Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Kompleks trybika

Zakończyłem studiowanie informatyki na Politechnice Wrocławskiej w ważnym dla Polski roku 1989. Jak wszyscy, uczyłem się z kserowanych książek sprowadzanych z Zachodu, zapisywałem się na listy oczekujących, aby dostać się w laboratorium do wymarzonego IBM PC XT i stałem w długiej kolejce, aby zdobyć pierwsze polskie wydanie podręcznika Kernighana. Moim celem wtedy było pochłonąć jak najwięcej wiedzy, aby choć w części dorównać moim rówieśnikom na Zachodzie. Było dla mnie oczywiste, że cała informatyka jest kreowana gdzieś na mitycznym zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych i ja mogę jedynie próbować za tym wszystkim nadążyć, naśladować i wykorzystywać oprogramowanie systemowe tam zaprojektowane. Miałem silne poczucie, że wielkie rzeczy w nauce i innowacjach technologicznych nie dzieją się w Polsce.

ppg-3-2011_kompleks_trybika

Moje marzenia się spełniły, kiedy po niemal dekadzie trafiłem – już jako pracownik naukowy – do kolebki Doliny Krzemowej, czyli na Uniwersytet Stanforda. Największym zaskoczeniem było dla mnie to, że pracownicy i tamtejsi studenci wcale nie byli niezwykle wybitni czy inteligentni. Wręcz przeciwnie, przekonałem się, że wielu moich polskich kolegów było zdecydowanie bardziej profesjonalnych i kreatywnych niż ci z mitycznej Doliny. Także poziom nauczania, przynajmniej w 2–3 najlepszych polskich politechnikach, nie odbiega specjalnie od poziomu najsłynniejszych uczelni technicznych na świecie. Jak to zatem jest, że to oni, a nie my, kreują kierunki rozwoju współczesnego świata?

Po dwudziestu latach niepodległości ograniczenie wolności myślenia wciąż dominuje wśród polskiej młodzieży. Szczytem marzeń stała się praca w międzynarodowej korporacji, a nie stworzenie własnej innowacyjnej firmy.

Bariera mentalności

Wychowany w Polsce zniewolonej komunizmem miałem naturalną kotwicę mentalną chłopaka z „prowincji”, który zapatrzony w Zachód był co najwyżej sprawnym naśladowcą. Ale dlaczego po dwudziestu latach niepodległości ciągle to ograniczenie wolności myślenia dominuje wśród polskiej młodzieży? Szczytem marzeń stała się praca w międzynarodowej korporacji, a nie stworzenie własnej innowacyjnej firmy, która – jak Google czy Amazon – będzie zmieniać świat. Jak to jest, że wyznacznikiem sukcesu jest cwaniacka i niejednokrotnie nieetyczna ścieżka kariery, a nie praca na rzecz dobra wspólnego? Uważam, że odpowiedź na to fundamentalne pytanie kryje się w stylu wychowania i wartościach przekazywanych w rodzinie, w szkole, na uniwersytecie.

Jak kształcą i wychowują najlepsi

W najlepszych uczelniach na świecie, takich jak Harvard, MIT czy Stanford, w sposób absolutnie świadomy wychowuje się elity dla współczesnego świata.

Sprzyja temu bardzo skrupulatny proces selekcji kandydatów, promujący nie tylko najwyższy poziom przygotowania merytorycznego, ale również otwartość myślenia, kreatywność, interdyscyplinarność zainteresowań i działalność pro publico bono. Rozbudowany system stypendialny umożliwia podjęcie studiów nawet ubogim studentom, oczywiście w sytuacji, gdy pozytywnie przejdą rekrutację.

Ogromne znaczenie ma też dobór kadry naukowo­‑dydaktycznej. Wiedza, doświadczenie i nieprzeciętne umiejętności nauczana to oczywistość. W procesie doboru wykładowców zwraca się szczególną uwagę na zdolność kształtowania u studentów twórczej postawy (nastawienia do świata) i etyki zachowań. Dzięki temu tworzy się bezpośrednia relacja mistrz­‑uczeń. Wprowadzenie elementów tutoringu w procesie dydaktycznym ułatwia odpowiednio wysoki współczynnik liczby profesorów do liczby studentów.

Ważne jest także pielęgnowanie legend i zwyczajów, podkreślających wybitne osiągnięcia profesorów i absolwentów. Stwarzanie klimatu, w którym studenci mają poczucie bycia w niezwykłym miejscu, gdzie nie wypada być przeciętnym, gdzie należy tworzyć rzeczy wielkie i pionierskie. Powszechne jest na tych uczelniach przekonanie: „Jeśli my czegoś nie zrobimy pierwsi, nikt inny tego nie zrobi”.

Szczególną rolę w procesie rozwoju uczelni, w dbaniu o jej prestiż odgrywa, w zasadzie nieznane w Polsce, zarządzanie relacjami z absolwentami, dzięki któremu w absolwentach rośnie duma, przechodząca nawet w snobizm, oraz rodzi się poważne zaangażowanie w rozwój Alma Mater. Poczucie prestiżu buduje przekonanie, że zdobyło się najlepsze z możliwych kwalifikacje, aby kształtować przyszłość świata.

Postawę zachodnich studentów nazwałbym pozytywną naiwnością, która objawia się zaangażowaniem w najbardziej nawet zwariowane przedsięwzięcia biznesowe, bez charakterystycznego dla nas myślenia, że na pewno się nie uda albo że bez znajomości i układów nic nie można osiągnąć.

Od uczelni do praktyki gospodarczej

Najlepsze światowe uczelnie dbają o silną promocję przedsiębiorczości wśród studentów. Często służą temu udane przedsięwzięcia biznesowe absolwentów. Ciekawa jest postawa tamtejszych studentów. Nazwałbym ją pozytywną naiwnością, która objawia się zaangażowaniem w najbardziej nawet zwariowane przedsięwzięcia biznesowe, bez charakterystycznego dla nas myślenia, że na pewno się nie uda albo że bez znajomości i układów nic nie można osiągnąć.

W tym kontekście podkreślić trzeba znaczenie powiązania badań naukowych z praktyką biznesową. Charakterystyczne jest prowadzenie wielu prac badawczych sponsorowanych przez biznes, a także budowanie start­‑up’ów na podstawie wyników prac magisterskich czy doktorskich – nowa firma zakładana jest przez studentów i promotora, we współpracy z uczelnią. Studenci, zwłaszcza na studiach magisterskich, są włączani do zespołów badawczych, dzięki czemu prace magisterskie nie są standardowymi „półkownikami”, ale nowatorskimi projektami badawczymi.

Jak długo nie powstaną polskie elitarne uczelnie, tak długo nie będzie znaczącego polskiego wkładu w rozwój współczesnej cywilizacji.

Te spostrzeżenia wydają się oczywiste, a jednak są trudne do realizacji. Miałem wśród swoich studentów niejednego potencjalnego Sergeya Brina czy Marka Zuckerberga, ale wciąż nie pojawiła się polska firma na miarę Google czy Facebooka. Ci wyjątkowi studenci, bez mentalnych ograniczeń, często czują się wyobcowani i nie pasują do utartych schematów. Nie znajdują, niestety, wsparcia i niejednokrotnie odnajdują odpowiednie dla siebie miejsce gdzieś za oceanem. Sedno problemu leży w polskim systemie kształcenia, w kondycji naszych uniwersytetów i ich powiązaniu z gospodarką. Jak długo nie powstaną polskie elitarne uczelnie, tak długo nie będzie znaczącego polskiego wkładu w rozwój współczesnej cywilizacji. Pojawia się też szersze pytanie o stan polskich elit intelektualnych, które miałyby stanowić wzorzec dla studiującej młodzieży i tworzyć odpowiedni klimat. Pytanie, czy Polska ma taką elitę, pozostawiam otwarte.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Marka tworzy markę

Aby liczyć się w globalnej grze, musimy dołączyć do elitarnego klubu państw, które są dostarczycielami wysoko przetworzonych, technologicznie złożonych produktów markowych, pożądanych przez konsumentów na całym świecie.

