Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

W kierunku uczących się regionów

Pobierz PDF

Patrząc na drogę jaką przeszliśmy przez ostatnie dwie dekady oraz na miejsce, w jakim dziś się znajdujemy, musimy stwierdzić, że na przestrzeni lat odnieśliśmy znaczący sukces społeczno­‑gospodarczy. Sukces, który nie jest jedynie naszą intuicją czy zaklinaniem rzeczywistości, lecz który możemy zmierzyć za pomocą obiektywnych wskaźników i niepodważalnych narzędzi analitycznych.

Sukces, na który nadal musimy pracować

Zapracowaliśmy na niego niewątpliwie my wszyscy. To zasługa m.in. oddolnej przedsiębiorczości, która „okrzepła” i zaczęła skutecznie wchodzić w międzynarodowe łańcuchy wartości oraz zdobywać przyczółki na rynkach zagranicznych. To konsekwencja wysiłku milionów pracowników, którzy inwestowali w swoją edukację, pracowali na dwa etaty, często za relatywnie niewielkie wynagrodzenie, przyczyniając się w ten sposób do poprawy konkurencyjności (produktywności) polskiej gospodarki i przedsiębiorstw.

Nie byłoby jednak naszego sukcesu, gdyby nie otoczenie zewnętrzne. Napływ inwestycji zagranicznych w dużej mierze przyczynił się do tego, że poradziliśmy sobie z problemem bezrobocia (aktualnie jest ono najniższe w całej UE), a wprowadzane w oddziałach korporacji międzynarodowych standardy rozlewały się i systematycznie zmieniały (zmieniają!) kulturę organizacyjną krajowych przedsiębiorstw, a także innych instytucji. Dzięki funduszom strukturalnym mieliśmy środki na modernizację „twardą” (infrastruktura) i „miękką” (kapitał ludzki), a przedsiębiorstwa otrzymały zastrzyk finansowy na rozwój zaplecza, podnoszenie kwalifikacji pracowników oraz inwestycje w technologie.

Odnieśliśmy sukces, ale nie możemy spocząć na laurach, gdyż tempo rozwoju gospodarczego nie jest dane raz na zawsze. Wraz ze wzrostem relatywnego (w stosunku do lidera) poziomu PKB dalsze pomniejszanie dystansu do wiodących gospodarek jest coraz trudniejsze i coraz wolniejsze. Ponadto wraz z poprawą warunków życia rosną również nasze aspiracje. Wielu młodych ludzi nie zadowala dziś już wizja „jakiejkolwiek pracy”, ale od pracodawców oczekują oni warunków, które będą dawały im – oprócz dochodów pozwalających na przyzwoite życie – również satysfakcję i poczucie sensu. Wreszcie, należy zauważyć, że świat się nie zatrzymał i również idzie do przodu, zmienia się, rekonfiguruje w układzie globalnym. Aby nadążyć za zmianami, my także musimy iść dalej.

W drugiej połowie XX wieku, również w okresie transformacji ustrojowej, a nawet wtedy, gdy wstępowaliśmy do Unii Europejskiej, nasz cel były jasno określony – dogonić kraje Europy Zachodniej pod względem PKB i jakości życia, utożsamianej często z poziomem zamożności. Od tego czasu świat się zmienił – doszły nowe wyzwania: klimat, zdrowie, demografia. Z naszej perspektywy nie „unieważniły” one zupełnie poprzednich, tj. potrzeby dogonienia lepiej rozwiniętych. Musimy więc, wciąż mierząc się z dotychczasowymi wyzwaniami, stawiać sobie cele odpowiadające także na te nowe.

Na naszej drodze rozwoju popełniliśmy też mnóstwo błędów – zbudowaliśmy trochę „białych słoni”, „przepaliliśmy” miliony złotych (lub euro), nauczyliśmy się również, że wiele mechanizmów… nie działa, a przynajmniej nie działa tak, jak zakładaliśmy. W szczególności zrozumieliśmy, że tzw. dobre praktyki, które sprawdzają się w jednych warunkach (np. w Bawarii, Paryżu czy Helsinkach), niekoniecznie przynoszą takie same efekty w Polsce, na Pomorzu, Podkarpaciu czy w Poznaniu. Te same rozwiązania w innym otoczeniu pod względem m.in. charakterystyki przedsiębiorstw, kultury biznesu, sprawności administracji czy potencjału naukowego – mogą po prostu nie zadziałać.

Przez ostatnie lata zrozumieliśmy, że tzw. dobre praktyki, które sprawdzają się na Zachodzie, niekoniecznie przynoszą takie same efekty w Polsce. Te same rozwiązania w innym otoczeniu pod względem m.in. charakterystyki przedsiębiorstw, kultury biznesu, sprawności administracji czy potencjału naukowego – mogą po prostu nie zadziałać.

Znajdźmy własną drogę

Patrząc z perspektywy gospodarki – jej innowacyjności, konkurencyjności oraz wspierających je polityk, polskie regiony zdobyły w ostatnich dwóch dekadach swoje własne, cenne doświadczenia. Przeszły one długą drogę i były świadkami różnych koncepcji – od regionalnej strategii innowacji, poprzez klastry, aż po inteligentne specjalizacje. Koncepcje te w dużej mierze inspirowane były receptami stosowanymi wcześniej w krajach Europy Zachodniej. Przychodziły one do nas jako swoiste rozwiązania instytucjonalne implementowane jako element szerszego procesu integracji Polski w ramach Unii Europejskiej.

Każdy z tych etapów niósł nowe doświadczenia – czasem pozytywne, a niekiedy rozczarowujące i pozostawiające niedosyt. Wartością procesu, który przeszliśmy jest to, czego doświadczyliśmy i jakie wnioski możemy wyciągnąć na przyszłość. Znajdujemy się w innym miejscu zarówno, jeśli chodzi o miejsce na drabinie rozwoju, uwarunkowania i wyzwania, które przed nami stoją, jak również jeśli chodzi o samoświadomość własnej sytuacji poszczególnych interesariuszy.

Powszechniejsza jest również świadomość, że droga naśladownictwa nie wystarczy. Jeśli chcemy dołączyć do najwyżej rozwiniętych gospodarek, musimy spróbować przeobrazić się z roli naśladowcy w pozycję pioniera – kogoś, kto sam kreuje nowe ścieżki, wyznacza cel i znajduje sposób, aby go osiągnąć, mobilizując do tego odpowiednie środki i kompetencje. Dzisiaj stoimy przed takim właśnie wyzwaniem i nie ma znaczenia, że moglibyśmy jeszcze trochę „pojechać” na dotychczasowym silniku (obecnym modelu rozwoju). Jest on już coraz bardziej zużyty i będzie nas stopniowo ciągnął w dół.

Jeśli chcemy dołączyć do najwyżej rozwiniętych gospodarek, musimy spróbować przeobrazić się z roli naśladowcy w pozycję pioniera – kogoś, kto sam kreuje nowe drogi, sam wyznacza cel i znajduje sposób, aby go osiągnąć.

Nasza ścieżka rozwoju powinna być oparta o własne zasoby, silne strony oraz indywidualny pomysł na siebie. Te z kolei często różnicują się na płaszczyźnie krajowej, ale również i regionalnej. Województwo podkarpackie czy lubelskie posiadają niewątpliwe inne silne strony niż Pomorze, podobnie rzecz ma się z Mazowszem, mającym inne auty niż Warmia i Mazury.

Nie wpaść w sidła krótkowzroczności

Przed nami kolejna perspektywa budżetowa UE, w ramach której Polska jako kraj oraz jej poszczególne regiony uzyskają znaczące wsparcie finansowe w obszarze unijnej polityki strukturalnej. Podobną szansę stwarza Funduszu Odbudowy – instrument z budżetem 750 mld euro, ukierunkowany na stymulowanie ożywienia gospodarczego, z którego do naszego kraju w najbliższych 7 latach może trafić nawet 58 mld euro.

Istnieje jednak ryzyko, że zamiast rozważnych inwestycji służących transformacji gospodarki w kierunku bardziej ekologicznej, innowacyjnej, „odnawialnej” oraz budowy polityki wspierającej ten proces, skończymy jako kraj „zasypujący” bieżące problemy „łatwymi” pieniędzmi. Będzie to pułapka tym większa, im większa będzie pokusa – rozumiana jako skala i łatwość pozyskania środków.

Aby nie wpaść w sidła krótkowzroczności, musimy nauczyć się krytycznego myślenia o naszym rozwoju. Nie wystarczy – odwołując się do istniejącej nomenklatury – aby region był inteligentny czy smart. Musi on być regionem uczącym się, wyciągającym wnioski z przeszłości, zmieniającym się pod wpływem własnych doświadczeń, potrzeb wewnętrznych oraz adaptującym się do własnych możliwości, a także bodźców płynących z otoczenia, w którym funkcjonuje i z którym wchodzi w interakcje.

Potrzebujemy regionów uczących się, wyciągających wnioski z przeszłości, zmieniających się pod wpływem własnych doświadczeń i potrzeb wewnętrznych oraz adaptujących się do własnych możliwości, a także bodźców płynących z otoczenia, w którym funkcjonują i z którym wchodzą w interakcje.

Takie podejście – przynajmniej w pewnym zakresie – było już obecne w koncepcji inteligentnych specjalizacji, jednakże w praktyce podczas procesu implementacji polityki często gdzieś umykało. Działo się tak zarówno przez brak właściwego zrozumienia uwarunkowań wynikających z harmonogramu wdrażania programów finansowanych z funduszy strukturalnych (prymat wydatkowania środków), jak i z braku świadomości i gotowości poszczególnych aktorów regionalnych ekosystemów do definiowania wspólnych wyzwań i kierunków rozwojowych.

Jak zostać regionami uczącymi się?

Regiony są dziś jak nigdy gotowe do zdefiniowania własnych strategii rozwoju innowacyjnej gospodarki. Aby można było określić je mianem „uczących się”, winny oprzeć się na następujących sześciu założeniach.

Zaakceptujmy, że regiony różnią się między sobą

Po pierwsze, akceptacji, że różnią się między sobą, że znajdują się na innych poziomach rozwoju i mają różny potencjał ludzki, finansowy czy instytucjonalny, jak również swoje specyficzne problemy oraz wyzwania. Zamiast bezkrytycznego stosowania rozwiązań opracowanych w oparciu o doświadczenia krajów bardziej rozwiniętych na zasadzie one size fits all, bardziej adekwatne jest podejście zindywidualizowane, uwzględniające nie tylko twarde potencjały i słabe strony, ale także dotychczasowe podejście do polityki rozwoju, zastosowane instrumenty, przyjęte priorytety czy programy rozwojowe. Podejście to powinno opierać się w większym stopniu na wypracowanym w regionie konsensusie, odpowiadającym uwarunkowaniom regionalnym i być raczej ewolucją oraz adaptacją do zmieniających się okoliczności, uwzględniającą specyfikę i ograniczenia danego regionu.

Bądźmy świadomi własnych ograniczeń i możliwości

Po drugie, regiony powinny być świadome własnych ograniczeń i możliwości. Muszą to uwzględniać zdefiniowane cele oraz kierunki działań. Dotychczas zdobyte doświadczenia pokazują, że finansowanie badań w przedsiębiorstwach nie wszędzie musi przynieść spodziewane efekty. Nie oznacza to jednak, że nigdy nie przynosi ono pozytywnych skutków – to, co sprawdza się w Bawarii, czy nawet w Warszawie nie musi przynieść podobnych rezultatów w województwie podlaskim czy świętokrzyskim. Mamy coraz większą tego świadomość, jednak świadomość to jedno, a akceptacja tego faktu i przełożenie na praktykę to drugie. Wciąż częste jest oczekiwanie (marzenie), aby w każdym regionie była „Dolina Krzemowa”. Tymczasem taka sytuacja nie ma miejsca nawet w każdym stanie USA, z których dowolnie wybrany dysponuje przecież dużo większym potencjałem od naszych regionów.

Zrozummy, że jesteśmy w jednej drużynie

Po trzecie, poszczególni interesariusze regionalni – ze świata biznesu, nauki czy administracji – powinni zrozumieć, że w danym regionie „jadą na jednym wózku” oraz że wózek ten pojedzie tak szybko, jak pozwoli na to najsłabszy jego trybik. Zamiast więc wytykać sobie nawzajem błędy typu, że „nasi naukowcy są zbyt akademiccy, koncentrują się na nikomu niepotrzebnych badaniach”, czy że „mają puste szuflady”, pomóżmy im wspólnie te szuflady napełnić rozwiązaniami, które będą odpowiadały na nasze – społeczeństwa, samorządu czy przedsiębiorstw – potrzeby. Zamiast z kolei wypominać przedsiębiorcom, że działają w modelu podwykonawczym i nie mają potencjału do wdrażania wyników badań naukowych, spróbujmy wspólnie przezwyciężyć te bariery, dopuszczając większy poziom ryzyka, który jest immanentną cechą wkraczania na nieznane terytorium.

