowoltaiki – jeszcze 15 lat temu korzystali z niej niemal wyłącznie hobbyści, których w dodatku stać było na zainstalowanie bardzo drogiej jeszcze wówczas nowinki technologicznej. W międzyczasie technologia poszła do przodu, a coraz większa skala stosowania ogniw fotowoltaicznych znalazła przełożenie w niższych cenach. W efekcie mamy dziś już w Polsce zamontowanych 600 tys. instalacji dachowych PV, powstają też farmy fotowoltaiczne – i to nie tylko w naszym kraju, a w całej Unii. Co więcej, UE planuje produkować duże ilości energii solarnej – a zapewne również i zielonego wodoru – nawet w Afryce Północnej, posiadającej ku temu doskonałe warunki.

Przyszłość wodoru może być analogiczna do doświadczeń związanych z wdrażaniem fotowoltaiki – jeszcze 15 lat temu korzystali z niej niemal wyłącznie hobbyści, których w dodatku stać było na zainstalowanie bardzo drogiej jeszcze wówczas nowinki technologicznej. W międzyczasie technologia poszła do przodu, a coraz większa skala stosowania ogniw PV znalazła przełożenie w niższych cenach.

Należy mieć też na uwadze, że dopóki na rynku nie pojawi się dostatecznie dużo zielonego wodoru, będziemy zapewne wykorzystywali również wodór o innych kolorach.

Dużym wyzwaniem wydaje się też skorelowanie produkcji wodoru, przede wszystkim zielonego, z popytem na niego.

Zgadza się – podaż musi rosnąć w sposób skorelowany z popytem. Spodziewam się, że jednymi z pierwszych bodźców pobudzających stronę popytową będą inwestycje w transport publiczny – np. autobusy czy pociągi zasilane wodorem – z wykorzystaniem instrumentów dotacyjnych UE. Myślę, że następnie przyjdzie czas na pojawienie się w przestrzeni publicznej stacji tankowania samochodów osobowych na wodór. Już w tym momencie rozpisywane są też konkursy na nowe rozwiązania wykorzystujące zielony wodór w ciepłownictwie. Jeśli uda nam się równocześnie zwiększać podaż i popyt na wodór, to skala jego wykorzystania będzie bez wątpienia rosła.

W tym wszystkim nie bez znaczenia będzie też oczywiście jego cena. Tak jak wspominałem, widzę tu jednak wiele analogii do fotowoltaiki – sądzę, że podobnie jak w wypadku PV, wraz ze wzrostem wykorzystania wodoru, jego cena będzie spadać.

W upowszechnieniu wykorzystania wodoru pomóc może koncepcja HGaaS (Hydrogen Generator as a Service), opracowana przez Sescom. Na czym ona polega?

W firmie od bardzo dawna analizowaliśmy, w jaki sposób opracować model produkcji i dystrybucji zielonego wodoru. To niełatwe zadanie, mając na uwadze, że może być on – za sprawą instalacji OZE wzbogaconych o sprzęt do elektrolizy – produkowany lokalnie. By zminimalizować straty, najlepiej byłoby wykorzystywać go również niedaleko miejsca produkcji, np. w miejscowym zakładzie komunikacji czy na stacji tankowania aut napędzanych wodorem. To model, który pokazuje, że małe jest piękne i że można lokalnie, bez żadnych dodatkowych uwarunkowań, jak np. dostępności do infrastruktury energetycznej, zbudować miejscowy ekosystem zielonego wodoru.

Zielony wodór już niebawem będzie mógł być generowany z wykorzystaniem energii pochodzącej z mniejszych i większych instalacji OZE w tym z kilkuset tysięcy polskich domów. By zminimalizować jego straty, najlepiej byłoby wykorzystać go niedaleko miejsca produkcji.