Jak odnieść sukces na globalnym rynku? Co jest miarą tego sukcesu? Kto jest odpowiedzialny za sukces lub porażkę? Te pytania stawiają sobie codziennie przedsiębiorcy, politycy, a nawet statystyczni obywatele. Nie ma na nie wiążącej odpowiedzi – udzielę więc własnej, bardzo subiektywnej, choć coraz częściej wypowiadanej na głos również przez rozmaitych ekspertów. Kluczem jest reputacja – przekonanie innych, że oferujemy coś (towary, usługi, ludzi, pomysły), bez czego globalny rynek nie może się obejść, bez czego staje się uboższy i niepełny. W świecie biznesu „dobra reputacja” to nic innego jak „dobra marka”.

Uczestnictwo Polski w strukturach wolnego rynku to nie tylko ogromna szansa, lecz także – w miarę upływu czasu – większa presja na realne osiągnięcia i na zwiększenie jakości tego uczestnictwa. Oznacza to przede wszystkim, że aby liczyć się w globalnej grze, musimy opuścić grono krajów­‑dostawców surowców, półproduktów i produktów niemarkowych i dołączyć do elitarnego klubu państw, które są dostarczycielami wysoko przetworzonych, technologicznie złożonych produktów markowych, pożądanych przez konsumentów na całym świecie.

Markowe firmy to arystokracja globalnej gospodarki, a zdolność krajów do tworzenia międzynarodowo konkurencyjnych marek jest jednym z ważnych determinantów jego pozycji konkurencyjnej na globalnym rynku.

Dlaczego marki są ważne dla gospodarki?

Zwróćmy uwagę na zależność między poziomem rozwoju gospodarczego krajów i ich zdolnością do tworzenia międzynarodowo konkurencyjnych marek. Przyglądając się choćby rankingowi najcenniejszych marek świata Interbrand, można zaobserwować, że miejscem ich pochodzenia są kraje najwyżej rozwinięte, których firmy potrafiły wygenerować innowacyjne produkty, posiadające (poza właściwościami funkcjonalnymi) pewną niematerialną wartość dodaną. Sprawiała ona, że konsumenci na całym świecie aspirowali do tych markowych produktów, traktowali je jako symbol statusu, przynależności, wreszcie jako okazję do wyrażenia własnej osobowości.

Kraje wysoko rozwinięte od dziesięcioleci przodują w innowacyjności i jakości produktów, lecz także przy pomocy skutecznego marketingu zapewniają im ową unikalną wartość dodaną. W dużej mierze dzięki tym markowym produktom i firmom kraje te zyskały reputację, która wspiera i wzmacnia ich szeroko rozumiane wytwory. Te z kolei nieustannie pracują na markę samego kraju pochodzenia, czyniąc z niego poważnego i poważanego uczestnika światowego rynku.

Markowe firmy to arystokracja globalnej gospodarki, a zdolność krajów do tworzenia międzynarodowo konkurencyjnych marek jest jednym z ważnych determinantów ich pozycji konkurencyjnej na globalnym rynku. Marki zapewniają właścicielom i całej gospodarce unikalne korzyści finansowe. To właśnie zasoby niematerialne (w tym marka) stanowią przecież obecnie główne źródło wartości dodanej, generującej dla gospodarek narodowych największe zyski. Markowe firmy są ponadto nieocenionym źródłem know­‑how, wyznaczają standardy funkcjonowania innych krajowych firm, przecierają szlaki na rynkach zagranicznych.

Działania sfery publicznej w zakresie promocji gospodarczej powinny koncentrować się na tzw. markowym eksporcie, czyli zwiększaniu udziału produktów markowych w ogólnym wolumenie eksportu.

Dlaczego Polska nie ma globalnych marek?

Jedno z pytań, które słyszę najczęściej w rozmowach na temat reputacji Polski i pozycji naszego kraju na rynku międzynarodowym, brzmi: „Czy Polska ma jakieś marki, które są powszechnie rozpoznawane i cenione na świecie? Czy mamy taką naszą Nokię?”. Po przeczącej odpowiedzi padają następne pytania: „Dlaczego tak się dzieje? Co należy zrobić, żeby polskie marki zyskały taki status?”.

O przyczynach braku marek globalnych polskiego pochodzenia napisano już sporo. Najczęściej wymienia się:

  • niewielki udział w strukturze polskiego eksportu najnowocześniejszych towarów high­‑tech oraz produktów luksusowych, które pozycjonują kraj jako nowoczesny, wysoko rozwinięty i konkurencyjny;
  • znaczący deficyt handlowy z krajami UE, który, mimo iż ulega zmniejszeniu, świadczy o tym, że polskie firmy nie są silnie obecne na najbardziej konkurencyjnych rynkach europejskich;
  • brak rodzimych korporacji o zasięgu międzynarodowym lub powszechnie znanych markowych produktów, które odgrywałyby rolę wizytówki kraju, jak Nokia w Finlandii czy IKEA w Szwecji;
  • likwidowanie lub przejmowanie części relatywnie dobrych marek przez ponadnarodowe korporacje, które na zagranicznych rynkach mają już własne marki i nie dążą do wzmacniania lub kreowania polskich marek, nadając im najwyżej wymiar lokalny;
  • rosnące koszty wprowadzania nowych marek na rynek.

Powyższą listę dopełnia bierność sfery publicznej w zakresie wsparcia internacjonalizacji polskich firm. Nie ma dotychczas specjalnych programów dla produktów i branż flagowych, całościowych i skoordynowanych systemów wsparcia marek na rynkach zagranicznych czy nawet oficjalnego „prezentu narodowego”, składającego się ze specjalności kraju, który posiadają wszystkie dobrze promujące się kraje świata, nie ma też choćby skromnych środków przeznaczanych na ten cel. Brakuje także tradycji współpracy prywatno­‑publicznej w Polsce (tylko 4 proc. polskich eksporterów korzysta z jakiegokolwiek wsparcia finansowego ze strony instytucji publicznych; wskaźnik ten w Stanach Zjednoczonych wynosi 45 proc., a średnia unijna to 35 proc.). Wbrew doniesieniom medialnym, Polska jest krajem stosunkowo mało proeksportowym, w którym wartość eksportu na głowę mieszkańca jest najniższa w całej Unii Europejskiej, międzynarodową działalność prowadzi zaledwie kilka procent zarejestrowanych przedsiębiorstw, a więcej niż połowa polskiego eksportu jest generowana przez firmy międzynarodowe.

Co zrobić, żeby się udało?

Co więc należy zrobić, aby zbudować silną pozycję polskich firm i produktów na rynkach zagranicznych, dopracować się kilku międzynarodowo konkurencyjnych marek i wzmocnić przy tym reputację Polski?

Zachowaniami rynkowymi indywidualnych firm nie da się, rzecz jasna, sterować, można natomiast oczekiwać, że współczesne państwo, rozumiejące wyzwania globalnego rynku, zainicjuje działania stymulujące internacjonalizację polskich przedsiębiorstw.

Przede wszystkim trzeba pozyskać wiodące firmy i uczynić z nich sprzymierzeńców budowania reputacji Polski. Po drugie, należy w sposób rzeczywisty włączyć firmy w program marki narodowej i wypracować wspólnie z nimi mechanizmy promocji polskich marek i produktów na rynkach zagranicznych, tak aby przynosiło to korzyści także krajowi jako całości. Konieczna jest też zmiana paradygmatu myślowego – działania sfery publicznej w zakresie promocji gospodarczej powinny koncentrować się na tzw. markowym eksporcie, czyli zwiększaniu udziału produktów markowych w ogólnym wolumenie eksportu. Dotychczas działania podejmowane przez instytucje rządowe miały bardzo tradycyjny oraz reaktywny charakter i obejmowały głównie różnego rodzaju dopłaty czy pomoc w uczestnictwie w targach. Aby realizacja celu, jakim jest transfer polskich marek do światowej czołówki, była możliwa, programy wsparcia polskich firm na rynkach zagranicznych powinny być w znacznie większym stopniu nastawione na podnoszenie kultury marki i innowacji w firmach (szczególnie mniejszych i mniej doświadczonych) oraz oferować firmom rzeczywiste i odczuwalne korzyści.