Poszczególni interesariusze regionalni – ze świata biznesu, nauki czy administracji – powinni zrozumieć, że w danym regionie „jadą na jednym wózku” oraz że wózek ten pojedzie tak szybko, jak pozwoli na to najsłabszy jego trybik.

Działajmy wspólnie

Po czwarte, musimy działać wspólnie. Coraz więcej z nas ma świadomość, że kluczem do dalszego rozwoju jest współdziałanie. Coraz powszechniej rozumiemy, że indywidualne wysiłki pozwalają rosnąć do pewnego poziomu i osiągnąć sukces w mikroskali, jednak nie wystarczają, by uzyskać go w szerszym ujęciu. Dzisiaj, aby dalej się rozwijać, musimy nauczyć się „wspólnie robić duże rzeczy”. To wyzwanie obserwujemy w wielu sektorach. Cieszymy się chociażby z wysokiego wskaźnika przedsiębiorczości, ale nasze przedsiębiorstwa mają problem, aby rosnąć, tj. przejść etap od kilkunastu­‑kilkudziesięciu pracowników do kilkuset lub kilu tysięcy. W nauce z kolei coraz częściej możemy pochwalić się osiągnieciami poszczególnych jednostek (naukowców), ale mamy problem, aby zwodować i wdrożyć program, który w jakimś ośrodku czy regionie pozwoli na zbudowanie unikalnych, np. w skali europejskiej, kompetencji. Jako najlepsze zobrazowanie tej tezy niech posłuży przykład wielkiej nadziei polskiej nauki i gospodarki, czyli grafenu.

Również nasze samorządy nauczyły się realizować poszczególne inwestycje wspólnie (szczególnie w dziedzinie infrastruktury), ale wciąż wyzwaniem pozostaje realizacja przedsięwzięć wymagających współpracy wielu podmiotów – czy to innych samorządów, czy to podmiotów z innych sektorów (nauki, gospodarki). Wyzwaniem jest też wreszcie przełamanie dominującego wciąż myślenia i działania w kategoriach „my­‑oni” oraz relacji hierarchicznych – „skoro zlecamy, to wymagamy”. Aby osiągać wspólne cele, realizować duże przedsięwzięcia wymagające kompetencji różnorodnych środowisk (podmiotów), musimy bowiem postawić na myślenie w kategoriach „my wspólnie”, na zasadzie relacji partnerskich (poziomych).

Aby realizować duże przedsięwzięcia wymagające kompetencji różnorodnych środowisk, musimy postawić na myślenie w kategoriach „my wspólnie”, na zasadzie relacji partnerskich (poziomych).

Wyciągajmy wnioski ze swoich i cudzych doświadczeń

Po piąte, regiony muszą nauczyć się wyciągać wnioski z własnych oraz cudzych doświadczeń oraz wykorzystywać je w procesie planowania, definiowania celów oraz implementacji strategii oraz programów – zarówno regionalnych, jak i poszczególnych interesariuszy. Wyciąganie wniosków nie oznacza koncentrowania się jedynie na tym, co się sprawdza, ale również na odcinaniu tego, co nie przynosi satysfakcjonujących efektów. Ten drugi element jest szczególnie dużym wyzwaniem w administracji publicznej, gdzie często trudno zakończyć raz rozpoczęty program czy rozwiązać powołaną instytucję zaczynającą żyć własnym życiem, konsumującą zasoby, które mogłyby być wydatkowane bardziej efektywnie. Taka swoista ewaluacja własnego rozwoju winna stać się procesem ciągłym, zaszczepionym w DNA naszych regionów.

Budujmy sieci i uczmy się od siebie

Po szóste wreszcie, musimy budować sieci i uczyć się od siebie nawzajem. Potrzebna jest nam sieć wymiany doświadczeń, dyskusji, wzajemnej inspiracji, abyśmy wszyscy mogli zmieniać się szybciej na lepsze oraz popełniać mniejszą liczbę błędów. Stymulatorem prędkości uczenia może być pewien stopień rywalizacji, porównywania się z innymi regionami. Nie odnośmy się jednak do innych polskich województw, lecz raczej do bardziej rozwiniętych regionów europejskich. Bez niepotrzebnych kompleksów wymieniajmy z nimi doświadczenia oraz budujmy sieci i relacje. Mając własną wiedzę, wnioski i propozycje w wielu obszarach, możemy być równorzędnymi partnerami definiującymi agendę pracy takich sieci. W niektórych powinniśmy być nawet liderami. Tylko w taki sposób nasze działania mają szanse być poddane realnej ewaluacji, a także zweryfikowana może być ich efektywność. Idąc tą drogą możemy wyciągać wnioski na przyszłość – koncentrować się na tym co działa i rezygnować z rzeczy, które się nie sprawdzają.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Pandemia zakorzeniła e‑migrantów za granicą

Pobierz PDF

Rozmowę prowadzi Marcin Wandałowski – redaktor prowadzący „Pomorskiego Przeglądu Gospodarczego”.

Niedawno Muzeum Emigracji w Gdyni przedstawiło wyniki drugiej edycji badań poświęconych polskim emigrantom technologicznym. Zanim przejdziemy do najciekawszych wniosków, zacznijmy może od tego, w jaki sposób zdefiniować tę grupę.

ST: Polską diasporę technologiczną stanowią Polacy, a także osoby polskiego pochodzenia, które są zatrudnione poza granicami naszego kraju w nowoczesnych sektorach gospodarki – tam, gdzie zasadniczą rolę odgrywa kapitał ludzki rozumiany jako posiadana wiedza, kompetencje, umiejętności. Są to z reguły ludzie młodzi, tudzież w średnim wieku. Zazwyczaj są oni bardzo dobrze wykształceni oraz świadomi swoich możliwości oraz celów, do których dążą.

RR: Zdefiniowanie tej grupy wcale nie jest łatwe. Prowadząc badania odwołaliśmy się do definicji OECD, w myśl której pracownicy wysoko wykwalifikowani to tacy, którzy ukończyli studia oraz ci, którzy nie posiadają takich kwalifikacji, ale są zatrudnieni w zawodzie, w którym takie wymagania są zwykle potrzebne. To bardzo istotne – sami znamy szereg e‑migrantów, którzy choć nie mają ukończonej szkoły wyższej, to są chociażby świetnej klasy programistami.

Reprezentantów polskiej diaspory technologicznej określiłbym jako w zdecydowanej większości indywidualistów, nastawionych na swój rozwój zawodowy i osobisty. To osoby, które podchodzą do życia bez kompleksów i świetnie odnajdują się na zagranicznych rynkach pracy. Posiadają bardzo pożądane w realiach współczesnej gospodarki kwalifikacje, które pozwalają im pracować niemalże w każdym zakątku świata – czy to w Polsce, czy w Europie Zachodniej czy w Stanach Zjednoczonych. Dość powiedzieć, że wiele krajów prowadzi nawet specjalne polityki mające na celu przyciąganie do siebie tej klasy specjalistów z zagranicy.

Z Waszych obserwacji wynika, że w ich wypadku decyzja o wyemigrowaniu często wcale nie była podyktowana głównie kwestiami finansowymi…

ST: Owszem – nasze badania po raz kolejny potwierdziły, że dla e‑migrantów ważniejsze pozostają kwestie pozafinansowe, takie jak np. ciekawość świata, lepsze perspektywy zawodowe, atrakcyjniejsze możliwości rozwoju osobistego czy bardziej zrównoważony work­‑life balance. Istotne dla tych osób są też aspekty dotyczące kultury pracy, sposobu zarządzania firmą i zespołem, kwestie ochrony środowiska, jakości życia, w tym też dostępności oraz poziomu różnego rodzaju usług, np. edukacji czy ochrony zdrowia. Same zarobki natomiast nierzadko bywają porównywalne z tymi, na jakie mogliby liczyć w naszym kraju.

Dla e‑migrantów ważniejsze od samych zarobków pozostają kwestie pozafinansowe, takie jak np. ciekawość świata, lepsze perspektywy zawodowe, atrakcyjniejsze możliwości rozwoju osobistego czy bardziej zrównoważony work­‑life balance.

RR: Osoby te posiadają kompetencje, dzięki którym będą otrzymywały bardzo dobre wynagrodzenie zarówno w Polsce, jak i za granicą. Część z nich mogłaby uzyskać u nas nawet wyższy status materialny. O dokonywanych przez nich wyborach decydują jednak głównie elementy pozapłacowe, takie jak jakość życia, czy – co warte odnotowania – kultura pracy. Niektórzy respondenci wskazywali na to, że preferują pracę w zespołach o mniej hierarchicznej, a bardziej płaskiej strukturze, co jest często spotykane w organizacjach skandynawskich, ale też w Europie Zachodniej. W tego typu firmach i instytucjach mniejszy jest dystans między szefem a pracownikami, którzy z kolei mogą też liczyć na bardziej podmiotowe traktowanie.

W jakich głównie branżach pracują polscy emigranci technologiczni?

ST: Większość z nich – około 40 proc. – jest zatrudnionych w branży IT. Generalnie jednak – nie licząc tej grupy – ich rozproszenie jest bardzo duże: mamy wielu polskich specjalistów w sektorze finansów, doradztwa i consultingu, nauk ścisłych, medycyny, biotechnologii, przemysłu związanego z inżynierią, transportu, logistyki, marketingu, start‑upów, przemysłów kreatywnych czy sztuki.

RR: To rozproszenie bierze się między innymi stąd, że członkowie diaspory technologicznej to w naszym mniemaniu nie tylko te osoby, które posiadają wiedzę „twardą”, stricte ekonomiczną czy inżynierską, lecz również ci, którzy specjalizują się w wiedzy „miękkiej”, np. doradczej czy menedżerskiej. Ta druga jest przecież bardzo pożądana w wielu aspektach gospodarki, jak np. w zarządzaniu.

Członkowie diaspory technologicznej to nie tylko te osoby, które posiadają wiedzę „twardą”, stricte ekonomiczną czy inżynierską, lecz również ci, którzy specjalizują się w wiedzy „miękkiej”, np. doradczej czy menedżerskiej.

Jaki jest generalnie stereotyp polskiego e‑migranta i na ile jest on zgodny z rzeczywistością?

RR: Myśląc o statystycznym reprezentancie diaspory technologicznej, większość z nas ma przed oczami obraz młodego mężczyzny, często informatyka, trochę tzw. geeka, raczej introwertyka, dobrze wykształconego, posiadającego bogate doświadczenie zawodowe, ambitnego, inteligentnego, przykładającego dużą uwagę do swojej pracy.

Czy ten stereotyp jest prawdziwy? W pewnym sensie tak, ale nie do końca. Bez wątpienia polscy specjaliści są dziś bardzo cenieni na zagranicznych rynkach pracy. Szczególnie w branży IT są traktowani jako dobrzy fachowcy, osoby pracowite, przykładające się do zadań. Z naszych badań nie wynika jednak, że w grupie tej dominują mężczyźni – w przypadku osób biorących udział w naszych badaniach, w obu edycjach rozkład płci był niemal równomierny. Zbyt daleko idące jest też ocenianie tej grupy jako introwertyków – wielu z jej przedstawicieli to ludzie bardzo otwarci, łatwo nawiązujący kontakty, mający bogate życie towarzyskie, angażujący się w życie lokalnej społeczności itp.

No właśnie – jak reprezentanci polskiej diaspory technologicznej adaptują się do życia za granicą?

RR: Generalnie budują oni swoje relacje bardziej w oparciu o podobny światopogląd, punkt widzenia, styl życia, zainteresowania, niż o kwestie natury narodowościowej czy etnicznej. Stąd też często bardziej zżywają się z „rdzennymi” mieszkańcami krajów, w których żyją i pracują, bądź z migrantami innej narodowości. Rzadko kiedy nawiązują natomiast trwałe relacje – zarówno prywatne, jak i zawodowe – ze swoimi rodakami.