HGaaS pozwala na bilansowanie popytu i podaży producentów i odbiorców wodoru za sprawą systemu informatycznego. Na bieżąco kontroluje on produkcję zielonej energii, a następnie wodoru oraz bieżące zapotrzebowanie na niego. Pomaga on zoptymalizować jego wykorzystanie, minimalizując straty wynikające chociażby ze zbyt długiego przechowywania go w zbiornikach.

Czy macie pewność, że zielony wodór będzie powstawał przede wszystkim właśnie w tego rodzaju rozproszonych sieciach mikroproducentów?

Jest to jedna z dwóch dominujących dziś koncepcji. W opozycji do niej znajdują się huby wodorowe, czyli duże jednostki, które miałyby produkować w danym miejscu tony wodoru na dobę. Następnie byłby on rozwożony specjalnymi samochodami, tzw. bateriowozami, do miejsc tankowania. To bardzo ciekawe rozwiązanie, tyle że wiąże się z nim wyzwanie wtłoczenia wyprodukowanego wodoru do baterii, przewiezienia go, wyładowania i przygotowania do dystrybucji. To szereg dodatkowych procesów, które będą generowały dodatkowe koszty. Choć oczywiście jednostkowy koszt wielkoskalowej produkcji wodoru będzie w hubie dużo mniejszy niż w rozproszonych mikroinstalacjach.

W tym momencie ku opcji dużych hubów wodorowych skłaniają się – co zrozumiałe – duże koncerny energetyczne. Zależy im na wykorzystaniu obecnie istniejącej infrastruktury do produkcji wodoru, który z początku byłby oczywiście szary, dążąc jednak do tego, by w dłuższej perspektywie coraz bardziej się „zazieleniał”.

Rozważane są dziś dwa modele – huby wodorowe, z których wodór będzie transportowany w promieniu kilkudziesięciu kilometrów oraz sieci rozproszonych mikroproducentów, wykorzystujące wodór niedaleko miejsca produkcji. W tym momencie jesteśmy na etapie analizy ich kosztów, tworzenia biznesplanów etc. Chodzi o to, by znaleźć optymalne rozwiązanie – być może w procesie tym dojdziemy do innych modeli, np. mniejszych, gęściej rozsianych hubów o „zasięgu” kilkunastu kilometrów.

Póki co mamy przed sobą jeszcze dużo znaków zapytania. Wraz z rozwojem technologii oraz spadkiem cen, któraś z tych opcji może zacząć przeważać. Rodzi się nowa koncepcja biznesowa, potrzeba jeszcze trochę czasu, by dojrzała.

Czy Pomorze ma potencjał do tego, by stać się liderem w obszarze zielonego wodoru – tak w skali Polski, jak również i całej Europy?

Bez wątpienia sprzyja nam nasze położenie naturalne nad Bałtykiem, z którym wiążą się dobre warunki do produkcji energii z instalacji wiatrowych oraz fotowoltaicznych. Mamy także w regionie bardzo duże kompetencje w obszarze wodoru w postaci m.in. ogromnej rafinerii, posiadającej duże doświadczenia w jego produkcji – co prawda w sposób szary – a także całego wianuszka współpracujących z nią mniejszych firm. Nasz kraj jest zresztą szóstym największym producentem tego gazu na świecie.

Kolejna rzecz – być może mniej istotna, ale jednak – wiąże się z tym, że myśl dotycząca tego, by „iść w wodór”, propagować go i rozwijać, powstała w skali Polski właśnie na Pomorzu. Wielu lokalnych interesariuszy mówiło o tym od dawna, wyrażając chęć budowy wspólnych przedsięwzięć w tym zakresie. To tu powstał Klaster Technologii Wodorowych oraz projekt Pomorskiej Doliny Wodorowej. Liczymy na to, że znajdziemy się w aliansie dolin wodorowych UE, dzięki czemu będziemy mogli łatwiej i skuteczniej ubiegać się o finansowanie naszych projektów. Jednym z nich jest chociażby NeptHyne, którego głównym zamierzeniem jest produkcja wodoru przez instalacje offshore’owe, a następnie zasilanie nim statków serwisowych, obsługujących morską farmę wiatrową.