Na świecie istnieją instytucje publiczne i prywatno­‑publiczne, realizujące politykę dyskretnego i merytorycznego wsparcia procesu internacjonalizacji krajowych firm. Znakomitym przykładem jest Korea Południowa, która, choć odległa kulturowo, może posłużyć za wzorzec w omawianej sferze. Władze Korei podejmują niezwykle intensywne działania na rzecz budowania marki narodowej i stawiają sobie za cel uczynienie z Korei „kopalni wiedzy i marek”. Koreański Instytut Badań nad Polityką Przemysłową masowo edukuje koreańskie firmy o różnym profilu w zakresie wzornictwa przemysłowego czy zarządzania marką, oferując imponującą liczbę szkoleń i innych instrumentów wsparcia. Należy w tym miejscu przypomnieć, że Korea jako jedno z nielicznych „nowych” państw dopracowała się kilku znaczących globalnych marek, takich jak Samsung, LG czy Kia, które są ujmowane w najpoważniejszych światowych rankingach i cieszą się zaufaniem konsumentów.

Warto wspomnieć także o Forum Marek Hiszpańskich, które jest organizacją stymulującą współpracę najlepszych hiszpańskich firm i instytucji publicznych. Jego celem jest budowanie międzynarodowej pozycji hiszpańskich marek firmowych i marki narodowej. Pełni ono także funkcję rzecznika hiszpańskich marek w kontaktach z administracją publiczną, społecznością biznesową, środowiskiem nauki i mediami. Forum realizuje projekty i wydarzenia biznesowe na rzecz internacjonalizacji hiszpańskich marek, ich lepszej ochrony prawnej, powołuje honorowych ambasadorów marki Hiszpania. Uruchomiono również we współpracy z innymi instytucjami linię kredytową, służącą wspieraniu hiszpańskich marek wchodzących na rynki zagraniczne, a także współfinansowanie programów pozycjonowania marek z wykorzystaniem kraju pochodzenia.

Na koniec przykład geograficznie odległy i merytorycznie bliski – Nowa Zelandia i krótka lekcja budowania marki… surowców rolno­‑spożywczych. Wielokrotnie w Polsce wyraża się ubolewanie, że w dalszym ciągu nie potrafimy wypromować znakomitej polskiej żywności. Sposób na promocję tego typu towarów znalazły nowozelandzkie organizacje sektorowe. W wyniku ich działań nowozelandzka wełna z merynosów jest dziś czołową marką surowcową wielu europejskich domów mody, wina nowozelandzkie znajdują uznanie wytrawnych koneserów, a nowozelandzka dziczyzna jest serwowana w najlepszych restauracjach, osiągając bardzo wysokie ceny. Jak to zrobiły? Postawiły na markę, spójny przekaz o kraju pochodzenia, docieranie do znakomitych osobistości z branży gastronomicznej oraz jednolity kodeks zachowań biznesowych i certyfikację. Opisywanie poszczególnych inicjatyw znacznie wykracza poza zakres tego artykułu.

Na zakończenie

Wyzwania w zakresie budowania pozycji na globalnym rynku, które stoją przed Polską, mają przede wszystkim charakter systemowy. Konieczne są: zmiana sposobu myślenia, podejścia do partnerstwa prywatno­‑publicznego, a także – co nie mniej ważne – oparcie się pokusie podejmowania działań powierzchownych i pozorowanych. Jeszcze nigdzie na świecie logo ani reklama nie zbudowały reputacji kraju czy firmy. To, co ją buduje, to realne, systematyczne i profesjonalne działania, które tworzą warunki do internacjonalizacji firm, ich innowacyjnego rozwoju i gotowości do przyznawania się, skąd pochodzą. Reputacja, choć niematerialna, ma nieporównywalną z niczym siłę oddziaływania i wymierną wartość. Tylko rozpoznawalni, szanowani i pożądani mamy szansę na sukces na globalnym rynku.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Potrzeba wizji, odwagi i… pieniędzy

Rozmowę prowadzi Leszek Szmidtke, dziennikarz Pomorskiego Przeglądu Gospodarczego i Radia Gdańsk.

Leszek Szmidtke: Co poradzić może polskim firmom szef instytucji państwowej, której zadaniem jest m.in. wspieranie eksportu towarów, usług i kapitału?

Sławomir Majman: 90 proc. dużych polskich firm istnieje na rynku międzynarodowym. Przygotowaliśmy w ubiegłym roku raport prezentujący aktywność naszych przedsiębiorstw na innych rynkach. Dominuje eksport wyrobów i usług, ale ponad 20 proc. dużych polskich firm ma za granicą swoje filie. Natomiast 18 proc. produkuje poza granicami Polski. Nie kryję, że to mało. Wchodzenie na obce rynki utrudnia wiele barier. Naszym przedsiębiorcom brakuje kapitału, kryzys spowodował spadek popytu na świecie, jednak największą przeszkodą jest bariera mentalnościowa. Większość małych i średnich polskich przedsiębiorców uważała, że wystarczy radzić sobie na krajowym rynku. Kryzys utwierdził ich w tym przekonaniu, gdyż jedna ze strategii przetrwania w trudnych czasach polega na schowaniu się na rynku wewnętrznym. Krajowy rynek jest na tyle duży, że uchronił większość naszych firm przed problemami, które miały przedsiębiorstwa w krajach Europy Zachodniej. W szerszym wymiarze właśnie te słabe powiązania z rynkami zagranicznymi dały nam zieloną wyspę. Sukces w radzeniu sobie z kryzysem zwiększył defensywność polskich firm na rynkach międzynarodowych i skupienie się na rynku wewnętrznym. Czeskie lub węgierskie firmy musiały szukać swego miejsca za granicą, gdyż ich wewnętrzne rynki są za małe. Dlatego obecnie mają tam silniejszą pozycję niż nasze przedsiębiorstwa.

Żeby podbijać światowe rynki, trzeba jednak husarskich skrzydeł. W pokoleniu najmłodszych menedżerów nie dostrzegam tej szczypty szaleństwa, która jest niezbędna do zwycięstwa nad konkurencją.

Bariera językowa jest coraz słabsza, nasze firmy zdobywają kapitał, a niedawno ogłoszony ranking pracowitości sytuuje Polaków na drugim miejscu tuż za Koreańczykami. Czego jeszcze trzeba, żeby podbijać światowe rynki?

Krajowy mały i średni biznes prędzej czy później będzie musiał wyjść poza Polskę. Takie firmy ciągle są uboższe niż ich niemieckie lub brytyjskie odpowiedniki. Te po prostu znacznie dłużej istnieją i zdążyły zgromadzić większy kapitał. Nasze, mimo że mają młode i dobrze wykształcone kadry – często z dyplomami MBA, znające kilka obcych języków – to ciągle mają mniejsze doświadczenie międzynarodowe. Jak wspomniałem, polskie firmy są skazane na wychodzenie poza granice kraju, ale determinacja nie wystarczy. Wielkie gospodarki światowe, które osiągnęły wysoki poziom rozwoju, w większości były, a częściowo nadal są, wspierane przez swoje państwa.

Odnoszę wrażenie, że nasze oczekiwania przerastają możliwości. Chcielibyśmy, żeby dwadzieścia lat po wprowadzeniu gospodarki rynkowej nasze firmy były wśród największych. Państwo musiałoby być swoistą trampoliną.

