Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Co chcemy zmieniać na co?

W projektowaniu działania w kulturze warto odwoływać się do myślenia antropologicznego, posługiwać narzędziami właściwymi antropologii kultury. Co to znaczy i do czego może się przydać?

Rozpoznanie antropologiczne zajmuje się badaniem wszelkiej ludzkiej, kulturowej aktywności, a więc nie tylko przejawów tzw. „kultury wysokiej”. Z czego innego wyrasta działanie animacyjne, jeśli nie z trafnego rozpoznania wzoru kultury – w szczególności społeczności lokalnej, jej kapitału, mocnych stron, ale i ograniczeń, obszarów możliwej i pożądanej przez tę społeczność zmiany? Przy projektach realizowanych przez nas, naszych współpracowników czy studentów pojawia się – jako jedno z wielu – zawsze to samo pytanie: skąd wiemy, że zmiana wywołana przez działanie (takie jak projekt kulturalny czy kulturalno-społeczny, akcja edukacyjna czy edukacyjno-artystyczna) będzie zmianą „właściwą”, społecznie użyteczną, potrzebną – przede wszystkim w doświadczeniu uczestników takich działań. Co chcemy zmieniać na co? Tutaj odwołujemy się właśnie do rozpoznania antropologicznego – w pewnym sensie jest ono zawsze afirmatywne; wszędzie tam, gdzie istnieje jakaś kulturowa rzeczywistość – ma ona swoje wewnętrzne reguły, choć nie zawsze są one oczywiste i czytelne. Zawsze istnieją społeczne więzi, hierarchia wartości, role społeczne i związane z nimi zadania oraz typy aktywności.

Nie jest oczywiście tak, że para – antropologia – animacja jest receptą na wszystko, a strategia: rozpoznajemy, to co pozytywne (przez badanie) – wzmacniamy to co pozytywne (przez działanie), jest genialnie prostym rozwiązaniem wszystkich trudnych kwestii społecznych.

Z pewnością dotyczy to jednak pewnego bardzo ważnego obszaru, a centralne dla niego pojęcie powtarza się w programach, projektach, strategiach, konkursach. Chodzi tutaj o obszary tzw. wykluczenia społecznego – to jak przeciwdziałać ich powstawaniu, czy też ograniczać te już istniejące. „Działanie dotyczy: 1) wsparcia osób zagrożonych wykluczeniem społecznym w zakresie integracji zawodowej i społecznej 2)wspierania młodzieży zagrożonej wykluczeniem społecznym 3) rozwoju systemu przeciwdziałania wykluczeniu społecznemu” – czytamy w dokumentach Europejskiego Funduszu Społecznego (a cytat ten przytaczam tutaj jako reprezentatywną próbkę swoistego języka).

Tutaj otwiera się pole do rozmowy: bo właśnie w tym momencie rozpoznania antropologiczne rozmijają się z rozpoznaniami „systemowymi”. Tam, gdzie bezrobocie jest – w świetle statystyk – wysokie często ludzka aktywność i zaradność jest niemała. Tam, gdzie mówimy o młodych bezrobotnych albo młodzieży zagrożonej wykluczeniem – mamy czasem do czynienia ze świadomie wybranym alternatywnym stylem życia, „syndromem pozytywnego niedostosowania”. Pozytywnego – bo realizowanego przez działanie, aktywne i skuteczne radzenie sobie z własnym życiem. Ci, którzy w języku strategii i programów rozwoju społecznego są określani jako „wykluczeni”, na ogół nie rozpoznają się w tym określeniu (to zresztą zrozumiałe – któż z nas z własnej woli przypiąłby sobie taką łatkę?).