Myśl dotycząca tego, by „iść w wodór”, propagować go i rozwijać, powstała w skali Polski właśnie na Pomorzu. Wielu lokalnych interesariuszy mówiło o tym od dawna, wyrażając chęć budowy wspólnych przedsięwzięć w tym zakresie.

Idąc dalej – mamy też w regionie uczelnie posiadające osiągnięcia w technologiach wodorowych. Politechnika Gdańska uruchomiła swoje Centrum Technologii Wodorowych. Niebawem wystartują tam również studia dedykowane utrzymaniu infrastruktury wodorowej. Pozostając przy temacie edukacji, bardzo ważna będzie też rola szkolnictwa zawodowego – pojawi się zapotrzebowanie na przekwalifikowanie dużej liczby osób, które będą musiały nauczyć się funkcjonować w tej przestrzeni.

Reasumując, pojawienie się wodoru w przestrzeni publicznej – a nie jak dotąd jedynie przemysłowej – to ogromna zmiana, która doprowadzi do swego rodzaju transformacji całej gospodarki. Warto wziąć w niej udział. Jako Pomorze mamy potencjał, by znaleźć się w awangardzie tych zmian.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

W kierunku uczących się regionów

Pobierz PDF

Patrząc na drogę jaką przeszliśmy przez ostatnie dwie dekady oraz na miejsce, w jakim dziś się znajdujemy, musimy stwierdzić, że na przestrzeni lat odnieśliśmy znaczący sukces społeczno­‑gospodarczy. Sukces, który nie jest jedynie naszą intuicją czy zaklinaniem rzeczywistości, lecz który możemy zmierzyć za pomocą obiektywnych wskaźników i niepodważalnych narzędzi analitycznych.

Sukces, na który nadal musimy pracować

Zapracowaliśmy na niego niewątpliwie my wszyscy. To zasługa m.in. oddolnej przedsiębiorczości, która „okrzepła” i zaczęła skutecznie wchodzić w międzynarodowe łańcuchy wartości oraz zdobywać przyczółki na rynkach zagranicznych. To konsekwencja wysiłku milionów pracowników, którzy inwestowali w swoją edukację, pracowali na dwa etaty, często za relatywnie niewielkie wynagrodzenie, przyczyniając się w ten sposób do poprawy konkurencyjności (produktywności) polskiej gospodarki i przedsiębiorstw.

Nie byłoby jednak naszego sukcesu, gdyby nie otoczenie zewnętrzne. Napływ inwestycji zagranicznych w dużej mierze przyczynił się do tego, że poradziliśmy sobie z problemem bezrobocia (aktualnie jest ono najniższe w całej UE), a wprowadzane w oddziałach korporacji międzynarodowych standardy rozlewały się i systematycznie zmieniały (zmieniają!) kulturę organizacyjną krajowych przedsiębiorstw, a także innych instytucji. Dzięki funduszom strukturalnym mieliśmy środki na modernizację „twardą” (infrastruktura) i „miękką” (kapitał ludzki), a przedsiębiorstwa otrzymały zastrzyk finansowy na rozwój zaplecza, podnoszenie kwalifikacji pracowników oraz inwestycje w technologie.

Odnieśliśmy sukces, ale nie możemy spocząć na laurach, gdyż tempo rozwoju gospodarczego nie jest dane raz na zawsze. Wraz ze wzrostem relatywnego (w stosunku do lidera) poziomu PKB dalsze pomniejszanie dystansu do wiodących gospodarek jest coraz trudniejsze i coraz wolniejsze. Ponadto wraz z poprawą warunków życia rosną również nasze aspiracje. Wielu młodych ludzi nie zadowala dziś już wizja „jakiejkolwiek pracy”, ale od pracodawców oczekują oni warunków, które będą dawały im – oprócz dochodów pozwalających na przyzwoite życie – również satysfakcję i poczucie sensu. Wreszcie, należy zauważyć, że świat się nie zatrzymał i również idzie do przodu, zmienia się, rekonfiguruje w układzie globalnym. Aby nadążyć za zmianami, my także musimy iść dalej.