Odróżnia ich to chyba od grupy tzw. emigrantów zarobkowych…

RR: Łatwo to uzasadnić – Polacy udający się za granicę „za chlebem” chętniej integrują się ze sobą, niż z mieszkańcami kraju, do którego przyjechali często ze względu na niskie kompetencje językowe, jakie posiadają. Nie znając zbyt dobrze, a nieraz wcale, miejscowego języka, siłą rzeczy muszą ze sobą współdziałać.

E-migranci z reguły świetnie znają język kraju zamieszkania bądź język angielski, więc bariera komunikacyjna znika. Poza tym są to osoby stosunkowo łatwo adaptujące się do nowego otoczenia – nie mają one raczej problemów integracyjnych. Nieraz też bywają wspierani przez „ściągające ich” firmy zagraniczne, którym zależy na tym, by ich nowi pracownicy czuli się jak najlepiej w miejscu zamieszkania, oferując pomoc w przeprowadzce, adaptacji, znalezieniu placówek edukacyjnych dla dzieci, zatrudnienia dla małżonka itp.

Warto też dodać, że jest im łatwiej również dlatego, że przychylnie patrzy na nich miejscowe społeczeństwo, świadome tego, że osiedlający się tu e‑migranci wnoszą duży wkład w rozwój społeczno­‑gospodarczy danego państwa, regionu czy miasta.

W jaki sposób na życie i funkcjonowanie za granicą polskich emigrantów technologicznych wpłynęła pandemia?

ST: Jako że mówimy o osobach wysoko wykwalifikowanych, płynnie poruszających się w swoich środowiskach zawodowych, to nie można powiedzieć, że pandemia podcięła im mocno skrzydła. Oczywiście, sytuacja na globalnym rynku pracy stała się trudniejsza niż wcześniej, jednak obecny kryzys sprawił też, że e‑migranci mieli przez ostatnie miesiące więcej czasu na własny rozwój, podnoszenie kwalifikacji, ale także – dzięki rzadszym delegacjom, możliwości pracy zdalnej, mniejszego poziomu stresu – na złapanie lepszej równowagi work­‑life. Paradoksalnie więc, dla wielu z nich był to bardzo dobry okres.

E-migranci mieli przez ostatnie miesiące więcej czasu na własny rozwój, podnoszenie kwalifikacji, ale także – dzięki rzadszym delegacjom, możliwości pracy zdalnej, mniejszego poziomu stresu – na złapanie lepszej równowagi work­‑life. Paradoksalnie więc, dla wielu z nich był to bardzo dobry okres.

RR: Na poziomie indywidualnym polscy e‑migranci faktycznie oceniali czas pandemii pozytywnie – mogli wtedy bardziej poświęcić się rodzinie, nie trzeba było dojeżdżać do biura, można było zdobyć nowe kompetencje. Równolegle jednak w nowoczesnych branżach, gdzie praca zdalna była popularna jeszcze przed pandemią, pojawił się szereg nowych wyzwań i projektów. Znacznie wzrosło zapotrzebowanie na usługi informatyczne – z jednej strony fachowców powinno to cieszyć, lecz z drugiej oznacza to dla nich znacznie więcej pracy, co znowu w niektórych przypadkach może zaburzyć balans między życiem prywatnym a zawodowym.

Czy w ostatnim czasie coś się ruszyło w kwestii budowania współpracy z e‑migrantami?

ST: Badane przez nas osoby wskazywały na pewne oczekiwania, które ułatwiłyby im podjęcie decyzji o powrocie, jak np. ulgi podatkowe, udogodnienia dla przedsiębiorców, pomoc w znalezieniu domu czy mieszkania, ale też i miejsca pracy dla członków rodziny – szczególnie, że często są to obcokrajowcy. To konkretne oczekiwania, które można potraktować jako rekomendacje do budowania polityk na szczeblu centralnym, regionalnym czy nawet konkretnych programów dla pracodawców.

RR: Wydarzyło się raczej niewiele – wciąż jesteśmy skupieni raczej na namawianiu emigrantów technologicznych do powrotu do kraju, podczas gdy zdecydowana większość z nich nie przejawia takiej chęci, przynajmniej w perspektywie krótkoterminowej. Odnośnie samej natomiast współpracy – członkowie diaspory technologicznej wyrażają zainteresowanie budowaniem pozytywnego wizerunku Polski zagranicą, czy rozwijania współpracy z polskimi firmami, uczelniami czy organizacjami pozarządowymi. Jest to spory potencjał do wykorzystania.

Warto też zwrócić uwagę na to, że tworząc politykę współpracy z diasporą nie jest rolą państwa zarządzanie strukturami sieciowymi, które łączą jej członków z organizacjami, instytucjami czy podmiotami z Polski, lecz tworzenie warunków do budowania takiej współpracy. Takie podejście jest dziś w naszym kraju potrzebne.

Tworząc politykę współpracy z diasporą nie jest rolą państwa zarządzanie strukturami sieciowymi, które łączą jej członków z organizacjami, instytucjami czy podmiotami z Polski, lecz tworzenie warunków do budowania takiej współpracy.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Wpiąć się w globalne fale innowacji

Pobierz PDF

Więcej w najnowszym numerze Pomorskiego Thinklettera Kongresu Obywatelskiego pt. „Drogi do innowacyjnych regionów i Polski”.
Zachęcamy do zapisania się do subskrypcji.

Dlaczego niektóre społeczeństwa się bogacą, a inne nie? Co buduje sukcesy gospodarcze poszczególnych krajów, regionów i miast? Wydaje się, że jest to przede wszystkim uczestnictwo w tworzeniu i wykorzystywaniu nowych – nieistniejących lub niedostrzeganych wcześniej – wartości. Dawniej: maszyna parowa czy telegraf, obecnie: internet czy smartfon – fale innowacji technologicznych co pewien czas (i to coraz częściej) przeszywają świat. Czy Polska w jakikolwiek sposób uczestniczy w ich kreacji? Czy jesteśmy architektami choćby ułamka tych zmian? Wreszcie – czy potrafimy sprawnie adaptować nowe technologie do istniejących już branż, czyniąc je znacznie bardziej produktywnymi?

Sukcesy gospodarcze poszczególnych krajów, regionów i miast buduje przede wszystkim uczestnictwo w tworzeniu i wykorzystywaniu nowych – nieistniejących lub niedostrzeganych wcześniej – wartości.

Dziś znaczna część PKB Stanów Zjednoczonych i krajów dalekiej Azji powstaje w wyniku tworzenia i wykorzystywania nowych technologii. Europa – pod tym względem – jest daleko z tyłu. Dla całego świata sprzęt dostarczają Apple, Dell, Intel, Huawei, Samsung czy Xiaomi (Ericsson i Nokia nie odgrywają tu już istotnej roli), oprogramowanie udostępnia Google, Amazon, Alibaba oraz Microsoft. W rękach Europejczyków pozostał jeszcze przemysł samochodowy, który jednak – w dobie elektryfikacji napędów – również powoli traci swój prym względem firm z USA, Japonii, Korei Południowej i Chin. Była – ze strony Komisji Europejskiej – próba osiągnięcia przewagi w zakresie odnawialnych źródeł energii, ale (mimo znacznych subsydiów) wyścig ten został w dużej mierze przegrany na rzecz Państwa Środka. Pytanie czy podobny scenariusz nie powtórzy się z technologiami wodorowymi, na których obecnie koncentruje się zjednoczona Europa.

W technologiach globalnie dominują przedsiębiorstwa amerykańskie i dalekowschodnie. Sprzęt dostarcza Apple, Dell, Intel, Huawei, Samsung czy Xiaomi, oprogramowanie udostępnia Google, Amazon, Alibaba oraz Microsoft. Na próżno szukać tu europejskich firm.

Czy zatem polskie społeczeństwo i firmy mogą odgrywać jakąś rolę w nadawaniu tonu rozwojowego świata, a tym samym budować swoje bogactwo? Jest na to pewna szansa. Od przynajmniej dekady jesteśmy znaczącymi beneficjentami globalizacji i realokacji procesów wymagających wiedzy i kompetencji. Z początku były to prace proste (choć wciąż wymagające specjalistycznych umiejętności) – takie jak księgowanie faktur czy zwykła analityka danych. Dziś jednak, istotna część młodych, wykształconych osób, pracujących w dużych polskich metropoliach tworzy wartość w coraz bardziej zaawansowanych łańcuchach globalnych, w ten czy inny sposób przykładając się do budowy nowoczesnego świata. Jak na razie tylko niewielka część tej grupy uczestniczy w procesach radykalnie redefiniujących przyszłość, ale choćby już kilka tysięcy ludzi, zaangażowanych stricte w badania i rozwój (R&D) w Intelu w Gdańsku, to dobry prognostyk.

Oczywiście, bycie częścią wielkich międzynarodowych korporacji daje nam jedynie pewną namiastkę współtworzenia rzeczywistości jutra. Ważne by również nasze uniwersytety i rodzime firmy stały się ważnymi podmiotami uczestniczącymi w kreowaniu przełomowych rozwiązań. Zadaniem ośrodków akademickich powinno być nie tylko kształcenie dobrze wykwalifikowanych kadr, ale również uczestniczenie w zaawansowanych procesach naukowych. Chęć łączenia uczelni w ramach federacji nie może być motywowana jedynie zwiększeniem subwencji ze środków publicznych czy zaoszczędzeniem na kosztach administracyjnych. Ważniejsze jest tworzenie realnych przewag naukowych w dziedzinach, gdzie są na to największe szanse i mogą powstać dobre synergie. Polskie małe i średnie firmy muszą również – w większym stopniu – stać się elementem globalnych sieci innowacji, aby dostarczać wartość w ramach szerszych międzynarodowych procesów.

Jak tego dokonać? Co zrobić, by lepiej wpiąć się w globalne łańcuchy tworzące wysoką wartość? Trzeba dobrze zidentyfikować obszary technologiczne, które mają szanse odgrywać wiodącą rolę w świecie i stworzyć dla nich dogodne warunki rozwoju. Opłaca się zmapować najlepsze ośrodki naukowe, wielkie przedsiębiorstwa, jak również firmy mniejsze, w tym start-upy z wiodących dziedzin i budować z nimi relacje oraz zachęcać do inwestowania u nas w kraju.

Polska nie posiada własnych dużych korporacji, które dostarczałyby produkty i usługi globalnie. Natomiast naszą mocną stroną jest dobrze wykształcona kadra, a także wielość i różnorodność elastycznych oraz „dobrze zaprawionych w bojach” małych i średnich firm. Pierwsze zawdzięczamy naszym post-chłopskim korzeniom i silnemu parciu na edukację. Drugie jest efektem relatywnie późnego przekształcenia ustrojowego i włączenia się do międzynarodowej gospodarki rynkowej (gdy świat był już od dekad w procesie globalizacji) oraz charakteryzującego nas dość indywidualnego podejścia, mocno zakorzenionego w polskim kodzie kulturowym.

W takich uwarunkowaniach właściwą drogą jest postawienie na ekosystemy innowacji oparte raczej na sieciach niż na hierarchiczności, które powinniśmy wpiąć w globalne łańcuchy tworzenia wartości w tych dziedzinach, które zmieniają świat. Pozwoliłoby to zachować – „potrzebny nam jak tlen do życia” – indywidualizm, a jednocześnie dokonać zbiorowego wysiłku. Yuval Noah Harari w swojej książce „Od zwierząt do bogów” stwierdza, że zwycięstwo ludzi nad innymi formami życia i zdominowanie naszej planety to głównie zasługa wytworzenia się kultury i symboli, które pozwoliły na kierunkowanie wysiłku wielkich zbiorowości ludzkich. Myśląc o budowie konkurencyjności polskiej gospodarki, a tym samym bogactwa naszego społeczeństwa, warto wziąć tę refleksję pod uwagę.

Właściwą drogą dla Polski jest postawienie na ekosystemy innowacji oparte raczej na sieciach niż na hierarchiczności, które powinniśmy wpiąć w globalne łańcuchy tworzenia wartości w tych dziedzinach, które zmieniają świat.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Polski przemysł – od strategii przetrwania do strategii rozwoju

Pobierz PDF

Rozmowę prowadzi Marcin Wandałowski – redaktor prowadzący „Pomorskiego Przeglądu Gospodarczego”.