Trudność polega na tym, żeby zaproponować takie działanie, które jest jednocześnie afirmujące, ale nie traci swojego systemowego charakteru. Rozpoznanie antropologiczne nie jest naiwne (Kopią w biedaszybach? To świadectwo wspaniałej zaradności! Dzieci nie chodzą do szkoły, bo zbierają zioła i leśne runo? Zostawmy to – to społeczność tradycyjna! Nie chodzisz do szkoły, ale grasz na gitarze i wydajesz płyty? Gratulujemy, szkoła nie jest ci potrzebna!). W myśleniu o działaniu animacyjnym wyrastającym z rozpoznań społecznych chodzi jednak o to, by wzmacniać to, co rzeczywiste – zdjąć odium kompromitacji i „gorszości” z działania, które jest skuteczną (choć swoistą) przedsiębiorczością, odwoływać się do faktycznych systemów wartości (jedną z nich w środowiskach „wykluczonych” jest praca, choć niekoniecznie „zatrudnienie”), doceniać działalność systematyczną (choć niesystemową).

Te rozpoznania mają charakter wstępny – wynikają z doświadczeń pracowników Instytutu Kultury Polskiej zaangażowanych w badania nad antropologią biedy i antropologią codzienności, a jednocześnie przekładających rezultaty swoich badań na projektowanie działań animacyjnych (tu antropologia staje się „nauką stosowaną”). Jesteśmy przekonani, że otwiera się tutaj pole ważnej rozmowy – nad zadaniami i zakresem działań społecznych i kulturalnych, nad redefinicją pojęcia „wykluczenia”. Dla nas – jest to jednocześnie początek projektu badawczego i działania nastawionego na społeczną zmianę.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Miastotwórcza rola kultury

Miasto od zawsze cechowała różnorodność będąca warunkiem wszelkiej twórczości; było ono miejscem tworzenia i wymiany nowych idei, w miastach powstawały uniwersytety i rozwijała się nauka, budowano katedry, tworzono arcydzieła malarstwa i inne dobra kultury. Na czym więc polega dzisiaj kreatywna siła współczesnego miasta – metropolii, o której tak dużo się obecnie pisze? Być może właśnie na powrocie do źródeł miejskości, do okresu sprzed epoki industrialnej, która pokryła miasto dymem kominów fabrycznych i ogłuszyła hukiem maszyn, które przez jakiś czas były elementem kultury, inspirując zafascynowanych potęgą przemysłu.

Obecnie w metropoliach następuje szybki proces deindustrializacji i tak na przykład w Berlinie w ciągu siedmiu lat liczba miejsc pracy spadła o 60%, w Paryżu przez 30 lat zatrudnienie w przemyśle zmniejszyło się o 80%. Podobne zjawisko widoczne jest także w Warszawie, gdzie w latach 1971-2004 liczba pracujących w tym sektorze gospodarki zmniejszyła się o połowę. Liczne obiekty poprzemysłowe zagospodarowywane są na cele kulturalne. W Londynie New Tate Gallery zlokalizowano w dawnej elektrowni, Centrum Współczesnych Sztuk Plastycznych w Bordeaux umieszczono w dawnych składach wełny, Museum Van Hedendaagse Kunst w Antwerpii umieszczono w silosie zbożowym, a na kolekcję Friedricha Christiana Fricka zaadaptowano berliński Hamburger Bahnhof.

W epoce poprzemysłowej, kiedy gospodarkę napędza nie produkcja, ale informacja, poszukuje się nowej siły miastotwórczej decydującej o metropolitalnym rozwoju. Siłą tą staje się kultura i rozrywka. Jak pisze Stefan Kraumltke największym podsektorem gospodarczym Berlina są obecnie usługi kulturalne. Coraz większa liczebność i gospodarcza rola warstw wykształconych w społeczeństwie stwarza zapotrzebowanie na dobra kultury i wysokiej jakości rozrywkę, które z kolei przyciągają do metropolii ludzi o wysokich kwalifikacjach. Jeżeli miasto ma się rozwijać, nie wystarczą nowe miejsca pracy w najbardziej nawet zaawansowanych sektorach gospodarki. Niezbędne jest stworzenie klimatu twórczego środowiska, bez którego miejsca te nie powstaną.