Takie cuda zdarzają się niezwykle rzadko. Nie jesteśmy Japonią lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, nie jesteśmy Chinami na przełomie ostatniej dekady XX i pierwszej XXI wieku. Nie możemy dokonać takiej mobilizacji zasobów, żeby ruszyć w świat. Podobne procesy oczywiście będą się u nas odbywały, nasze firmy pójdą szeroką ławą poza Polskę, ale potrwa to znacznie dłużej. Mamy kadry! Co dziesiąty student w Europie jest Polakiem. Mamy więcej absolwentów szkół wyższych niż Francja.

Tylko że nasze uczelnie są w najlepszym przypadku w czwartej setce światowych rankingów.

We Francji też nie ma światowej czołówki. Nasze uczelnie kształcą inteligentnych ludzi do pracy. Natomiast boję się, że są to jedynie inteligentni wykonawcy. Skłonność do ryzyka, do pewnego szaleństwa dzisiejszych dwudziestopięciolatków jest znacznie mniejsza niż pokolenia ich rodziców. Żeby podbijać światowe rynki, trzeba jednak husarskich skrzydeł. W pokoleniu najmłodszych menedżerów nie dostrzegam tej szczypty szaleństwa, która jest niezbędna do zwycięstwa nad konkurencją. Polski absolwent marzy o zostaniu żołnierzem w korporacyjnej strukturze i chce powoli wspinać się po szczeblach wewnętrznej drabiny, precyzyjnie wykonując postawione zadania. Brakuje mu pewnej charyzmy i wizji zbudowania czegoś wielkiego.

To pesymistyczna ocena pokolenia, które ma podbić świat.

Jest to poważny problem i dlatego o nim wspominam. Natomiast jest jeszcze sprawa udziału państwa. Wielkie ekspansje gospodarcze japońskich, niemieckich czy chińskich firm były i są związane z olbrzymią pomocą publiczną. W naszym kraju rząd wydaje na takie cele naprawdę niewiele. Do tego jeszcze mało angażuje się we wspieranie takich działań. Na początku XX wieku Anatol France snuł rozważania o wyższości republiki nad monarchią, pisząc, że republika nie błyszczy wspaniałymi końmi, pięknymi kobietami, ale ma jedną zaletę: rządzi niewiele. Podobnie jest w naszym przypadku i dlatego trudno się spodziewać gigantycznego programu wspierania eksportu oraz ekspansji polskich firm w świecie.

Przecież bez odpowiedniego pomysłu wspierania oraz wysupłania odpowiednio dużych pieniędzy nie da się zachęcić polskich firm do ruszenia w świat.

Nie da się, a już na pewno nie da się zrobić takiej szarży w ciągu pięciu lat. Stoimy jako państwo przed trudnym wyborem: albo znajdziemy ludzi i pieniądze na stworzenie oraz zrealizowanie takiego wsparcia, albo liczymy, że nasze średnie firmy, zmuszone przez ekonomiczną rzeczywistość, same to zrobią, wykorzystując swoje zasoby. W tym drugim przypadku zajmie to 10, może 20 lat i efekt będzie skromniejszy. A i wtedy jakieś instrumentarium publiczne będzie potrzebne. Dziś polski przedsiębiorca zamierzający otworzyć fabrykę w Indonezji nie ma się do kogo zwrócić o pomoc.

Od kilku miesięcy PAIiIZ powinna wspierać polskie firmy inwestujące za granicą. Tylko że budżet na takie zadania wynosi dokładnie zero złotych.

Powinien przyjść do Pana i pańskiej instytucji…

Teoretycznie tak mógłby zrobić. Od kilku miesięcy PAIiIZ powinna wspierać polskie firmy inwestujące za granicą. Tylko że budżet na takie zadania wynosi dokładnie zero złotych. Mimo to wybraliśmy sześć podstawowych rynków, na których będziemy wspierać naszych przedsiębiorców, między innymi Niemcy, Czechy oraz Chiny. Przygotowaliśmy materiały informacyjne o warunkach i pomocy publicznej. Podpisaliśmy też porozumienia z naszymi odpowiednikami w tych krajach i, dzięki temu, możemy przekazać polskiego inwestora w odpowiednie ręce. Bez pieniędzy więcej nie da się zrobić. Nie mamy nawet środków na udział w wizytach studyjnych w poszczególnych krajach i towarzyszenie naszym inwestorom. Oczywiście, zainteresowany menedżer może też udać się do polskiej placówki dyplomatycznej w kraju, w którym zamierza inwestować. Jednak one nie są przygotowane do takich zadań. Wydziały ekonomiczne ambasad koncentrują się na produkowaniu analiz makroekonomicznych, a te nie są przydatne prezesom firm. Wydziały handlowe podlegające już innemu ministerstwu też nie mają pieniędzy i jakość kadr jest tam bardzo różna. Brakuje spójnego systemu wspierania, który byłby skutecznym narzędziem pomocy polskim firmom. Te potrzebują różnych badań rynków, trendów, informacji o formach pomocy publicznej, dostępie do nieruchomości, wreszcie potrzebna jest pomoc prawna. To są zadania, którymi państwowe instytucje powinny się zająć i je finansować. Do tego należy dodać promocję wizerunku gospodarczego Polski oraz swoisty parasol polityczny. W takich krajach jak Chiny, Malezja, państwa postsowieckie rząd musi się zaangażować, bo inaczej firmy sobie nie poradzą.

Tylko rząd? Województwo Pomorskie otworzyło swoje przedstawicielstwo w Pekinie. Wprawdzie dużych efektów jeszcze nie ma, ale chyba jest na tej mapie wsparcia miejsce dla samorządów regionalnych i większych miast?

Robiliśmy niedawno badania, z których wynika, że 70 proc. pieniędzy na promocję gospodarczą dają marszałkowie i prezydenci dużych miast. Samorządy nie tylko mają więcej pieniędzy, ale też bliżej im do przedsiębiorców, więc ich wsparcie będzie po prostu skuteczniejsze.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Różne modele, ale wsparcie zawsze konieczne

Wiek XXI, w którego drugą dekadę już wkroczyliśmy, jest wiekiem turbo zmian. W związku z tym dramatycznie rośnie skala niepewności i związanego z nią ryzyka. Już dawno temu w naukach ekonomicznych odrzucono pogląd, który obowiązywał od czasów Pierre’a Simona de Laplace’a, kiedy uważano, iż wystarczy tylko dysponować dostatecznie dużą ilością danych i czasem na ich przetworzenie, aby móc trafnie przewidywać przyszłość i dzięki temu z sukcesem konkurować na rynku.

Szybkość zachodzących zmian i ich skokowość sprawiają, że wszelkie wzorce już w momencie ich powstania stają się przestarzałe. Modeli globalizacyjnych przedsiębiorstw jest tak wiele, jak wiele jest różnych koncepcji teoretycznych na ten temat.

Wielość modeli

We współczesnej gospodarce czynnik zmienności i niepewności odgrywa zupełnie inną rolę, niż to miało miejsce w tradycyjnej gospodarce przemysłowej. Obecnie wszystko podlega nieustannym, szybkim i radykalnym zmianom, coraz mniej rzeczy jest pewnych. Wymaga to zupełnie innego podejścia do tworzonych strategii konkurowania na wszystkich poziomach rynku – w tym również na rynku globalnym.

Warto więc sobie uświadomić, że nigdy nie istniał i nadal nie istnieje jeden model, który umożliwiłby zbudowanie firmy globalnej. Tym bardziej teraz nie można oczekiwać jego powstania, gdyż szybkość zachodzących zmian i ich skokowość sprawiają, że wszelkie wzorce już w momencie powstania stają się przestarzałe. Modeli globalizacyjnych przedsiębiorstw jest tak wiele, jak wiele jest różnych koncepcji teoretycznych na ten temat.