Od lat mówi się, że polskie przedsiębiorstwa przemysłowe ulokowane są w dużej mierze pośrodku łańcucha wartości – z jednej strony nie znajdujemy się na jego początku (w fazie designu, wymyślania” nowych produktów czy usług), a z drugiej nie jesteśmy też na jego końcu (na etapie dostępu do finalnych klientów, sieci sprzedaży i dystrybucji, budowania marki), a zatem w miejscach, które cechują się największą marżowością. Nasze, środkowe ogniwo skupia się – upraszczając – na produkowaniu wyrobów na bazie powierzonej przez klientów zagranicznych dokumentacji, bez dostępu do klienta końcowego. To obszar rynkowy cechujący się niską wartością dodaną. Czy ta diagnoza – uwzględniając pewne pozytywne odchylenia od normy – jest Pana zdaniem aktualna?

Niestety, jest to jak najbardziej aktualna diagnoza. Cały czas skupiamy się na działalnościach o najniższym poziomie marżowości, a śmietankę spijają bardziej zaawansowane gospodarki, na rzecz których pracują polskie przedsiębiorstwa przemysłowe. Naszą obecną pozycję określiłbym jako bycie dużym podwykonawcą – głównie dla Niemiec, Francji oraz Skandynawii. Pełnimy rolę europejskiego odpowiednika Chin – stanowimy zaplecze produkcyjne dla firm przemysłowych z Europy Północnej i Zachodniej.

Podwykonawstwo może mieć jednak różne oblicza.

To prawda. Jako Base Group przez lata koncentrowaliśmy się na wytwarzaniu prostych wyrobów w długich seriach, natomiast teraz skupiamy się na produkcji znacznie bardziej skomplikowanych produktów w krótkich seriach. Staramy się, by portfolio wytwarzanych przez nas wyrobów było bardziej zróżnicowane. Podobną strategię przyjmuje również wiele innych polskich firm przemysłowych. To nie dziwi, gdyż na tym poletku jesteśmy w stanie wygrywać z Azją – raz, że jesteśmy bliżej rynku zbytu, a dwa, że potrafimy szybko i elastycznie dostosować się do zmieniającego się popytu. Dodatkowym atutem jest to, że pochodzimy z tego samego kręgu kulturowego, co nasi klienci. Daleki Wschód specjalizuje się natomiast w wykonywaniu produktów długoseryjnych, które wędrują później do Europy przez 20‑30 dni, w zależności od środka transportu.

Polskie firmy przemysłowe są w stanie wygrywać z azjatyckimi na polu wytwarzania zróżnicowanych, nieraz bardziej skomplikowanych produktów w krótkich seriach. Raz, że przedsiębiorstwa te są bliżej rynku zbytu, a dwa, że potrafią szybko i elastycznie dostosować się do zmieniającego się popytu.

Można zatem powiedzieć, że przesuwamy się z podwykonawstwa prostego i masowego do wysokospecjalistycznego i krótkoseryjnego?

Trudno wrzucać cały przemysł do jednego worka. Produkcja masowa, powtarzalna cały czas ma swoje bardzo istotne miejsce. Często nosi ona zresztą znamiona wysokiej innowacyjności – tak jest chociażby w przypadku wielkiej fabryki LG pod Wrocławiem, w której produkowane są baterie do samochodów elektrycznych i która ma zresztą ogromny wpływ na wyniki polskiego eksportu.

Zauważam jednak, że coraz więcej małych i średnich przedsiębiorstw przemysłowych wyspecjalizowało się w dostarczaniu klientom krótkich i zróżnicowanych serii produktów. Często jest tak, że są one zamawiane właśnie w Polsce, Czechach, Słowacji czy na Węgrzech.

Tego typu podwykonawstwo nadal nie należy jednak do najbardziej marżowych ogniw łańcucha wartości. Tymczasem w państwach Europy Środkowo­‑Wschodniej następuje dziś bardzo szybki wzrost płac. Czy nie jest tak, że nasz przemysł ratuje dziś sytuacja geopolityczna, sprawiająca że przeniesienie produkcji do Białorusi czy na Ukrainę wiązałoby się z ogromnym ryzykiem?

Niewątpliwie tak jest – gdyby nie to, znaczna część środkowoeuropejskiego przemysłu przeniosłaby się na wschód. Z naszej perspektywy obecna sytuacja geopolityczna – choć bardzo przykra dla Białorusinów czy Ukraińców – jest korzystna. Do polskich firm napływa cała rzesza pracowników zza Bugu, która wypełnia luki na naszym rynku pracy. Gdy sytuacja za wschodnią granicą się uspokoi, wiele naszych przedsiębiorstw przemysłowych może mieć problem – produkcja prostsza, bardziej pracochłonna na pewno będzie chciała się z Polski wynieść. Ukraina to przecież ponad 40 mln ludzi, Białoruś to prawie 10 mln – jest tam wielu specjalistów, którzy za swoją pracę będą oczekiwali znacznie niższego wynagrodzenia niż w Polsce.

Do polskich firm napływa cała rzesza pracowników zza Bugu, która wypełnia luki na naszym rynku pracy. Gdy sytuacja za wschodnią granicą się uspokoi, wiele naszych przedsiębiorstw przemysłowych może mieć problem – produkcja prostsza, bardziej pracochłonna na pewno będzie chciała się z Polski wynieść.

Dlatego też strategią wielu polskich firm przemysłowych, w tym m.in. Base Group, jest rozszerzanie zakresu swoich usług, dostarczanie coraz większej wartości dodanej dla klientów. Pozwala nam to na uzasadnienie wyższych poziomów cenowych, co pomaga przetrwać w sytuacji wysokiej presji wzrostu wynagrodzeń.

Na czym polega to rozszerzanie wachlarza świadczonych usług?

Generalnie chodzi o to, by dać klientowi to, czego u większości naszych konkurentów nie dostanie. W naszym przypadku nie tylko zatem spawamy konstrukcje, ale też oferujemy montaż i testy urządzeń przed ich wysyłką do docelowego odbiorcy, a także staramy się o jak najlepszą obsługę partnera, chociażby wspierając jego proces projektowania maszyn. Cały czas pozostajemy zatem podwykonawcą – produkujemy wyroby według dokumentacji klienta i to on ma ostateczny dostęp do rynku. Ma on jednak świadomość, że wybierając nas, pod jednym adresem otrzyma szeroki zakres usług. Staramy się wyróżnić właśnie tym, a nie jest to proste, bo działamy na rynku konkurencji doskonałej, na którym rządzi wyłącznie cena.

Mam wrażenie, że taka droga jest strategią utrzymania się na rynku, przetrwania na nim. Co natomiast zrobić, by realnie awansować w łańcuchu tworzenia wartości dodanej – czy pójść bardziej w kierunku projektowania, „wymyślania” produktów, czy może w stronę walki o bezpośredni dostęp do klienta?

W przemyśle trzeba zacząć od produktu – jeśli będzie on dobry, to obroni się na rynku i dystrybutorzy zrobią wiele, by móc go sprzedać. Producent w późniejszej fazie będzie mógł kupić dystrybucję, a zatem – bezpośredni kontakt do klienta.

Pomysł na produkt nie powinien wyjść jednak od klienta, który przecież najlepiej wie, czego potrzebuje?

W tak szybko zmieniającym się świecie jest to strategia dość ryzykowna. Gdy najpierw pójdziemy do klienta, zapytamy czego on chce i zaczniemy pracować nad produktem – a to przecież spokojnie 1‑2 lata pracy – w międzyczasie mogą zmienić się okoliczności, klient może zredefiniować swoje preferencje, a my zmarnujemy tylko swój czas i pieniądze. Osobiście zdecydowanie poszedłbym w stronę zaproponowania własnego produktu – najlepiej żeby był on na rynku monopolem, by dawał rozwiązania, jakich nikt inny nie da. Taki produkt, bądź usługa musi oczywiście rozwiązywać konkretny problem potencjalnego klienta.

Jako Base Group chcecie iść tą ścieżką?

Jak wspominałem, w tym momencie nadal jesteśmy podwykonawcami, lecz staramy się, by miało ono jak najbardziej zaawansowany charakter. Jako że myślimy o biznesie długofalowo, widzimy że rosnące płace i bardzo niekorzystna demografia wymuszają na nas jak największą automatyzację procesów. Nasza koncepcja opiera się na tym, by dalej automatyzować naszą produkcję na własne potrzeby, a później – gdy opracujemy unikatowe rozwiązania na rynku maszyn produkcyjnych – wyjść na rynek z tym przetestowanym, sprawdzonym „w boju” rozwiązaniem. Gdy już będziemy mieli maszynę, którą sami wymyśliliśmy, zmontowaliśmy, udoskonaliliśmy, będzie to know­‑how, które będziemy mogli sprzedawać.

Widzimy, że rosnące płace i bardzo niekorzystna demografia wymuszają na nas jak największą automatyzację procesów. Nasza koncepcja opiera się na tym, by dalej automatyzować naszą produkcję na własne potrzeby, a później – gdy opracujemy unikatowe rozwiązania na rynku maszyn produkcyjnych – wyjść na rynek z tym przetestowanym, sprawdzonym „w boju” rozwiązaniem.

Wierzę, że w ten sposób możemy zwojować świat i znaleźć dla siebie miejsce we fragmencie łańcucha wartości, w którym następuje projektowanie produktów bądź usług, ich produkcja lub dostarczanie oraz obsługa posprzedażowa. Byłaby to więc ewolucja, która po pewnym czasie przerodziłaby się w rewolucję.

To najlepsza droga awansu w łańcuchu wartości dla małych polskich firm przemysłowych?

Drogi mogą być różne, ta akurat najlepiej pasuje pod nas. Dla przykładu, jeśli ktoś na podwykonawstwie zarobił bardzo dużo i ma wolne środki finansowe, to może od razu wejść w fazę rewolucji – zamknąć dotychczasowy biznes i otworzyć nowy, oparty na innowacyjnym, radykalnym pomyśle. Czyli chociażby kupić czy opracować patent na jakiś produkt, a następnie zacząć go produkować i sprzedawać. Taka rewolucja jest jednak oczywiście obarczona znacznie większym ryzykiem. Jako Base Group, wychodząc ewolucyjnie z podwykonawstwa ryzykujemy znacznie mniej, bo nawet jeśli nie uda nam się finalnie sprzedać na rynku rozwiązania, które ułatwi nam procesy wewnątrz firmy, to i tak usprawnimy naszą produkcję, nie będąc zmuszonymi do zamykania biznesu.

Inną drogą awansu – przy założeniu posiadania nadwyżek finansowych – jest kupno firmy z innowacyjnym know­‑how. Może to następować w formie integracji pionowej (np. zakup swojego klienta czy dostawcy).

Skupmy się jednak na pierwszej ze ścieżek, którą podąża Base Group. Czego najbardziej potrzeba, by móc stworzyć własny, autorski produkt? Gdyby było to takie proste, tą drogą podążałoby zapewne wiele polskich firm…

Zacznę od przykładu polskiej branży IT, która ma silną, globalną markę, w której pracują światowej klasy specjaliści, która jest w stanie tworzyć innowacyjne rozwiązania, po które zgłaszają się klienci z całego świata. Nie byłoby tej pięknej historii gdyby nie kadry – świetnie wykształceni absolwenci uczelni technicznych, ale też, patrząc wstecz, tradycje matematyczne, których uosobieniem jest chociażby słynna lwowska szkoła matematyczna. Jesteśmy dobrzy w IT dlatego, że mamy tu dobrych ludzi – a to możliwe dzięki solidnej „podbudowie” merytorycznej.

Tego samego nie można natomiast niestety powiedzieć o polskim świecie przemysłu – bardzo cierpimy na brak odpowiedniej kadry technicznej. Widzę to z własnej perspektywy – często szukamy na rynku pracy konstruktorów czy technologów i dobrych specjalistów jest jak na lekarstwo. W IT można znaleźć ludzi, tylko trzeba im zapłacić, natomiast w przemyśle jest trudno o wysokiej jakości specjalistę, nawet oferując naprawdę dobre pieniądze.

Brakuje przede wszystkim doświadczonych specjalistów – a niestety w przemyśle, przy konstruowaniu różnych urządzeń, doświadczenie jest bardzo ważne. Taka sytuacja jest bezpośrednio związana z upadkiem polskiego przemysłu, jaki miał miejsce w latach 90. Mamy na rynku pracy grupę 50‑60‑latków, którzy kończyli studia w latach 80‑90., w czasach silnej jeszcze kultury przemysłowej, a później jest dziura. Dobrych, 40‑letnich inżynierów jest na naszym rynku bardzo mało.

W IT, które Pan przywoływał, niedobór kadr także jest ogromny. Dlatego też w ostatnim czasie rozwinęło się wiele prywatnych akademii programowania, które przekwalifikowują chętnych do pracy w tej branży. W przemyśle nie ma na to szans?