W drugiej połowie XX wieku, również w okresie transformacji ustrojowej, a nawet wtedy, gdy wstępowaliśmy do Unii Europejskiej, nasz cel były jasno określony – dogonić kraje Europy Zachodniej pod względem PKB i jakości życia, utożsamianej często z poziomem zamożności. Od tego czasu świat się zmienił – doszły nowe wyzwania: klimat, zdrowie, demografia. Z naszej perspektywy nie „unieważniły” one zupełnie poprzednich, tj. potrzeby dogonienia lepiej rozwiniętych. Musimy więc, wciąż mierząc się z dotychczasowymi wyzwaniami, stawiać sobie cele odpowiadające także na te nowe.

Na naszej drodze rozwoju popełniliśmy też mnóstwo błędów – zbudowaliśmy trochę „białych słoni”, „przepaliliśmy” miliony złotych (lub euro), nauczyliśmy się również, że wiele mechanizmów… nie działa, a przynajmniej nie działa tak, jak zakładaliśmy. W szczególności zrozumieliśmy, że tzw. dobre praktyki, które sprawdzają się w jednych warunkach (np. w Bawarii, Paryżu czy Helsinkach), niekoniecznie przynoszą takie same efekty w Polsce, na Pomorzu, Podkarpaciu czy w Poznaniu. Te same rozwiązania w innym otoczeniu pod względem m.in. charakterystyki przedsiębiorstw, kultury biznesu, sprawności administracji czy potencjału naukowego – mogą po prostu nie zadziałać.

Przez ostatnie lata zrozumieliśmy, że tzw. dobre praktyki, które sprawdzają się na Zachodzie, niekoniecznie przynoszą takie same efekty w Polsce. Te same rozwiązania w innym otoczeniu pod względem m.in. charakterystyki przedsiębiorstw, kultury biznesu, sprawności administracji czy potencjału naukowego – mogą po prostu nie zadziałać.

Znajdźmy własną drogę

Patrząc z perspektywy gospodarki – jej innowacyjności, konkurencyjności oraz wspierających je polityk, polskie regiony zdobyły w ostatnich dwóch dekadach swoje własne, cenne doświadczenia. Przeszły one długą drogę i były świadkami różnych koncepcji – od regionalnej strategii innowacji, poprzez klastry, aż po inteligentne specjalizacje. Koncepcje te w dużej mierze inspirowane były receptami stosowanymi wcześniej w krajach Europy Zachodniej. Przychodziły one do nas jako swoiste rozwiązania instytucjonalne implementowane jako element szerszego procesu integracji Polski w ramach Unii Europejskiej.

Każdy z tych etapów niósł nowe doświadczenia – czasem pozytywne, a niekiedy rozczarowujące i pozostawiające niedosyt. Wartością procesu, który przeszliśmy jest to, czego doświadczyliśmy i jakie wnioski możemy wyciągnąć na przyszłość. Znajdujemy się w innym miejscu zarówno, jeśli chodzi o miejsce na drabinie rozwoju, uwarunkowania i wyzwania, które przed nami stoją, jak również jeśli chodzi o samoświadomość własnej sytuacji poszczególnych interesariuszy.