Nie dość więc, że nie ma modelu uniwersalnego, to jeszcze żaden z istniejących modeli i wzorców, które są licznie opisywanie w literaturze, nie realizuje się samoczynnie. W mniejszym lub większym stopniu, zawsze wymagają one pomocy państwa – jego interwencjonizmu. Ma to miejsce również w modelu, który ideologicznie od tej pomocy się odżegnuje, czyli w modelu neoliberalnym, w którym tę pomoc zazwyczaj dyskretnie się ukrywa. Wniosek, który z tego wynika dla Polski, jest taki, że nie wystarczy tylko poprawić całościową instytucjonalną obudowę biznesu w naszym kraju. W szczególności infrastruktura prawna w Polsce powinna być znacznie bardziej przejrzysta, a obsługa administracyjna wyraźnie przyjazna. Konieczne staje się znacznie większe zaangażowanie polskiego państwa i jego różnorodnych agend w postaci zorganizowanej i konsekwentnie realizowanej pomocy polskim przedsiębiorstwom na rynku globalnym.

Aby stać się firmą globalną, trzeba najpierw odnieść widoczny i trwały sukces na rynku krajowym, trzeba na nim produkować i to na dużą skalę.

Znaczenie własnego rynku

Czynnikiem, który obecnie w istotny sposób ułatwia stanie się firmą globalną, jest umiejętność wykorzystania popytu globalnego. To on bowiem napędza produkcję w skali prawdziwie masowej i wykraczającej poza rynki krajowe. Jest to warunek konieczny, ale nie jest on wystarczający. Jako globalne nie może być bowiem określane takie przedsiębiorstwo, które od samego początku jedynie korzysta z globalnego popytu (globally born). W ostatnich latach najczęściej określenie to odnosi się do firm małych i niszowych z sektorów „wysokiej techniki”. Aby stać się firmą globalną, trzeba najpierw odnieść widoczny i trwały sukces na rynku krajowym, trzeba na nim produkować i to na dużą skalę. Korzystanie z globalnego popytu nie oznacza więc, że przedsiębiorstwo staje się automatycznie firmą globalną.

W dużych tarapatach znalazły się te kraje, które zastosowały model globalizacyjny oparty na rozwoju tzw. pustych korporacji ponadnarodowych, gdzie znaczenie ma tylko faza projektowania i kontroli globalnej sieci dystrybucji produktów, a nie ich wytwarzanie. Obecnie najlepszym tego przykładem jest gospodarka amerykańska. Zwraca na to uwagę Clyde Prestowitz, główny negocjator traktatów handlowych w Azji w administracji prezydenta Reagana, w swojej najnowszej książce poświęconej przyczynom obecnego schyłku amerykańskiej hegemonii gospodarczej w świecie (The Betrayal of American Prosperity). Pisze w niej, że przez większość historii USA były państwem, które aktywnie wspierało rodzimy przemysł, chroniło własny rynek przed nieuczciwą konkurencją, promowało swoje produkty najwyższej jakości poprzez politykę proinnowacyjną i przede wszystkim charakteryzowało się wysoką stopą oszczędności. To wszystko w ostatnich czasach się zmieniło, przyjęto bowiem odmienne i fałszywe idee. Po pierwsze, że to konsumpcja, a nie produkcja napędza rozwój gospodarczy. Po drugie, że wolny handel ma zawsze charakter „win­‑win”. Po trzecie, że wszelka globalizacja jest zawsze dobra, a mechanizm rynkowy ma zawsze przewagę nad interwencjonizmem państwowym. I wreszcie, że transfer procesów bezpośredniej produkcji poza własny kraj zwiększa dynamikę jego rozwoju i dobrobyt, gdyż wkroczyliśmy w epokę globalnej gospodarki usług.

Silna globalna firma może narodzić się także w Polsce – wymaga to jednak nie mniej silnego i konsekwentnego wsparcia ze strony polskiego państwa i jego instytucji.

Zalety interwencjonizmu

Z najbardziej ogólnego punktu widzenia można wyróżnić dwa modele globalizacyjne: model euroatlantycki i azjatycki. Ten pierwszy jest w ogromnej mierze związany z globalizacją mikroekonomiczną, czyli taką, która dokonuje się poprzez przedsiębiorstwa. Przykładem sukcesu tego modelu są firmy skandynawskie. W rankingach Banku Światowego, aż cztery kraje z tego regionu świata są wymieniane najczęściej jako te, które mogą pochwalić się ogromnym sukcesem na rynku globalnym: Finlandia, Dania, Szwecja i Norwegia.

Na globalnym rynku pojawiają się jednak coraz częściej firmy spoza dominujących dotąd krajów: Japonii, Chin, Indii Korei Południowej i Tajwanu. Jest bardzo wiele nowych, na przykład z Malezji, Singapuru, Kazachstanu, Mongolii, Wietnamu. One także potrafią korzystać z dostępu do globalnego popytu i umiejętnie wykorzystują obecną fazę neoliberalnej globalizacji. Czynią to jednak inaczej i znacznie umiejętniej niż ta pierwsza grupa krajów, bo wykorzystują narzędzia interwencjonizmu państwowego.

Warto więc zastanowić się, co stoi na przeszkodzie, aby także polskie przedsiębiorstwa, korzystając z najnowszych doświadczeń innych, zaczęły stosować podobne i jeszcze lepsze strategie konkurowania na globalnych rynkach. Silna globalna firma może narodzić się także w Polsce – wymaga to jednak nie mniej silnego i konsekwentnego wsparcia ze strony polskiego państwa i jego instytucji.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Globalna wolnoamerykanka

Postępująca globalizacja rynków jest wyzwaniem dla wszystkich – jednostek, społeczności, państw i regionów. Aby zrozumieć złożoność powstających w tym procesie zależności, zacznę od identyfikacji zjawiska.

Czym różnią się rynki globalne od innych?

Rynek jako pojęcie ekonomiczne mieści w sobie wiele znaczeń – jest miejscem geograficznym, w którym dokonuje się transakcji kupna i sprzedaży towarów, ale także układem struktur formalnych i społeczno­‑kulturowych, w których te transakcje są zawierane i realizowane, a więc rynek to instytucja… Przyjmując w uproszczeniu te cztery elementy charakterystyki rynku: czas – miejsce – struktury formalne – rytuały, czym różnią się rynki globalne od lokalnych? Po pierwsze są dostępne całą dobę. Po drugie zlokalizowane są w wielu miejscach, nie zawsze wiadomo gdzie. Po trzecie charakteryzują je: duża liczba transakcji, wielu odległych partnerów oraz złożone struktury organizacyjne. Po czwarte cash is king – w centrum uwagi są wyłącznie krótkookresowe wyniki finansowe.

Warunkiem istnienia globalnych rynków jest swoboda przepływu towarów, kapitału i pieniądza, a także siły roboczej. Typowym przykładem rynków globalnych są rynki finansowe, wiele rynków surowcowych, w dużym stopniu rynek energii. Ponadto występujące na licznych innych rynkach tendencje globalizacyjne zbliżają je pod wieloma względami do rynków globalnych.

Otwarte rynki oferują większy wybór towarów i usług, wymuszają wyższą wydajność pracy (konkurencja), nowe produkty, ułatwiają dostęp do informacji i umożliwiają kontakty z licznymi sieciami partnerów.

Plusy i minusy globalizacji rynków

Jakie zmiany w gospodarce powoduje globalizacja rynków? Krótka odpowiedź na to pytanie brzmi, że pozytywne i negatywne. Rzecz w tym, by te pierwsze przeważały. Otwarte rynki oferują większy wybór towarów i usług, wymuszają wyższą wydajność pracy (konkurencja), nowe produkty, ułatwiają dostęp do informacji i umożliwiają kontakty z licznymi sieciami partnerów. Prowadzi to do standaryzacji produkcji/dystrybucji i uniformizacji pracy, wzorów konsumpcji i zachowań. Restrukturyzacja gospodarki powoduje zmiany w zatrudnieniu i płacach – wzrost bezrobocia, konieczność zmiany miejsca zamieszkania lub rozłąki z rodziną, spadek dochodów i ubożenie, które dotykają wybrane regiony i grupy pracowników o niskich kwalifikacjach. Pracownicy lepiej przygotowani i przedsiębiorczy oraz „góra” sektora bankowo­‑finansowego odnoszą sukces i szybko się bogacą, więc rozpiętość dochodów wzrasta. Państwo traci kontrolę, przejmuje ją biznes. Powstają enklawy skrajnej biedy i prowokującego nowobogactwa. Praca w coraz większym stopniu zatraca cechy zespołowego współdziałania i staje się indywidualną pogonią w celu osiągnięcia wyników dających szanse promocji. Takie elementy zachowań kolektywnych jak wzajemna pomoc, wspólnota interesów i lojalność zanikają. Wiele firm wielonarodowych stawia jako warunek inwestycji zakaz organizacji pracowników w związkach zawodowych. Rosnąca niepewność własnego losu i pozycji skłania zarówno jednostki, jak i firmy do podejmowania decyzji o rosnącym poziomie ryzyka, co potwierdził kryzys finansowy roku 2007 i jego skutki.