Obawiam się, że trudno byłoby w takich warunkach wykształcić klasowego inżyniera. Szczególnie, że obecnie przemysł rozwija się w kierunku łączenia hardware’u z software’em – czyli maszyn, konstrukcji stalowych etc. z informatyczną „obudową” tych urządzeń. Dziś zarabia się bowiem na danych, na tym, że poszczególne maszyny są podłączone do różnych systemów. Potrzebujemy zatem kadr zarówno mocnych od strony „twardej”, konstruktorskiej, gdzie jeszcze nie jest najgorzej oraz specjalistów z zakresu przemysłowego IT, których na rynku pracy jest naprawdę bardzo niewielu. Dodatkowo – jak wspominałem – dobry inżynier potrzebuje nie tylko dobrej edukacji, ale przede wszystkim doświadczenia w realizacji złożonych projektów.

Obecnie przemysł rozwija się w kierunku łączenia hardware’u z software’em – czyli maszyn, konstrukcji stalowych etc. z informatyczną „obudową” tych urządzeń. Potrzebujemy zatem kadr zarówno mocnych od strony „twardej”, konstruktorskiej oraz specjalistów z zakresu przemysłowego IT.

Innymi słowy – potrzebujemy specjalistów, którzy odnajdą się w świecie przemysłu 4.0…

Zgadza się. Termin ten został zresztą ukuty po raz pierwszy 10 lat temu w Niemczech. Nasi zachodni sąsiedzi zaczęli budowę przemysłu nowej generacji właśnie od przygotowania kadr, od systemu kształcenia, którego celem było to, by inżynier umiał się odnaleźć w aplikacjach IT, aby potrafił je na potrzeby funkcjonowania maszyn opracować i wdrożyć.

Sam niejednokrotnie uczestniczyłem w targach odbywających się w Niemczech i na własne oczy widziałem, jak wiele osób ma tam doświadczenie w pracy zarówno jako inżynier produkcji, jak i inżynier w działach IT. Tacy specjaliści są w stanie projektować i obsługiwać maszyny z wykorzystaniem systemów informatycznych. U nas takich ludzi jest bardzo mało, jesteśmy na początku drogi. Gdyby udało się nadrobić ten dystans, ogromnie wzrosłyby możliwości projektowania, produkowania i sprzedawania nowoczesnych rozwiązań przemysłowych przez polskie firmy.

Mamy już jakieś jaskółki, które mogą uczynić wiosnę?

Jest w Polsce kilkanaście małych i średnich firm, które oferują świetnej jakości maszyny do automatyzacji, mechanizacji produkcji. Wykonują one zlecenia dla globalnych koncernów, których rezultaty są później dostarczane praktycznie na całym świecie. Znalazłbym bez problemu kilka niszowych obszarów, w których nasze przedsiębiorstwa wyznaczają standardy. Trudno to jednak porównać chociażby do gospodarki niemieckiej, która jest oparta na tysiącach takich małych i średnich firm (Mittelstand).

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Sytuacja gospodarcza województwa pomorskiego w I kwartale 2021 r.

Pobierz PDF

Koniunktura gospodarcza

Globalna gospodarka wstaje z kolan po kryzysie wywołanym przez pandemię koronawirusa. Mimo to znaczny pozostaje jednak poziom niepewności. Dobrze obrazuje to raport Banku Światowego z samego początku roku, z którego wynika, że w 2021 r. globalny wzrost PKB sięgnie 4,0 proc., choć w wypadku, gdyby nastąpiło nasilenie pandemii, może on zostać zredukowany do 1,6 proc. Jeśli natomiast udałoby nam się lepiej i efektywniej kontrolować epidemię, a w dodatku na szeroką skalę ruszyłaby akcja szczepień, poziom wzrostu może sięgnąć nawet 5,0 proc. Jak widać – zarysowuje się generalnie pozytywny trend wychodzenia z kryzysu, jednak oszacowanie jego tempa jest zależne od tak wielu niepewnych czynników, że przypomina dziś trochę wróżenie z fusów1.

Początek 2021 r. to okres, w którym Europa nadal bardzo poważnie odczuwała skutki pandemii. Mimo to, według szacunków Eurostatu, europejska gospodarka znajduje się już na drodze do wyjścia z obecnego kryzysu – prognozowany wzrost PKB gospodarki UE ma w 2021 r. wynieść 3,7 proc., natomiast w kolejnym roku 3,9 proc. To bardzo zbliżone tempo do szacowanej dynamiki wzrostu PKB w gospodarce strefy euro, w której zarówno w 2021, jak i 2022 r. spodziewany jest wzrost rzędu 3,8 proc. Prognozy te są zarazem znacznie bardziej optymistyczne, niż szacunki Eurostatu z jesieni ub.r. To, co pozostaje niezmienne, to przewidywania, że polska gospodarka będzie należała do najszybciej odbudowujących się, z tempem wzrostu PKB rzędu ponad 5,0 proc. rocznie2.

W I kwartale br. Polska zmagała się z tzw. trzecią falą koronawirusa, czego konsekwencją było zamykanie bądź ograniczanie działalności wielu sektorów gospodarki. Główny Urząd Statystyczny oszacował, że PKB w tym okresie zmniejszył się o 0,9 proc. w ujęciu rok do roku. W tym samym czasie inwestycje wzrosły o 1,3 proc. rdr., konsumpcja prywatna – o 0,2 proc., natomiast popyt krajowy – o 1,0 proc. Dane te są zdaniem większości ekspertów „miłą niespodzianką” – szczególnym zaskoczeniem in plus jest wzrost inwestycji. Według prognoz kolejne kwartały 2021 r. powinny przynieść jeszcze lepsze wyniki. W II kwartale spodziewany jest nawet dwucyfrowy wzrost PKB w ujęciu rocznym, choć – jeżeli nastąpi – warto pamiętać, że będzie następstwem nie tylko obecnej poprawy kondycji gospodarki, ale również fatalnego II kwartału 2020 r. Jak wskazuje minister finansów, Tadeusz Kościński: „W ostatnim roku statystycznie polska gospodarka cofnęła się o dwa lata, a średnia dla Unii to było gdzieś 8‑9 lat, a niektóre kraje cofnęły się prawie 20 lat. To nas pozycjonuje bardzo dobrze na wyjściu z pandemii”3.

Analizując wskaźnik bieżącej ogólnej sytuacji przedsiębiorstw za I kwartał 2021 r. widać, że w oczach pomorskich przedsiębiorców najgorszy czas już za nimi. Wydaje się, że w niektórych branżach sytuacja wraca nawet do stanu przedpandemicznej „normalności”. Świadczyć może o tym m.in. to, że w trzech spośród siedmiu analizowanych przez GUS branż omawiany indeks był na Pomorzu pod koniec I kwartału br. „na plusie”. Chodzi konkretniej o sektory: informacji i komunikacji (+60,9 pkt., będący najwyższą wartością wskaźnika od co najmniej 10 lat, co jest związane chociażby z dynamicznym rozwojem e‑commerce, czy z przenoszeniem do wirtualnego świata coraz to kolejnych procesów – m.in. w biznesie czy administracji), przetwórstwa przemysłowego (+8,1 pkt.) oraz handlu hurtowego (+4,2 pkt.).

Z kolei w pozostałych czterech sektorach pomorscy przedsiębiorcy oceniali swoją bieżącą sytuację w większości negatywnie. W największym stopniu dotyczyło to sektora zakwaterowania i usług gastronomicznych (–25,7 pkt. w marcu br., co jednak można do pewnego stopnia usprawiedliwić sezonowym charakterem branży), transportu i gospodarki magazynowej (–11,5 pkt., co było drugim najlepszym wynikiem od początku pandemii), budownictwa (–7,5 pkt.) oraz handlu detalicznego (–5,0 pkt.). Jeśli chodzi o ostatnią z przytoczonych branż – marzec był już 13. miesiącem z rzędu, w którym przeważały nastroje negatywne. Nie może to jednak dziwić, mając na uwadze liczne obostrzenia, w tym także tzw. lockdowny, jakie miały miejsce w przeciągu ostatniego roku, które mocno uderzyły w przedsiębiorców z tego sektora.

Cieszy fakt, że badani z sześciu spośród siedmiu analizowanych obszarów ocenili swoją obecną sytuację lepiej niż pod koniec poprzedniego kwartału. To symptom wskazujący na to, że pomorska gospodarka wraca na właściwe tory. Największa różnica in plus dotyczyła sektorów: transportu i gospodarki magazynowej (+28,2 pkt. względem grudnia 2020 r.) informacji i komunikacji (+23,2 pkt.) oraz handlu detalicznego (+14,7 pkt.). Jedyną branżą, w której indeks bieżącej ogólnej sytuacji przedsiębiorstwa był niższy niż w grudniu ub.r. było zakwaterowanie i usługi gastronomiczne (–14,5 pkt.), co jednak – jak wspominaliśmy – wiązać się może z tym, że w pierwszych miesiącach roku Pomorze nie może raczej liczyć na szeroki napływ turystów i wczasowiczów.

Mniej korzystnie rysuje się obecna ocena swojej sytuacji gospodarczej przedsiębiorców w porównaniu do odczuć sprzed roku, gdy do Polski dopiero docierała pandemia. Wyższe niż w marcu 2020 r. wartości analizowanego wskaźnika odnotowano w trzech branżach: informacji i komunikacji (+26,9 pkt. względem marca 2020 r.), transportu i gospodarki magazynowej (+5,3 pkt.) oraz handlu hurtowego (+1,5 pkt.).
Jeśli chodzi o pozostałe sektory – największy spadek nastrojów dotyczył branży zakwaterowania i usług gastronomicznych (–26,8 pkt.). W wypadku pozostałych trzech branż, był on relatywnie niewielki i wyniósł: –3,8 pkt. w handlu detalicznym, –3,7 pkt. w budownictwie oraz –2,4 pkt. w przetwórstwie przemysłowym.

Wykres 1. Indeks bieżącej ogólnej sytuacji przedsiębiorstwa wg sektorów w województwie pomorskim w okresie od marca 2020 do marca 2021 r.

Przedział wahań wskaźnika wynosi od –100 do +100. Wartości ujemne oznaczają przewagę ocen negatywnych, dodatnie – pozytywnych.
Źródło: opracowanie IBnGR na podstawie danych GUS

Pomorscy przedsiębiorcy z sześciu spośród siedmiu analizowanych sektorów oceniali w marcu br. swoją bieżącą ogólną sytuację lepiej niż przeciętnie w kraju. W największym stopniu dotyczyło to sektora informacji i komunikacji (+34,7 pkt. względem kraju), a dalej: zakwaterowania i usług gastronomicznych (+25,8 pkt.), przetwórstwa przemysłowego (+17,9 pkt.), budownictwa (+9,7 pkt.), handlu detalicznego (+0,8 pkt.) oraz handlu hurtowego (+0,4 pkt.). Jedyny wyjątek dotyczył sektora transportu i gospodarki magazynowej (–10,6 pkt.).

Nastroje pomorskich przedsiębiorców w I kwartale br. nie odbiegały bardzo znacząco od tych, notowanych przed siedmioma laty. Jedyne znaczne odchylenia in plus dotyczyły sektora informacji i komunikacji (+27,8 pkt. względem marca 2014 r.) oraz budownictwa (+10,8 pkt.). W pozostałych pięciu sektorach różnica zamykała się w przedziale od +7,4 pkt. do –7,8 pkt. Spośród nich tylko w jednym wskaźnik bieżącej ogólnej sytuacji przedsiębiorstwa był wyższy niż w 2014 r. – mowa o handlu detalicznym. W pozostałych czterech obecne wartości indeksu były nieco niższe.

Większość pomorskich przedsiębiorców patrzy w przyszłość z niepokojem – indeks przewidywanej ogólnej sytuacji przedsiębiorstwa w pięciu spośród siedmiu badanych branż był w marcu br. „na minusie”. W największym stopniu dotyczyło to sektora transportu i gospodarki magazynowej (–9,7 pkt.), handlu hurtowego (–8,8 pkt.) oraz zakwaterowania i usług gastronomicznych (–6,7 pkt.). Największy optymizm dotyczył natomiast reprezentantów sektora informacji i komunikacji (+43,7 pkt.) oraz – w zdecydowanie mniejszym stopniu – przetwórstwa przemysłowego (+1,0 pkt.) Generalnie jednak, pomimo przeważających pesymistycznych prognoz, warto zauważyć, że w większości były one i tak raczej lepsze, niż te z poprzednich kwartałów naznaczonych pandemią.