Powszechniejsza jest również świadomość, że droga naśladownictwa nie wystarczy. Jeśli chcemy dołączyć do najwyżej rozwiniętych gospodarek, musimy spróbować przeobrazić się z roli naśladowcy w pozycję pioniera – kogoś, kto sam kreuje nowe ścieżki, wyznacza cel i znajduje sposób, aby go osiągnąć, mobilizując do tego odpowiednie środki i kompetencje. Dzisiaj stoimy przed takim właśnie wyzwaniem i nie ma znaczenia, że moglibyśmy jeszcze trochę „pojechać” na dotychczasowym silniku (obecnym modelu rozwoju). Jest on już coraz bardziej zużyty i będzie nas stopniowo ciągnął w dół.

Jeśli chcemy dołączyć do najwyżej rozwiniętych gospodarek, musimy spróbować przeobrazić się z roli naśladowcy w pozycję pioniera – kogoś, kto sam kreuje nowe drogi, sam wyznacza cel i znajduje sposób, aby go osiągnąć.

Nasza ścieżka rozwoju powinna być oparta o własne zasoby, silne strony oraz indywidualny pomysł na siebie. Te z kolei często różnicują się na płaszczyźnie krajowej, ale również i regionalnej. Województwo podkarpackie czy lubelskie posiadają niewątpliwe inne silne strony niż Pomorze, podobnie rzecz ma się z Mazowszem, mającym inne auty niż Warmia i Mazury.

Nie wpaść w sidła krótkowzroczności

Przed nami kolejna perspektywa budżetowa UE, w ramach której Polska jako kraj oraz jej poszczególne regiony uzyskają znaczące wsparcie finansowe w obszarze unijnej polityki strukturalnej. Podobną szansę stwarza Funduszu Odbudowy – instrument z budżetem 750 mld euro, ukierunkowany na stymulowanie ożywienia gospodarczego, z którego do naszego kraju w najbliższych 7 latach może trafić nawet 58 mld euro.

Istnieje jednak ryzyko, że zamiast rozważnych inwestycji służących transformacji gospodarki w kierunku bardziej ekologicznej, innowacyjnej, „odnawialnej” oraz budowy polityki wspierającej ten proces, skończymy jako kraj „zasypujący” bieżące problemy „łatwymi” pieniędzmi. Będzie to pułapka tym większa, im większa będzie pokusa – rozumiana jako skala i łatwość pozyskania środków.

Aby nie wpaść w sidła krótkowzroczności, musimy nauczyć się krytycznego myślenia o naszym rozwoju. Nie wystarczy – odwołując się do istniejącej nomenklatury – aby region był inteligentny czy smart. Musi on być regionem uczącym się, wyciągającym wnioski z przeszłości, zmieniającym się pod wpływem własnych doświadczeń, potrzeb wewnętrznych oraz adaptującym się do własnych możliwości, a także bodźców płynących z otoczenia, w którym funkcjonuje i z którym wchodzi w interakcje.

Potrzebujemy regionów uczących się, wyciągających wnioski z przeszłości, zmieniających się pod wpływem własnych doświadczeń i potrzeb wewnętrznych oraz adaptujących się do własnych możliwości, a także bodźców płynących z otoczenia, w którym funkcjonują i z którym wchodzą w interakcje.

Takie podejście – przynajmniej w pewnym zakresie – było już obecne w koncepcji inteligentnych specjalizacji, jednakże w praktyce podczas procesu implementacji polityki często gdzieś umykało. Działo się tak zarówno przez brak właściwego zrozumienia uwarunkowań wynikających z harmonogramu wdrażania programów finansowanych z funduszy strukturalnych (prymat wydatkowania środków), jak i z braku świadomości i gotowości poszczególnych aktorów regionalnych ekosystemów do definiowania wspólnych wyzwań i kierunków rozwojowych.

Jak zostać regionami uczącymi się?

Regiony są dziś jak nigdy gotowe do zdefiniowania własnych strategii rozwoju innowacyjnej gospodarki. Aby można było określić je mianem „uczących się”, winny oprzeć się na następujących sześciu założeniach.