Rynki, z natury koniunkturalne i niestabilne, wymagają rozumnego sterowania i kontroli, aby przeciwdziałać destabilizacji i nierównościom społecznym, które wywołują konflikty.

Potrzeba sterowania i kontroli

Ćwierćwiecze dominacji liberalistycznych teorii ekonomicznych w polityce gospodarczej wiodących krajów Europy i Ameryki doprowadziło do wielu kryzysów, od azjatyckiego w 1997 roku poczynając, a na kryzysie finansowym 2007 roku, nadal trwającym, kończąc. Skutki tego ostatniego nie zamykają się w trylionowych sumach wydanych z budżetów państw na ratowanie finansowych gigantów, to także kryzys szkoły myślenia. Wolne od kontroli globalne rynki i mechanizm konkurencji nie prowadzą do optymalnego rozwoju gospodarki światowej i wzrostu dobrobytu wszystkich mieszkańców globu. Taka recepta na sukces sprawdziła się tylko dla niewielkiej grupy biznesowej elity, wymaga więc rewizji.

Okazało się jednocześnie, że kraje, w których rola państwa w gospodarce była większa oraz/lub instytucje społeczne silne, dały sobie lepiej radę z kryzysem i jego skutkami. Czy to paradoks czy recepta na zrównoważony rozwój?

W wydanej w bieżącym roku książce „The Globalization Paradox” profesor Dani Rodrik konkluduje, że rynki globalne, państwo narodowe i demokracja nie mogą współistnieć. Tylko dwa z tych trzech elementów mogą istnieć jednocześnie. Argumentacja, poparta wieloma przykładami, pokazuje, że rynki, z natury koniunkturalne i niestabilne, wymagają rozumnego sterowania i kontroli, aby przeciwdziałać destabilizacji i nierównościom społecznym, które wywołują konflikty. Państwo narodowe nie ma obecnie skutecznych instrumentów kontroli rynków globalnych, nie ma też instytucji międzynarodowych, które by tę rolę mogły pełnić. Niekontrolowane rynki finansowe prowokują hazard, destabilizują i antagonizują rynki pracy, dlatego konieczny jest kompromis i właściwe proporcje miedzy rynkami – państwem – demokracją. Hegemonia rynków nie stwarza optymalnych warunków rozwoju społeczno­‑gospodarczego. Zbliżone stanowisko zajmują amerykańscy laureaci nagrody Nobla w ekonomii Joseph Stiglitz i Paul Krugman. Wniosek? Silne rynki potrzebują silnego państwa. A co z demokracją i społeczeństwem? Na ten temat więcej do powiedzenia mają socjologowie i politolodzy niż ekonomiści.

Kompetencje cywilizacyjne społeczeństwa to jego zdolność adaptacji do zmieniających się struktur organizacyjnych oraz umiejętność kolektywnego działania w celu poprawy standardu życia – nie tylko własnego, ale również współpracowników, współziomków, współmieszkańców itd.

Znaczenie kompetencji cywilizacyjnych

W 1993 roku prof. Piotr Sztompka w artykule opublikowanym w „Zeitschrift für Soziologie” użył pojęcia „kompetencje cywilizacyjne”, określane jako zespół predyspozycji kulturowych, decydujących o gotowości do społecznego i politycznego uczestnictwa, dyscyplinie pracy, aspiracjach edukacyjnych, myśleniu innowacyjnym, etycznym zachowaniu. Pojęcie to, częściowo pokrywające się z innymi kategoriami analiz socjologicznych, jak np. społeczeństwo obywatelskie czy kapitał społeczny, jest przydatne do zrozumienia różnic między reakcją gospodarek różnych krajów w sytuacjach trudnych. W moim rozumieniu kompetencje cywilizacyjne społeczeństwa to jego zdolność adaptacji do zmieniających się struktur organizacyjnych oraz umiejętność kolektywnego działania w celu poprawy standardu życia – nie tylko własnego, ale również współpracowników, współziomków, współmieszkańców itd. Kolektywne działania wymagają wzajemnego zaufania oraz zaufania do instytucji – jego brak nie sprzyja podejmowaniu inicjatyw.

Konieczna jest wiara, że działania zbiorowe przyniosą zamierzony efekt. Czy kompetencje cywilizacyjne i wysoki poziom rozwoju społeczeństwa obywatelskiego mają związek z sukcesem kraju na rynkach globalnych? Tak, ale odpowiedź na pytanie jest bardziej złożona.

Biorąc pod uwagę, przykładowo, zaufanie obywateli do parlamentu, rządu i urzędów państwowych (na podstawie badań OECD w 2009 roku) uzyskano następujące wyniki:

  • parlament: Norwegia 70%, Polska i Węgry 35%, Korea 10%,
  • rząd: Norwegia 65%, Polska i Węgry 40%, Korea 30%,
  • urzędy państwowe: Korea 70%, Polska 30%, Czechy 20%, Grecja 10%.

Społeczeństwa o wysokim poziomie kompetencji cywilizacyjnych osiągają lepsze wskaźniki rozwoju.

Jak można się domyślać, czynności takie jak: legalizowanie pracy, ściągalność podatków, uczestnictwo w wyborach czy inne formy społecznej partycypacji, będą różne w wyżej wymienionych krajach. Czy może to oznaczać, że Norwegia ma większe szanse odniesienia sukcesu na rynkach globalnych niż Polska i Korea? Odpowiedź zależy od tego, jak rozumiemy pojęcie sukcesu na rynkach globalnych. Sukces firmy lub pojedynczego przedsiębiorcy będzie w dużym stopniu zależny od indywidualnego wysiłku, a w małym od poziomu kompetencji społecznych współobywateli, choć te mogą podnieść poczucie pewności i chęć podejmowania inicjatyw.

Jeśli sukces będziemy rozpatrywać w skali kraju, to dane statystyczne potwierdzają tezę, że społeczeństwa o wysokim poziomie kompetencji cywilizacyjnych osiągają lepsze wskaźniki rozwoju – równomierny wzrost płac i dochodów, niską stopa bezrobocia, mniejsze rozwarstwienie – w długim okresie czasu, 5–10 lat. System zabezpieczeń społecznych daje poczucie stabilności. W okresach krótkich, jeśli sukces mierzyć roczną stopą wzrostu PKB, trudno taką zależność zaobserwować – zmiany systemowe mogą wyzwolić wiele rezerw wzrostu wydajności niezależnie od stanu kompetencji społecznych. Jednak wysokim wskaźnikom wzrostu PKB towarzyszy często wysokie bezrobocie, rosnące rozpiętości dochodów, rosnący deficyt bilansu handlowego, a więc wzrost PKB ma swój koszt społeczny, który w perspektywie może stać się hamulcem rozwoju. Dynamice wzrostu powinny w takim przypadku towarzyszyć działania społeczne nastawione na budowanie społeczeństwa obywatelskiego.