Pocieszać może fakt, że również w pięciu spośród siedmiu analizowanych branż oceny pomorskich przedsiębiorców co do przyszłości prowadzonej działalności były bardziej optymistyczne niż przeciętnie w kraju. W największym stopniu zauważyć to można było w wypadku sektora informacji i komunikacji (+45,0 pkt. więcej niż średnio w Polsce), a także w budownictwie (+13,7 pkt.) oraz zakwaterowaniu i usługach gastronomicznych (+10,5 pkt.). Jedyne dwa sektory o nieco niższej wartości badanego indeksu to: handel hurtowy (–0,5 pkt.) oraz transport i gospodarka magazynowa (–4,9 pkt.).

Działalność przedsiębiorstw

Pod koniec I kwartału br. w województwie pomorskim zarejestrowanych było 320,7 tys. podmiotów gospodarki narodowej. W porównaniu z danymi sprzed roku, ich liczba wzrosła o około 10,5 tys. Z kolei w okresie styczeń­‑marzec br. ich liczba wzrosła o niespełna 2,0 tys.

Wykres 2. Dynamika produkcji sprzedanej, budowlano­‑montażowej i sprzedaży detalicznej w województwie pomorskim w okresie od stycznia 2018 do marca 2021 r.

Źródło: opracowanie IBnGR na podstawie danych Urzędu Statystycznego w Gdańsku

Indeks produkcji sprzedanej przemysłu był w marcu br. o 5,8 proc. wyższy niż w marcu roku 2020. W skali całego kwartału był to jednak jedyny wzrost w relacji rok do roku – wartość za styczeń była o 6,8 proc., natomiast za luty o 3,0 proc. niższa niż w analogicznym okresie poprzedniego roku. Generalnie jednak I kwartał 2021 r. to z perspektywy polskiego sektora przemysłowego okres bardzo dużego ożywienia. Wskaźnik PMI, określający koniunkturę w II sektorze na podstawie badania ankietowego wśród menedżerów logistyki przedsiębiorstw, wyniósł w marcu 54,3 pkt, co było najlepszym wynikiem od ponad trzech lat oraz czwartym wzrostem z rzędu w ujęciu miesięcznym. Choć odczyt ten był i tak niższy od spodziewanych ponad 55,0 pkt., to i tak potwierdził, że polski przemysł jest obecnie na fali wznoszącej. Warto pamiętać, że w zestawieniu tym każdy wynik powyżej 50,0 pkt. oznacza poprawę sytuacji w sektorze, natomiast poniżej – pogorszenie. Zdaniem ekspertów koniunktura w przemyśle jest dziś do tego stopnia korzystna, że polskie przedsiębiorstwa nie nadążają za popytem. Bariery ograniczające możliwości produkcyjne polskich firm są związane m.in. z niewystarczającą podażą pracowników, jak również z bardzo dużą presją kosztową. Z drugiej strony czynnikiem, który korzystnie wpływa na obecną sytuację polskiego przemysłu jest sytuacja geopolityczna, która zniechęca firmy do lokowania produkcji w znacznie tańszej od Polski Ukrainie4.

Indeks produkcji budowlano­‑montażowej był na Pomorzu przez cały I kwartał br. wyraźnie niższy niż przed rokiem – odpowiednio o: 15,1 proc. w styczniu, 34,4 proc. w lutym i 30,9 proc. w marcu. Choć podobne skurczenie – sięgające ponad 13,0 proc. – odnotowane zostało w tym czasie także w skali całej polskiej gospodarki, to zdaniem ekspertów rynek zacznie odżywać w II połowie roku. Stanie się tak w dużej mierze za sprawą inwestycji infrastrukturalnych, choć należy mieć też na uwadze bardzo dobrą sytuację sektora budownictwa mieszkaniowego. Pomimo tego, że branża budownictwa od maja ub.r. zaczęła hamować, w dużej mierze ze względu na to, że pandemia powstrzymała liczne podmioty samorządowe oraz inwestorów komercyjnych od rozpoczynania nowych projektów inwestycyjnych, to widać, że rynek budowlany, jak i firmy budowlane – w szczególności te duże – poradziły sobie z kryzysem względnie dobrze. Przedsiębiorcy z sektora są zdania, że najgorsze już za nimi5.

Do kondycji sprzed pandemii nadal nie wrócił pomorski sektor handlu detalicznego. W styczniu br. wartość indeksu sprzedaży detalicznej była niższa o 12,4 proc. niż w analogicznym okresie ub.r., a w lutym – o 5,4 proc. Bardzo wyraźny, wynoszący +30,5 proc. wzrost został natomiast odnotowany w marcu – nie świadczy on jednak raczej o spektakularnym przełamaniu negatywnego trendu, lecz jest związany z tym, że w marcu ub.r. został w Polsce wprowadzony po raz pierwszy tzw. lockdown, skutkujący wyraźnym spadkiem poziomu sprzedaży detalicznej w całej Polsce. Z kolei w skali całej polskiej gospodarki sprzedaż detaliczna wzrosła w marcu br. o 15,2 proc. w ujęciu rok do roku, co było największym skokiem od 13 lat. Największy wzrost sprzedaży detalicznej w cenach stałych w odniesieniu do marca ub.r. odnotowały podmioty handlujące tekstyliami, odzieżą, obuwiem (o 93,0% wobec spadku o 49,6% przed rokiem). Znacznie wyższą sprzedaż zaobserwowano także w grupach: „pojazdy samochodowe, motocykle, części” (o 50,5%); „meble, rtv, agd” (o 39,0%); „prasa, książki, pozostała sprzedaż w wyspecjalizowanych sklepach” (o 28,2%). W marcu br. udział sprzedaży przez internet wyniósł 9,5 proc., co było wynikiem wyższym niż pod koniec poprzedniego kwartału. Podobnie jak w sektorze budownictwa, wszystko wskazuje na to, że najcięższe chwile już za nami i w kolejnych miesiącach należy oczekiwać dalszego „odbijania się” poziomu sprzedaży detalicznej6.

Handel zagraniczny

Wyniki pomorskiej wymiany handlowej w I kwartale 2021 r. wskazują na to, że międzynarodowy handel zagraniczny wraca na przedpandemiczne tory. Zarówno wartość eksportu, jak i importu były w naszym regionie wyższe niż w poprzednim kwartale. W wypadku eksportu (3443,7 mln euro) był to wzrost rzędu 3,0 proc., natomiast importu (3427,3 mln euro) – aż 17,8 proc. Pomimo tak dużej dynamiki wzrostu importu, saldo handlu zagranicznego drugi kwartał z rzędu pozostało dodatnie, wynosząc +16,4 mln euro.

W skali całej polskiej gospodarki w I kwartale 2021 r. eksport wyniósł 66,3 mld euro, natomiast import – 63,9 mld euro. Saldo handlu zagranicznego również było zatem dodatnie, wynosząc +2,4 mld euro. W porównaniu z I kwartałem 2020 r. eksport wzrósł o 8,3 proc., natomiast import – o 6,1 proc.7

W stosunku do analogicznego okresu roku ubiegłego, wartość pomorskiego eksportu wzrosła o 4,7 proc., natomiast importu o 6,5 proc. Saldo handlu zagranicznego było wówczas dodatnie, wynosząc +70,6 mln euro. Porównując natomiast obecny okres z I kwartałem 2019 r., wolumen eksportu z Pomorza wzrósł o 23,5 proc., natomiast importu – o 9,1 proc.

W I kwartale 2021 r. grupą dominującą wśród towarów eksportowanych z Pomorza były statki, łodzie oraz konstrukcje pływające (20,7 proc. wartości pomorskiego eksportu). Tradycyjnie już istotny był także udział towarów przypisanych do grup maszyn i urządzeń elektrycznych (10,2 proc.), ryb i skorupiaków (8,2 proc.) oraz zbóż (7,8 proc.). Łącznie towary z ww. czterech grup odpowiadały za prawie 47 proc. pomorskiego eksportu. To o niespełna 1,5 pkt. proc. więcej niż w poprzednim kwartale. Wskutek pandemii nadal relatywnie niski był udział grupy paliw (4,6 proc.), która w poprzednich latach stanowiła jeden z motorów pomorskiego eksportu. Należy jednak zauważyć, że odsetek ten był o niemal 1 pkt. proc. wyższy niż w IV kwartale 2020 r.

Towary sprzedawane za granicę z Pomorza trafiły w I kwartale 2021 r. w największej mierze do partnerów handlowych z Niemiec (19,1 proc.), Holandii, (6,6 proc.) Szwecji (6,2 proc.), Francji (5,0 proc.), Norwegii (3,4 proc.) oraz Wielkiej Brytanii (3,1 proc.). Struktura ta była zatem generalnie zbliżona do tych, obserwowanych w poprzednich kwartałach. W skali całej polskiej gospodarki największym partnerem eksportowym w I kwartale br. również były Niemcy (28,9 proc.), które wyprzedziły Francję (6,1 proc.) oraz Czechy (5,6 proc.).

Wykres 3. Struktura kierunkowa eksportu z województwa pomorskiego w I kwartale 2021 r.

Źródło: opracowanie IBnGR na podstawie danych Izby Celnej w Warszawie

W grupie towarów sprowadzanych na Pomorze z zagranicy w I kwartale 2021 r. dominowały te z grup: paliw (28,5 proc. wartości pomorskiego importu), maszyn i urządzeń elektrycznych (10,2 proc.), ryb i skorupiaków (8,0 proc.) oraz statków, łodzi i maszyn pływających (6,8 proc.). Warto zauważyć wyraźny, sięgający 6 pkt. proc. względem poprzedniego kwartału, wzrost udziału grupy paliw w strukturze importowej. Był on jednak nadal zauważalnie – choć już nie zdecydowanie – niższy niż w kwartałach poprzedzających pandemię.

W strukturze kierunkowej importu na Pomorzu sytuacja wróciła do normy – tzn. Rosja, która całymi latami była największym partnerem importowym naszego regionu, a w ostatnim kwartale została prześcignięta przez Chiny, wróciła w I kwartale 2021 r. na pozycję zdecydowanego lidera z udziałem sięgającym 24,4 proc. wartości importu. Na tak wysoki wynik wpłynął przede wszystkim import paliw. Następne w kolejności były: Chiny (15,1 proc.), a dalej: Niemcy (8,1 proc.), Norwegia (5,8 proc.), Kazachstan (3,7 proc.) oraz Bangladesz (3,6 proc.). Zaskakująca jest bardzo wysoka pozycja ostatniego z tych krajów, która wzięła się z rosnącej wartości sprowadzanych stamtąd produktów z grupy artykułów odzieżowych. W ogólnopolskiej strukturze importowej w analizowanym okresie, tradycyjnie już, na pierwszym miejscu znalazły się Niemcy (21,7 proc.), a następnie: Chiny (14,7 proc.) oraz Włochy (5,1 proc.).

Wykres 4. Struktura kierunkowa importu do województwa pomorskiego w I kwartale 2021 r.

Źródło: opracowanie IBnGR na podstawie danych Izby Celnej w Warszawie

Barometr innowacyjności

W I kwartale 2021 r. w Biuletynie Urzędu Patentowego opublikowano informację o 757 wynalazkach zgłoszonych do opatentowania. Liczba zgłoszeń pochodzących z województwa pomorskiego sięgnęła 41, co stanowiło 5,4 proc. wszystkich zgłoszonych wynalazków. Jest wyższy o 1,1 pkt. proc. niż zarówno w poprzednim kwartale, jak i w analogicznym okresie 2020 r.

Wykres 5. Liczba pomorskich wynalazków zgłoszonych i opublikowanych w Biuletynie Urzędu Patentowego w 2021 r.

Źródło: opracowanie IBnGR na podstawie http://www.uprp.pl

Udział województwa pomorskiego w liczbie zgłaszanych patentów był zatem w mijającym kwartale, tak samo jak w poprzednich, niższy od udziału regionu w liczbie mieszkańców całej Polski (6,0 proc.) oraz w odniesieniu do liczby ogólnopolskich przedsiębiorstw (6,8 proc.). Niemniej należy mieć na uwadze, iż statystyka patentowa jest zdominowana przez zgłoszenia z województwa mazowieckiego, w tym w szczególności z Warszawy.