Zaakceptujmy, że regiony różnią się między sobą

Po pierwsze, akceptacji, że różnią się między sobą, że znajdują się na innych poziomach rozwoju i mają różny potencjał ludzki, finansowy czy instytucjonalny, jak również swoje specyficzne problemy oraz wyzwania. Zamiast bezkrytycznego stosowania rozwiązań opracowanych w oparciu o doświadczenia krajów bardziej rozwiniętych na zasadzie one size fits all, bardziej adekwatne jest podejście zindywidualizowane, uwzględniające nie tylko twarde potencjały i słabe strony, ale także dotychczasowe podejście do polityki rozwoju, zastosowane instrumenty, przyjęte priorytety czy programy rozwojowe. Podejście to powinno opierać się w większym stopniu na wypracowanym w regionie konsensusie, odpowiadającym uwarunkowaniom regionalnym i być raczej ewolucją oraz adaptacją do zmieniających się okoliczności, uwzględniającą specyfikę i ograniczenia danego regionu.

Bądźmy świadomi własnych ograniczeń i możliwości

Po drugie, regiony powinny być świadome własnych ograniczeń i możliwości. Muszą to uwzględniać zdefiniowane cele oraz kierunki działań. Dotychczas zdobyte doświadczenia pokazują, że finansowanie badań w przedsiębiorstwach nie wszędzie musi przynieść spodziewane efekty. Nie oznacza to jednak, że nigdy nie przynosi ono pozytywnych skutków – to, co sprawdza się w Bawarii, czy nawet w Warszawie nie musi przynieść podobnych rezultatów w województwie podlaskim czy świętokrzyskim. Mamy coraz większą tego świadomość, jednak świadomość to jedno, a akceptacja tego faktu i przełożenie na praktykę to drugie. Wciąż częste jest oczekiwanie (marzenie), aby w każdym regionie była „Dolina Krzemowa”. Tymczasem taka sytuacja nie ma miejsca nawet w każdym stanie USA, z których dowolnie wybrany dysponuje przecież dużo większym potencjałem od naszych regionów.

Zrozummy, że jesteśmy w jednej drużynie

Po trzecie, poszczególni interesariusze regionalni – ze świata biznesu, nauki czy administracji – powinni zrozumieć, że w danym regionie „jadą na jednym wózku” oraz że wózek ten pojedzie tak szybko, jak pozwoli na to najsłabszy jego trybik. Zamiast więc wytykać sobie nawzajem błędy typu, że „nasi naukowcy są zbyt akademiccy, koncentrują się na nikomu niepotrzebnych badaniach”, czy że „mają puste szuflady”, pomóżmy im wspólnie te szuflady napełnić rozwiązaniami, które będą odpowiadały na nasze – społeczeństwa, samorządu czy przedsiębiorstw – potrzeby. Zamiast z kolei wypominać przedsiębiorcom, że działają w modelu podwykonawczym i nie mają potencjału do wdrażania wyników badań naukowych, spróbujmy wspólnie przezwyciężyć te bariery, dopuszczając większy poziom ryzyka, który jest immanentną cechą wkraczania na nieznane terytorium.

Poszczególni interesariusze regionalni – ze świata biznesu, nauki czy administracji – powinni zrozumieć, że w danym regionie „jadą na jednym wózku” oraz że wózek ten pojedzie tak szybko, jak pozwoli na to najsłabszy jego trybik.