Wnioski

Globalne rynki są kolejnym etapem umiędzynarodowienia gospodarek narodowych i tego procesu nie można zatrzymać ani odwrócić. Jednakże globalizacja nie może być wyłącznie mechanizmem rynkowym, lecz powinna być sterowana i kontrolowana przez instytucje państwowe oraz międzynarodowe, aby nie doprowadzać do hazardu, kumulowania ryzyka, rażących nierówności dochodowych i destabilizacji. Governance, czyli rozumne sterowanie rynkami globalnymi, zróżnicowane w zależności od rodzaju społeczeństwa, jego kompetencji i funkcjonujących w nim instytucji, oraz uwzględniające poziom rozwoju – to droga do sukcesu, przez który rozumiem stabilny rozwój gospodarczy i społeczny gospodarek narodowych będących aktywnymi uczestnikami międzynarodowego podziału pracy.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Uczuleni na sukces

Rozmowę prowadzi Leszek Szmidtke, dziennikarz „Pomorskiego Przeglądu Gospodarczego” i Radia Gdańsk.

Sukces w życiu społecznym i ekonomicznym nie jest grą o sumie zerowej. Najczęściej sukces jednej osoby pociąga za sobą sukces innych

Leszek Szmidtke: Zna pan anegdotę o dwóch sąsiadach, z których jeden ma 100 krów, a drugi jedną i o co się modli ten drugi w wersji angielskiej, amerykańskiej i polskiej?

Edmund Wnuk­ Lipiński: Znam tę, jak i bardziej drastyczną wersję, w której Polak mając możliwość spełnienia przez złotą rybkę życzenia pod warunkiem, że sąsiad otrzyma dwa razy więcej, prosi o wydłubanie oka. To oczywiście stereotypy, ale nawet w takich opowieściach kryje się ziarenko prawdy. Socjolodzy się nad tym pochylili, zbadali i nazwali taką postawę „zawistnym egalitaryzmem”. Taka postawa występuje, kiedy człowiek czuje się skrzywdzony, a komuś innemu powodzi się lepiej i obie sytuacje nie mają ze sobą żadnego związku. Interpretacje tego zjawiska biorą pod uwagę pewien rys mentalności społecznej, który ma miejsce nie tylko wśród Polaków, ale wśród grup społecznych, którym się nie wiodło. Występuje tam myślenie indywidualne, oceniające rzeczywistość jako grę o zerowym bilansie. W takim rozumieniu, jeżeli ktoś osiąga sukces, to ktoś inny musi cierpieć niedostatek lub zostać pokonanym. Tymczasem sukces w życiu społecznym i ekonomicznym nie jest grą o sumie zerowej. Najczęściej sukces jednej osoby pociąga za sobą sukces innych.

ppg-3-2011_zawistny_egalitaryzm

W takim razie problemem jest sukces.

Zarówno sukces, jak i reakcja na sukces. W pojęciu sporej części naszego społeczeństwa, jeżeli ktoś odniósł sukces, to na pewno nie zrobił tego uczciwie. W społeczeństwie amerykańskim, nawet jeżeli ktoś poniósł porażkę, zazwyczaj udaje, że odnosi sukcesy. U nas, jeżeli ktoś odniósł sukces, to często udaje, że mu się nie udało. W obu przypadkach mamy do czynienia z zasadą mimikry społecznej, czyli wtapiania się w tło, żeby nas nie stygmatyzowano. Różnica polega na tym, że w Stanach Zjednoczonych stygmatyzuje się nieudaczników, a u nas ludzi sukcesu. Ma to wymierne skutki ekonomiczne.

Ostatnie kilkanaście lat nie podważa takiego postrzegania sukcesu?

Polskie społeczeństwo, podobnie jak każde inne, jest wewnętrznie bardzo zróżnicowane. Klimat społeczny wyznaczają proporcje i one informują, co w społeczeństwie dominuje, jaki typ mentalności lub postawy. Ostatnie lata zmieniają te proporcje na korzyść pozytywnego postrzegania sukcesu. Podobne procesy obserwujemy w innych społeczeństwach naszego regionu, które tak jak Polska przeszły przez komunizm. Ten bardzo prosty opis społeczeństwa polskiego i amerykańskiego, który przedstawiłem przed chwilą, nadal dominuje w definiowaniu ludzi. Bardzo interesującą informację o stanie społeczeństw otrzymujemy poprzez określenie, jakie dane są drażliwe. Wszędzie informacje o zarobkach, stanie posiadania są takimi danymi. Politycy, którzy muszą bacznie się przyglądać społecznym nastrojom nie okazują swojej zamożności, jak też nie chwalą się znajomościami z najbogatszymi.

Jak wygląda sukces po polsku? Wystarczy, że mam duży dom, dobry samochód i dwa razy do roku wyjeżdżam za granicę na urlop?

Socjologowie i psychologowie społeczni narzekają, że gospodarka rynkowa wprowadziła do relacji międzyludzkich urzeczowienie stosunków. Drugiego człowieka traktuje się najczęściej w dwóch kategoriach: albo jako tego, który pomoże podnieść nasz status materialny, albo jako osobę zagrażającą naszemu statusowi. Dalsza ocena następuje dopiero później. Dość dawno temu Weber mówił o trzech wymiarach, które są również miarą sukcesu: władza, pieniądze i prestiż. Jeżeli człowiek notowany jest wysoko w każdym z tych trzech wymiarów, to mamy pełen sukces. Zdarzają się modyfikacje i jednego jest trochę mniej, a drugiego więcej. Na przykład profesor uniwersytetu ma niewielką władzę, ale za to wysoki prestiż. Politycy są na dole drabiny prestiżu, ale mają władzę. Przedsiębiorcy często są traktowani podejrzliwie, sądzi się, że ich majątek nie ma czystego pochodzenia. Spora część społeczeństwa własność państwową uważa za coś lepszego. Tacy ludzie traktują też znaczenie lepiej kapitał zagraniczny niż polski.

Chyba jednak spora część polskich przedsiębiorców rozumienie sukcesu ogranicza do sfery materialnej, a ponieważ w minionych dwudziestu latach zarobili sporo, teraz chcą już tylko z tego korzystać.

W pierwszych latach transformacji rozpoczynający swoją karierę przedsiębiorcy, podobnie jak całe społeczeństwo, byli głodni konsumpcji. Jednak po pewnym czasie następuje nasycenie, bo ile razy można zmieniać domy, kupować nowe samochody. Zwłaszcza, że w bogacącym się społeczeństwie takich oznak sukcesu materialnego jest coraz więcej. Wówczas pojawia się pytanie, co dalej. Pojawia się refleksja: mnie się powiodło, ale może część mojego sukcesu powinienem uspołecznić, tak żeby inni mogli z tego korzystać?

Jest to już zauważalne zjawisko?

Dostrzegam już takie postawy, ale do osiągnięcia skali występującej w USA droga jest bardzo daleka.

Na Kaszubach, czy szerzej na Pomorzu, znam wielu przedsiębiorców, którzy bardzo aktywnie działają na rzecz lokalnych społeczności. Ich identyfikacja z najbliższym otoczeniem jest tak duża, że wspierają różne inicjatywy lub sąsiadów. Pozostałość po zaborach?

Takie dziedzictwo widać w dwóch wymiarach. Pierwszym jest sposób głosowania, a drugim zindywidualizowana konsumpcja widoczna głównie na terenach byłego zaboru rosyjskiego oraz kapitał społecznie odpowiedzialny, czyli pomoc tym, którym mniej się powiodło, i to wyraźnie obserwujemy na ziemiach byłego zaboru pruskiego. Pamiętajmy, że jednak później była II wojna światowa, której konsekwencją były między innymi spore migracje.

Z tym całym, negatywnym i pozytywnym dorobkiem stajemy przed globalizującym się światem. Czy mamy szansę na sukces, na nawiązanie w miarę równorzędnej walki konkurencyjnej?