Najnowszy ranking Bloomberg Innovation Index wskazuje na to, że polska gospodarka – choć do czołówki nam jeszcze daleko – staje się coraz lepszym miejscem do rozwijania innowacji. Względem ubiegłego roku awansowaliśmy o 2 pozycje i zajęliśmy 23. miejsce. Na łączną ocenę w tym zestawieniu składa się siedem wskaźników dotyczących: działalności patentowej, koncentracji innowacyjnych firm, koncentracji personelu naukowego, nakładów na badania i rozwój, poziomu szkolnictwa wyższego, wartości dodanej produkcji oraz zdolności produkcyjnej. Nasza gospodarka została najlepiej oceniona jeśli chodzi o wartość dodaną produkcji oraz poziom koncentracji zaawansowanych technologicznie firm – w obydwu przypadkach uplasowaliśmy się na 19. miejscu rankingu wśród wszystkich badanych państw. W tegorocznym zestawieniu znaleźliśmy się przed m.in. Rosją, Czechami, Węgrami czy Hiszpanią. Podium najbardziej innowacyjnych gospodarek utworzyły: Korea Południowa, Singapur oraz Szwajcaria8.

Zgłoszenia patentowe zgłoszone w I kwartale 2021 r. w województwie pomorskim dotyczyły w największej mierze – podobnie zresztą jak w poprzednim kwartale – tych z działów B (różne procesy przemysłowe i transport – 24,4 proc.) oraz C (chemia i metalurgia – 22,0 proc.) Międzynarodowej Klasyfikacji Patentowej.

Największa nadreprezentacja względem kraju dotyczyła natomiast działu H (elektrotechnika: +6,1 pkt. proc. względem kraju) oraz działu B (+4,2 pkt. proc. względem kraju). Największa różnica in minus odnosiła się natomiast działu E (budownictwo, górnictwo: –6,9 pkt. proc.).

W analogicznym okresie ubiegłego roku największa nadreprezentacja względem kraju (+22,4 pkt. proc.) dotyczyła działu A (podstawowe potrzeby ludzkie). Największe odchylenie in minus w porównaniu z resztą Polski dotyczyło natomiast działu C (–12,5 pkt. proc.).

Tabela 1. Ogólnopolskie oraz pomorskie zgłoszenia wynalazków opublikowane w Biuletynie Urzędu Patentowego wg Międzynarodowej Klasyfikacji Patentowej (MKP) w I kwartale 2021 r.

Dział MKP I kwartał 2021 r.
Pomorskie Polska różnica
% % pkt. proc.
Dział A – Podstawowe potrzeby ludzkie 12,2 16,4 –4,2
Dział B – Różne procesy przemysłowe; Transport 24,4 20,2 +4,2
Dział C – Chemia; Metalurgia 22,0 23,6 –1,6
Dział D – Włókiennictwo; Papiernictwo 0,0 0,5 –0,5
Dział E – Budownictwo; Górnictwo 4,9 11,8 –6,9
Dział F – Budowa maszyn; Oświetlenie; Ogrzewanie; Uzbrojenie; Technika minerska 12,2 10,6 +1,6
Dział G – Fizyka 12,2 10,8 +1,4
Dział H – Elektrotechnika 12,2 6,1 +6,1
RAZEM 100,0 100,0

Źródło: opracowanie na podstawie http://www.uprp.pl


Ważniejsze wydarzenia
9

Blirt rozbuduje laboratoria
Gdańska firma biotechnologiczna Blirt przeznaczy 10 mln zł na rozwój swoich laboratoriów w Gdyni i Gdańsku. Inwestycja obejmie m.in. przebudowę istniejących laboratoriów oraz zakup specjalistycznego sprzętu.

Intel rozkwita
Intel rozbudowuje swoje gdańskie centrum badawczo­‑rozwojowe o nowy, szósty już w całym kampusie budynek. Dzięki inwestycji powierzchnia naukowo­‑badawcza firmy zostanie powiększona o około 800 m². Biurowiec będzie składał się z pięciu pięter i – podobnie jak pozostałe budynki – będzie „inteligentny”. Ma zostać oddany do użytku w 2023 r.

Zmiany w zarządzie Lotosu
Marian Krzemiński, dotychczasowy wiceprezes zarządu Grupy Lotos ds. inwestycji i innowacji, złożył rezygnację z pełnienia tej funkcji. Zastąpił go Jarosław Wróbel, dotychczasowy wiceprezes PGNiG. Wiceprezesem zarządu ds. strategii i relacji inwestorskich został natomiast Krzysztof Nowicki.

Prestiżowa nagroda dla Learnetic
Gdańska firma Learnetic, specjalizująca się w tworzeniu rozwiązań e‑learningowych, została uhonorowana nagrodą „Highly commended” w kategorii „COVID‑19 Response Champions – International Initatives” w konkursie Bett Awards 2021. Jak przekazał Learnetic, „jury konkursu doceniło całokształt działań (…), wskazując szczególnie na szereg działań wspierających edukację w Polsce oraz stworzony (…) kompleksowy system edukacyjny, który odpowiada na wszystkie potrzeby szkół, nauczycieli, uczniów, a także wydawców e‑podręczników”.

Amberiff odwołane
Amberiff, czyli największe na świecie targi bursztynnicze oraz największe wydarzenie branży jubilerskiej w regionie Europy Środkowo­‑Wschodniej, zostało odwołane. Powodem jest pandemia, a konkretniej – niewielkie szanse na „odmrożenie” branży wystawienniczo­‑targowej do kwietnia br., kiedy to miała się odbyć impreza.

Neon sprzedany
Gdańska firma Torus sprzedała ostatni spośród biurowców wchodzących w skład kompleksu Alchemia – Neon. Nabywcą obiektu został niemiecki fundusz DWS. Wartość transakcji wyniosła ponad 80 mln zł.

Wielka fabryka akumulatorów w Gdańsku
Northvolt – firma należąca do byłego wiceprezesa Tesla Motors, Petera Carlssona – skupiająca się na opracowywaniu oraz produkcji akumulatorów do pojazdów elektrycznych, zainwestuje 200 mln dolarów w stworzenie fabryki w Gdańsku. Oprócz niej powstanie także nowoczesne centrum badawcze firmy. Rozpoczęcie produkcji ma nastąpić już w 2022 r.

Nowe licencje Lotosu
Firma Lotos Exploration and Production Norge AS otrzymała trzy nowe licencje na poszukiwanie i wydobycie gazu ziemnego i ropy naftowej w obszarze Norweskiego Szelfu Kontynentalnego. W tym momencie spółka dysponuje już zatem 31 licencjami poszukiwawczo­‑wydobywczymi w Norwegii.

Amerykańska ropa do Naftoportu
PKN Orlen i Exxon Mobil zawarły kontrakt, w ramach którego do gdańskiego Naftoportu w 2021 r. przypłynie łącznie około 1 mln ton amerykańskiej ropy naftowej.

Rozbudowano infrastrukturę Portu Gdańsk
W gdańskim porcie zakończyła się rozpoczęta w 2016 r. inwestycja obejmująca m.in. budowę 10 km dróg, 7 km torów oraz wiaduktów drogowych i przepustów ochronnych na rurociągach paliwowych. Realizacja projektu pochłonęła 166 mln zł.

W Gdyni powstanie morskie centrum badawczo­‑rozwojowe
Ośrodek Badawczo­‑Rozwojowy Centrum Techniki Morskiej, wchodzący w skład Polskiej Grupy Zbrojeniowej, rozpoczął budowę zaawansowanego laboratorium badawczego. Będzie miało ono powierzchnię około 1000 m² i zlokalizowane będzie na gdyńskim Oksywiu. Inwestycja będzie dofinansowana ze środków unijnych.

Czwarty prom dla BC Ferries zwodowany
W Remontowa Shipbuilding zwodowano czwarty z serii promów z napędem gazowym dla BC Ferries. Wcześniejsze trzy promy zostały przekazane zamawiającemu w latach 2016‑2017.

Nowy statek Żeglugi Gdańskiej
Żegluga Gdańska zakupiła od norweskiego armatora statek towarowy służący do przewozu ładunków suchych. Jednostka została zbudowana w 1995 r. w holenderskiej stoczni Pattje Scheepswerf w Waterhuizen. Będzie nosiła nazwę „Tarzan”.

Remontowa przekazała statki
„Coey Viking” – tak nazywa się pierwszy z serii dwóch statków PSV, jakie Remontowa Shipbuilding przekazała firmie Borealis Maritime, związanej ze szwedzkim armatorem Viking Supply Ships AB. Ta sama stocznia przekazała także „Fodnes” – prom hybrydowy o napędzie elektrycznym – norweskiemu armatorowi Norled. To czwarta jednostka z całej, zamówionej w 2018 r. serii statków. Gdańska stocznia przekazała także Marynarce Wojennej piąty z serii sześciu holowników o nazwie „Leszko”.

Port Gdańsk na bałtyckim podium
W styczniu br. Port Gdańsk po raz pierwszy znalazł się na trzecim miejscu największych portów morskich Morza Bałtyckiego – wszystko za sprawą 4,6 mln ton przeładunków odnotowanych w pierwszym miesiącu 2021 r. Był to wynik o 8,8 proc. wyższy niż przed rokiem, który pozwolił prześcignąć port w Primorsku, który w ujęciu rok do roku odnotował ponad 26‑procentowy spadek przeładunków.

Nowe połączenia morskie
Operator logistyczny Unifeeder otworzył nowe, cotygodniowe morskie połączenie kontenerowe między Portem Gdynia a DP World London Gateway. Z kolei norweska firma Viasea Shipping AS uruchomiła połączenia między Gdynią, Oslo a Kłajpedą.

Porty morskie w dobie pandemii
W aż 7 spośród 10 największych portów morskich nad Morzem Bałtyckim wielkość przeładunków w naznaczonym pandemią 2020 r. była niższa niż w roku poprzednim. Wśród nich znalazł się m.in. Port Gdańsk, który odnotował niemal 8‑procentowy spadek obrotów. Z kolei w trójce portów, które były „na plusie” znalazł się Port Gdynia, w którym w 2020 r. przeładowano o niemal 3 proc. więcej ton towarów niż w 2019 r.

Pomorski samorząd zainwestuje w nowe tereny dla przedsiębiorców
Około 50 hektarów zupełnie nowych terenów pod inwestycje powstanie na Pomorzu do końca 2023 roku. Dzięki nowym przedsięwzięciom ma powstać ponad 400 miejsc pracy. A wszystko to dzięki wsparciu, jakie ze środków unijnych otrzymają gminy, spółki i prywatni przedsiębiorcy. Wsparcie zostanie udzielone w ramach realizowanego przez samorząd województwa pomorskiego Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Pomorskiego na lata 2014‑2020.

1 za: worldbank.org
2 za: ec.europa.eu
3 za: stat.gov.pl, tvn24.pl
4 za: parkiet.com, 300gospodarka.pl
5 za: muratorplus.pl, parkiet.com
6 za: stat.gov.pl, businessinsider.com.pl
7 za: stat.gov.pl
8 za: startup.pfr.pl, forsal.pl
9 W niniejszym podrozdziale wykorzystano informacje pochodzące m.in. z portalów trojmiasto.pl oraz pomorskie.eu.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Pomorze centrum zielonego przemysłu Polski?

Pobierz PDF

Odmienność perspektyw

Polska, która odziedziczyła po PRL wysokoemisyjny i energochłonny przemysł, oparty o scentralizowany model wytwarzania energii i bazujący na własnych zasobach węgla, ma zupełnie inny punkt startowy do transformacji energetycznej w celu osiągnięcia neutralności klimatycznej, niż państwa za naszą zachodnią granicą. Między innymi z tych powodów nie do końca odnajdujemy się w perspektywie „starej UE”, która właściwie od pierwszego kryzysu sueskiego z lat 70. (który doprowadził do gwałtownego wzrostu cen ropy naftowej i surowców energetycznych), systematycznie planuje i projektuje polityki pozwalające na stopniowe uniezależnienie się od paliw kopalnych.

Można powiedzieć, że ta rozbieżność sprowadza się do tego, że my w Polsce rozumiemy bezpieczeństwo energetyczne jako oparcie się na własnych surowcach, głównie węglowych, względnie – jako dywersyfikację źródeł dostaw. Natomiast w logice Green Dealu bezpieczeństwo energetyczne będzie polegać na uniezależnieniu gospodarki od paliw kopalnych i ich importu oraz na silnych połączeniach i zależnościach między różnymi rynkami energii w UE. To spora różnica.