Działajmy wspólnie

Po czwarte, musimy działać wspólnie. Coraz więcej z nas ma świadomość, że kluczem do dalszego rozwoju jest współdziałanie. Coraz powszechniej rozumiemy, że indywidualne wysiłki pozwalają rosnąć do pewnego poziomu i osiągnąć sukces w mikroskali, jednak nie wystarczają, by uzyskać go w szerszym ujęciu. Dzisiaj, aby dalej się rozwijać, musimy nauczyć się „wspólnie robić duże rzeczy”. To wyzwanie obserwujemy w wielu sektorach. Cieszymy się chociażby z wysokiego wskaźnika przedsiębiorczości, ale nasze przedsiębiorstwa mają problem, aby rosnąć, tj. przejść etap od kilkunastu­‑kilkudziesięciu pracowników do kilkuset lub kilu tysięcy. W nauce z kolei coraz częściej możemy pochwalić się osiągnieciami poszczególnych jednostek (naukowców), ale mamy problem, aby zwodować i wdrożyć program, który w jakimś ośrodku czy regionie pozwoli na zbudowanie unikalnych, np. w skali europejskiej, kompetencji. Jako najlepsze zobrazowanie tej tezy niech posłuży przykład wielkiej nadziei polskiej nauki i gospodarki, czyli grafenu.

Również nasze samorządy nauczyły się realizować poszczególne inwestycje wspólnie (szczególnie w dziedzinie infrastruktury), ale wciąż wyzwaniem pozostaje realizacja przedsięwzięć wymagających współpracy wielu podmiotów – czy to innych samorządów, czy to podmiotów z innych sektorów (nauki, gospodarki). Wyzwaniem jest też wreszcie przełamanie dominującego wciąż myślenia i działania w kategoriach „my­‑oni” oraz relacji hierarchicznych – „skoro zlecamy, to wymagamy”. Aby osiągać wspólne cele, realizować duże przedsięwzięcia wymagające kompetencji różnorodnych środowisk (podmiotów), musimy bowiem postawić na myślenie w kategoriach „my wspólnie”, na zasadzie relacji partnerskich (poziomych).

Aby realizować duże przedsięwzięcia wymagające kompetencji różnorodnych środowisk, musimy postawić na myślenie w kategoriach „my wspólnie”, na zasadzie relacji partnerskich (poziomych).

Wyciągajmy wnioski ze swoich i cudzych doświadczeń

Po piąte, regiony muszą nauczyć się wyciągać wnioski z własnych oraz cudzych doświadczeń oraz wykorzystywać je w procesie planowania, definiowania celów oraz implementacji strategii oraz programów – zarówno regionalnych, jak i poszczególnych interesariuszy. Wyciąganie wniosków nie oznacza koncentrowania się jedynie na tym, co się sprawdza, ale również na odcinaniu tego, co nie przynosi satysfakcjonujących efektów. Ten drugi element jest szczególnie dużym wyzwaniem w administracji publicznej, gdzie często trudno zakończyć raz rozpoczęty program czy rozwiązać powołaną instytucję zaczynającą żyć własnym życiem, konsumującą zasoby, które mogłyby być wydatkowane bardziej efektywnie. Taka swoista ewaluacja własnego rozwoju winna stać się procesem ciągłym, zaszczepionym w DNA naszych regionów.

Budujmy sieci i uczmy się od siebie

Po szóste wreszcie, musimy budować sieci i uczyć się od siebie nawzajem. Potrzebna jest nam sieć wymiany doświadczeń, dyskusji, wzajemnej inspiracji, abyśmy wszyscy mogli zmieniać się szybciej na lepsze oraz popełniać mniejszą liczbę błędów. Stymulatorem prędkości uczenia może być pewien stopień rywalizacji, porównywania się z innymi regionami. Nie odnośmy się jednak do innych polskich województw, lecz raczej do bardziej rozwiniętych regionów europejskich. Bez niepotrzebnych kompleksów wymieniajmy z nimi doświadczenia oraz budujmy sieci i relacje. Mając własną wiedzę, wnioski i propozycje w wielu obszarach, możemy być równorzędnymi partnerami definiującymi agendę pracy takich sieci. W niektórych powinniśmy być nawet liderami. Tylko w taki sposób nasze działania mają szanse być poddane realnej ewaluacji, a także zweryfikowana może być ich efektywność. Idąc tą drogą możemy wyciągać wnioski na przyszłość – koncentrować się na tym co działa i rezygnować z rzeczy, które się nie sprawdzają.

Skip to content