Trzeba to jeszcze wpisać w pewien kontekst. Niemal wszyscy nasi politycy, niezależnie od politycznej opcji, są za sprawiedliwością społeczną. Mamy dwie zasady: egalitarną, czyli mamy wszyscy równe żołądki, i merytokratyczną, mówiącą, że jeżeli w biegu na 100 metrów wszyscy będziemy mieli taki sam czas niezależnie od wysiłku oraz prędkości, z jaką przemierzyliśmy ten dystans, to po co biec? Sprawiedliwie będzie, kiedy wygra ten, który przebiegnie najszybciej. Przekładając to na język relacji społecznych: sprawiedliwe jest, że ten kto więcej daje, powinien mieć większe zwroty. W merytokratycznym rozumieniu sprawiedliwości społecznej, jeżeli ktoś jest leniem albo mniej utalentowany lub z jeszcze innych powodów źle pracuje, to powinien zarabiać mniej niż ten, który się kształcił i dobrze pracuje. Gospodarka funkcjonująca na takich zasadach jest dużo bardziej konkurencyjna niż egalitarna.

Jednak nic z tych rzeczy, z tych wartości nie jest dane raz na zawsze. Można coś zyskać lub zbudować, można też stracić. Czy ostatnie 20 lat pozwala spoglądać z nadzieją, że za jakiś czas nasi przedsiębiorcy będą równoprawnymi uczestnikami globalnej gospodarki i będą mogli konkurować z innymi bez bagażu zawistnego egalitaryzmu?

Jestem historycznym optymistą i uważam, że mimo różnych meandrów, idziemy w dobrą stronę, nadrabiając dystans. Jestem przekonany, że nasi przedsiębiorcy mają szansę na globalne kariery. Widać, że dla wielu z nich polska gospodarka jest za ciasna. Chcą ekspandować, chcą odgrywać coraz większą rolę także na innych rynkach.

Chyba nie ma pan na myśli tych poprzestających na zaspokojeniu swoich potrzeb materialnych?

To nie są prawdziwi przedsiębiorcy.

Prawdziwy przedsiębiorca jest nienasycony w rozwoju swojej firmy. Nie chodzi mu o indywidualną konsumpcję. Warren Buffett nie inwestuje dlatego, że chce mieć jeszcze więcej pieniędzy, bo potrzebuje nowego domu czy jachtu. To jest jego sposób na życie. (…) Przedsiębiorca, który jest zorientowany na konsumpcję, nie odniesie sukcesu, bo ma zaniżone cele.

Prawdziwy przedsiębiorca jest nienasycony?

Prawdziwy przedsiębiorca jest nienasycony w rozwoju swojej firmy. Nie chodzi mu wcale o indywidualną konsumpcję. Warren Buffett nie inwestuje dlatego, że chce mieć jeszcze więcej pieniędzy, bo potrzebuje nowego domu czy jachtu. To jest jego sposób na życie. W tej grze nie ma górnej granicy. Przedsiębiorca, który jest zorientowany na konsumpcję, nie odniesie sukcesu, bo ma zaniżone cele. Tylko przedsiębiorca, który chce odnieść sukces gospodarczy, ma szansę.

Zatem polski przedsiębiorca musi wyjść poza granice kraju?

Przede wszystkim musi opuścić niszę konsumpcji. Natomiast jeżeli chce odnieść prawdziwy sukces, musi wystartować w dużych, globalnych zawodach. Niektórzy już to robią. Tylko że nie zachwycamy się takimi wyczynami.

Brakuje nam wielkich sukcesów gospodarczych, wielkich i znaczących firm jak Nokia lub Microsoft?

Załóżmy, że poszukiwania ropy prowadzone przez Jana Kulczyka zakończą się sukcesem i będziemy mieli naftowego potentata. Czy byłby to dla Polaków powód do dumy? Dla 80 procent rodaków byłby to powód do zazdrości, a nie do dumy. Nie mogę tego poprzeć żadnymi wynikami badań, ale zdecydowana większość społeczeństwa ocenia świat w relacjach zero­‑jedynkowych i uważa, że skoro on odniósł sukces, to tym samym mnie okradł. Jeżeli nie uda się nam zmienić takiego postrzegania świata, to będziemy mieli duży problem z ekspansją polskich przedsiębiorców.

Przedsiębiorcy, którzy już działają na zagranicznych rynkach, są zgodni, że młode pokolenie jest wolne od takich obciążeń i swobodnie porusza się po świecie. Nie chodzi tylko o znajomość języków obcych, ale nie ma w nich strachu przed zetknięciem się z innymi ludźmi, inną kulturą, zwyczajami.

Wymiana pokoleniowa już następuje, ale co uda się osiągnąć, będzie zależało miedzy innymi od poczucia tożsamości lub wzbogacenia rozumienia tożsamości. W 2007 roku prowadziliśmy badania i efekt był bardzo interesujący. Prawie 1/4 badanych czuje się jednocześnie Polakami i Europejczykami. Przedsiębiorcy są również częścią społeczeństwa i te zmiany w tym środowisku pójdą tym samym torem. Jednak decydujący był, jest i będzie pomysł na biznes.

W jakich warunkach będą mogły się rozwijać postawy sprzyjające wchodzeniu polskich firm na globalne rynki?

Trzeba nowego pokolenia.

Jeżeli nowe pokolenie będzie się kształtować w warunkach zbliżonych do tego, co wpływało na ich rodziców, to efekt będzie niewielki.

Dlatego trzeba przestać się zachwycać, że świat stoi przed nami otworem, a traktować to jako stały warunek brzegowy. Trzeba też zastosować w praktyce hasło „myśleć globalnie, działać lokalnie”. Niby te słowa są mocno wyświechtane, ale znakomicie oddają istotę sprawy. Zawsze działamy lokalnie. Nawet globalna korporacja, chcąc skutecznie konkurować, musi zadbać o tzw. mikro marketing. Coś, co spowoduje, że ich produkty będą przyjęte jako swoje.

Mamy dwa państwa koreańskie. Kilkadziesiąt lat temu, po zakończeniu wojny, oba prezentowały podobny poziom. Dziś dzieli je ogromny dystans. Co zrobić, żeby powtórzyć skok Korei Południowej?

Dlatego jestem optymistą. Skoro Korei Południowej się udało, to nam też może się udać. A dlaczego im się udało? Jest kilka hipotez. W pierwszej sukces jest zasługą systemu autorytarnego, który panował w tym kraju przez długie lata, a który pozwolił na start z niskimi, konkurencyjnymi cenami towarów. Druga hipoteza, sprzeczna z pierwszą, tłumaczy to właśnie upadkiem systemu totalitarnego i wejściem w krąg zachodnich wartości, w tym chrześcijańskich. Trzecia hipoteza mówi o systemie naczyń połączonych krajów azjatyckich. Potencjał tych krajów jest tak duży, podobnie jak szybkość uczenia się, a do tego bardzo tania siła robocza, że wystarczyło zliberalizować gospodarkę, żeby osiągnąć taki efekt. Najpierw była Japonia, później Korea Południowa, teraz Chiny, a w kolejce czeka Wietnam.

Jeżeli z dwóch sprinterów biegnących obok siebie jeden ma do pokonania płotki, a drugi biegnie bez przeszkód, wiadomo, który wygra. Rolą polityków jest usuwanie przeszkód, żeby nasi przedsiębiorcy mogli wygrywać na globalnych rynkach.

W ostatnich latach kilka milionów, głównie młodych, Polaków wyjechało za granicę w poszukiwaniu pracy, lepszego życia. Czy nauczą się tam innego patrzenia na sukces?

Niewielu z wyjeżdżających wróciło i oni raczej nie odnieśli sukcesu. Za granicą pozostały osoby, które się tam zaaklimatyzowały, wręcz wygrały szansę. Wygrały dlatego, że tam miały mniej barier, częściej pomocną dłoń. Jeżeli z dwóch sprinterów biegnących obok siebie jeden ma do pokonania płotki, a drugi biegnie bez przeszkód, wiadomo, który wygra. Rolą polityków jest usuwanie przeszkód, żeby nasi przedsiębiorcy mogli wygrywać na globalnych rynkach.

Dziękuję za rozmowę.

Skip to content