W Polsce rozumiemy bezpieczeństwo energetyczne jako oparcie się na własnych surowcach, głównie węglowych, względnie – jako dywersyfikację źródeł dostaw. Natomiast w logice Green Dealu bezpieczeństwo energetyczne będzie polegać na uniezależnieniu gospodarki od paliw kopalnych i ich importu oraz na silnych połączeniach i zależnościach między różnymi rynkami energii w UE.

Pamiętajmy również, że roczny koszt importu paliw kopalnych do UE z państw „niekoniecznie demokratycznych” to już przeszło 350 mld euro rocznie. Logika Green Deal, oprócz przesłanek środowiskowych i klimatycznych, ma zatem także bardzo konkretne argumenty ekonomiczne i geopolityczne.

Pod prąd czy z (zeroemisyjnym) prądem?

Silne bodźce do dekarbonizacji polskiej gospodarki pochodzą nie z polskiego energy policy (a szkoda!), ale z sektora prywatnego – firmy coraz powszechniej zaczynają bowiem dekarbonizować się na własną rękę. Wynika to z kilku rzeczy.

Silne bodźce do dekarbonizacji polskiej gospodarki pochodzą nie z polskiego energy policy, ale z sektora prywatnego – firmy coraz powszechniej zaczynają bowiem dekarbonizować się na własną rękę.

Po pierwsze, bardzo ważną rolę w procesie dekarbonizacji ogrywa duża zależność od gospodarki niemieckiej. Według wstępnych wyników Niemieckiego Urzędu Statystycznego opublikowanych w lutym 2021 r., Polska po raz pierwszy została piątym najważniejszym partnerem handlowym Niemiec, wyprzedzając w tym zestawieniu Włochy. Świadczy to o rosnącym znaczeniu naszej gospodarki dla niemieckiego handlu zagranicznego. Obroty handlowe między Polską a Niemcami wyniosły w 2020 roku 122,9 mld euro.

Kluczowe w tym kontekście jest niedawne orzeczenie niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego w Karlsruhe o tym, że niemiecka ustawa o ochronie klimatu jest częściowo niezgodna z konstytucją. Niemiecki Trybunał przychylił się do skarg organizacji młodzieżowych oraz ekologicznych i stwierdził, że opieszałość pokolenia rządzącego obecnie w RFN to przerzucenie kosztów i wysiłków związanych ze zmianami klimatycznymi na następne pokolenia. Trybunał w Karlsruhe uznał, że jest to niezgodne z zasadą sprawiedliwości międzypokoleniowej zapisaną w niemieckiej ustawie zasadniczej i nakazał rządowi federalnemu zwiększenie celów redukcji poziomów emisji. Wyrok wywołał szybką reakcję. Nowe cele klimatyczne Niemiec zaprezentowane przez rząd Wielkiej Koalicji na początku maja br. mówią o redukcji emisji do 2030 roku o 65 proc., 85‑90 proc. do 2040 roku i zerowej emisji netto do 2045 roku (w porównaniu z poziomami z 1990 roku). Dla przypomnienia, redukcyjny cel Polski wynikający z Polityki Energetycznej Polski to –30 proc. do 2030 roku.

Nowe cele klimatyczne w RFN i zwiększenie tempa dekarbonizacji w dużej mierze rozleją się na niemieckie firmy i na niemiecki przemysł (co jest dość oczywiste), a pośrednio – na polskich poddostawców i na polskie firmy, które coraz silniej kooperują z niemieckimi i zwiększają swoje znaczenie handlowe z RFN.

Nie możemy pozostać obojętni wobec tej zmiany w polityce klimatycznej Niemiec. Po pierwsze, niemieckie firmy dążąc do obniżenia emisyjności, będą wymagać i poszukiwać produktów o niższym śladzie węglowym oraz tak zmieniać swój łańcuch wartości i poddostawców, żeby ten ślad węglowy i emisyjność produkcji obniżyć. Powstanie zatem presja rynkowa na polskich poddostawcach, żeby się do tego dostosować. Będzie ona wzmacniana przez nowe ustawodawstwo RFN, zwłaszcza przez tzw. prawo łańcucha dostaw, które nakłada na niemieckie firmy odpowiedzialność za weryfikację, czy ich dostawcy nie łamią praw człowieka, nie stosują wyzysku i czy nie szkodzą środowisku naturalnemu.

Niemieckie firmy dążąc do obniżenia emisyjności, będą wymagać i poszukiwać produktów o niższym śladzie węglowym oraz tak zmieniać swój łańcuch wartości i poddostawców, żeby ten ślad węglowy i emisyjność produkcji obniżyć. Powstanie zatem presja rynkowa na polskich poddostawcach, żeby się do tego dostosować.

Już teraz możemy obserwować zaradność polskich firm, które zaczęły dostosowywać się do nowych warunków dość elastycznie i poszukują w Polsce m.in. dostaw zeroemisyjnej energii elektrycznej do swoich zakładów. Zasadniczo jest to dla nas dobra wiadomość, ponieważ niemieckie łańcuchy wartości w Polsce będą coraz bardziej podnosić standardy środowiskowe. Odpowiedzialność środowiskowa będzie zatem coraz ważniejszym czynnikiem dla nowych inwestycji i współpracy biznesowej. Zresztą Komisja Europejska planuje przyjęcie branżowych metod opomiarowania śladu węglowego w całym łańcuchu dostaw.

Drugim argumentem za dekarbonizacją są oczekiwania rynku kapitałowego w Unii Europejskiej. Od kilku lat obserwujemy szybką zmianę polityk korporacyjnych sektora finansowego i bankowego. Coraz łatwiej i taniej jest pozyskać kapitał i finansowanie dla zrównoważonych projektów, które mają pozytywny wpływ na przeciwdziałanie zmianom klimatu. Natomiast finansowanie projektów opartych o paliwa kopalne jest coraz droższe i trudniejsze. Widzimy zresztą rosnącą popularność kredytów powiązanych z ratingiem ESG (Environmental, Social and Governance), co zmienia optykę poszukiwania kapitału i finansowania inwestycji w UE.

Coraz więcej banków podejmuje decyzję o wycofaniu się z przedsięwzięć, które szkodzą środowisku oraz zaniechaniu finansowania projektów związanych z paliwami kopalnymi. Również Europejski Bank Inwestycyjny ogłosił niecały rok temu nową politykę kredytową oznaczającą wycofanie się z finansowania paliw kopalnych, czym potwierdził swoją aspirację do bycia bankiem klimatycznym. Coraz częściej podmioty finansujące pokazują rosnącą awersję do finansowania projektów wysokoemisyjnych. Notabene, projekty dotyczące gazu również są traktowane jako wysokoemisyjne. Te zmiany mają swoje odzwierciedlenie w najnowszych analizach. Przykładowo, agencja Bloomberg na podstawie danych zebranych od stu czterdziestu największych banków oraz instytucji finansowych świata podała, że do ubiegłego miesiąca środki przeznaczone na finansowanie zielonych projektów energetycznych (203,6 mld USD) przekroczyły poziom wsparcia dla projektów energetycznych opartych o paliwa kopalne (189,2 mld USD).

Powoduje to, że pozyskanie kapitału dla inwestycji bazujących na paliwach kopalnych będzie coraz trudniejsze i będzie generować niższą ocenę ratingową takich firm. Będzie się to przekładało na koszt pozyskania kapitału dla projektów zielonych, który będzie niższy niż dla projektów związanych z paliwami kopalnymi. To wszystko jest bardzo silnym argumentem finansowym na rzecz przyspieszenia dekarbonizacji i inwestowania w nowe, zielone technologie. Ten impuls jest już widoczny również w polskich firmach, które wpisują się w światowe trendy.

Co to oznacza dla Polski?

Dla polskich firm jest to spore wyzwanie, ponieważ obecnie wiele wskazuje na to, że w 2030 roku będziemy mieć system energetyczny o najwyższej emisyjności w UE, a co za tym idzie – jedne z najwyższych cen energii elektrycznej. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że jednostkowa cena uprawnień do emisji gazów cieplarnianych (EU ETS) będzie dążyć do poziomu 75‑100 euro za uprawnienie do 2030 roku, musimy zauważyć, że krajobraz energetyki systemowej dla polskich firm nie będzie korzystny.

Po pierwsze, jednostkowy koszt energii elektrycznej będzie coraz bardziej odczuwalny i będzie negatywnie wpływać na konkurencyjność polskich firm, zwłaszcza w przemyśle energochłonnym. Oznacza to, że korzyści z niższych niż na Zachodzie kosztów pracy w Polsce będą się równoważyć z wyższymi kosztami środowiskowymi i wyższym śladem węglowym naszych produktów. Zachowanie konkurencyjności będzie zatem wymagało znaczących przekształceń.

Po drugie, będzie coraz większa presja na obniżanie śladu węglowego produktów wprowadzanych na rynek niemiecki. W przeciwnym wypadku wypadniemy z niemieckiego łańcucha dostaw. Polskie firmy będą więc zmuszone poszukiwać dostępu do zielonej energii – co nie tylko napędzi dekarbonizację, ale w przypadku braku zmian w energetyce państwowej zachęci firmy do rozwoju własnych zielonych źródeł energii np. pozasystemowych farm wiatrowych albo wielkoskalowych farm fotowoltaicznych (np. w modelu Power Purchase Agreement). Przemysł będzie miał natomiast coraz więcej argumentów, żeby budować pozasystemowe, małe jednostki gazowo­‑wodorowe o niższej emisyjności niż średnia dla całego polskiego systemu energetycznego.

Nowa zielona północ?

To spore wyzwania dla polskich firm i polskiej energetyki. Jednak są regiony, dla których może być to szansa. Dobrym przykładem jest Pomorze. Wszystko na to wskazuje, że nowy, zielony przemysł, zgodny z filozofią Green Deal, będzie lokalizować się nie w logice Specjalnych Stref Ekonomicznych (ulgi podatkowe, granty na inwestycje i gotowe tereny) ale w logice „zielonych stref ekonomicznych”, czyli takich lokalizacji, które pozwolą na produkcję o niskim śladzie węglowym i z dostępem do energii z OZE.

Wszystko wskazuje na to, że nowy, zielony przemysł, zgodny z filozofią Green Deal, będzie lokalizować się nie w logice Specjalnych Stref Ekonomicznych (ulgi podatkowe, granty na inwestycje i gotowe tereny) ale w logice „zielonych stref ekonomicznych”, czyli takich lokalizacji, które pozwolą na produkcję o niskim śladzie węglowym i z dostępem do energii z OZE. Naturalnym kandydatem do takich inwestycji jest w Polsce Pomorze.

Naturalnym kandydatem w Polsce do takich inwestycji jest Pomorze, które ma świetne warunki wiatrowe i szczyci się dobrą jakością powietrza. Nie bez znaczenie jest też cały rządowy program budowy Morskich Farm Wiatrowych (MFW). Do 2040 roku mają one dać około 11 GW mocy. Wydają się to założenia dość konserwatywne, gdyż eksperci szacują, że udział ten może być jeszcze większy w związku z m.in. rozwojem technologii turbin wiatrowych.

Inwestycje w MFW przyczynią się nie tylko do transformacji polskiego miksu energetycznego na bardziej zielony, ale także wpłyną na rozwój nowych branż związanych m.in. z obsługą czy serwisem, instalacją, montażem i produkcją komponentów. Warto również spojrzeć na te inwestycje pod kątem przyszłościowym. To właśnie Morskie Farmy Wiatrowe mają być głównym elementem w wytwarzaniu „zielonego” wodoru, czyli wodoru powstającego w procesie elektrolizy. Na polskim Wybrzeżu w perspektywie najbliższych lat będzie musiała powstać cała infrastruktura związana z wytwarzaniem, transportem (korytarz wodorowy na południe Polski) i magazynowaniem wodoru. Skorzystają zatem porty, cała branża offshore i sektor wodorowy. Pomorze ma też naturalne, lepsze połączenia z gospodarkami nordyckimi, które mogą być kapitałowo zainteresowane inwestycjami w nowy, zielony przemysł.

Może się zatem okazać, że w perspektywie kilkudziesięciu lat „stary” przemysł będzie skoncentrowany na południu Polski, a nowy, zielony przemysł ulokuje się na północy. Ten trend zostanie wzmocniony przez spadające znaczenie kosztów pracy i rosnące znaczenie kosztów oddziaływania na środowisko i dostępu do czystej energii z OZE.

Artykuł ukazał się 24 czerwca br. w Dzienniku Bałtyckim.

Skip to content