Zapotrzebowanie na usługi kulturalne i rozrywkę ze strony klasy metropolitalnej, która zarówno mieszka w metropoliach jak i się między nimi przemieszcza, będąc najbardziej atrakcyjną częścią turystycznej publiczności, unifikująca rola mediów, a przede wszystkim telewizji, powodują globalizację oferty kulturalnej i rozrywkowej. Nic więc dziwnego, że wielkie międzynarodowe korporacje angażują się w różnego rodzaju przedsięwzięcia mające na celu rewitalizację przestrzeni metropolii. Służą one zarówno celom bezpośrednio reklamowym, jak i kształtowaniu wizerunku firmy.

Jednym z przykładów tego rodzaju działalności jest zaproponowany przez korporację Walta Disneya projekt renowacji New Amsterdam Theater przy 42 ulicy. Inicjatywa ta doprowadziła do zmiany planu zagospodarowania przestrzennego sąsiedniego obszaru, w skład którego wszedł Times Square. Dla Disneya kluczowa była obecność w sąsiedztwie siedziby innej korporacji – Sony, przyciągnęło to bowiem dalsze instytucje jak Madame Tussaud American Multi-Cinemas i MTV. W ten sposób wokół 42 ulicy powstał zespół instytucji, który stał się „mekką masowej rozrywki” i dużą atrakcją turystyczną Nowego Jorku.

Drugim, tym razem europejskim przykładem, jest Potsdamer Platz w Berlinie, pierwotnie obszar przed nieistniejąca już Bramą Poczdamską, a przed II wojną światową ożywiony fragment centrum i ważny węzeł miejskiego transportu. Tradycja tego miejsca miała niewątpliwie znaczenie dla sposobu jego zagospodarowania, o czym może świadczyć bezpośrednie odwołanie się do symboliki, w postaci „cytatów” z fragmentów zachowanych budynków wmontowanych we współczesne gmachy. Program realizowany w partnerstwie publiczno-prywatnym ustalony dla Placu Poczdamskiego przewidywał oprócz budowy budynków biurowych i mieszkaniowych program kulturalny, w którego realizację zaangażowały się takie wielkie międzynarodowe korporacje jak Daimler-Chrysler i Sony. Sony Center to miejski plac z restauracjami, kawiarniami, wielkim sklepem oferującym produkty koncernu, muzeum, kinem, fontanną i ogromnym ekranem wyświetlającym różnego rodzaju obrazy, w tym reklamowe. Po drugiej stronie Potsdamer Strasse znajduje się tzw. Daimler City, a w nim teatry i kina. W kompleksie tym, znacznie wykraczającym poza sam plac, pracuje ok. 8000 osób i przebywa codziennie ok. 80 000 gości.

Plac Poczdamski jest niewątpliwie najbardziej spektakularną realizacją urbanistyczną ostatnich lat, ale także inne miasta podejmują podobne działania, choć w znacznie mniejszej skali, np. Muzeum Guggenheima w Bilbao – górniczym mieście niewystępującym poprzednio na kulturalnej mapie Europy. O realizacji tej tak pisze Maria Gravari-Barbas: „…budowa Guggenheima w Bilbao i medialna maszyna, która jej towarzyszyła, pokazała bliskość (w rozumieniu projektu i wpływu na miasto) między przemysłem rozrywkowym i kulturalnym. Monumentalna architektura F. Gehry’ego, która gości dzieła fundacji, pomaga niewątpliwie w tworzeniu miejskiego spektaklu i zagospodarowaniu brzegów rzeki Nervion jako strefy rozrywki i kultury, której pierwszym zadaniem jest służyć międzynarodowemu rynkowi sztuki”. Inną strategią rewitalizacji miast jest fundowanie prestiżowych obiektów artystycznych, które podnoszą rangę ich sąsiedztwa. Przykładem tego typu działań jest MoCa (Musem of California Arts) w Los Angeles zaprojektowane przez Arata Izosaki, które pociągnęło za sobą rewitalizację części miasta.

W paryskiej dzielnicy Bercy w miejscu, w którym znajdowały się poprzednio składy wina, firma deweloperska powiązana z grupą bankową „Suez” zaadaptowała piwnice i teren na centrum handlowo-gastronomiczne. Przedsiębiorstwo zarządzające zadbało przy tym o to, aby działalność instalujących się tam firm skupiła się wokół czterech tematów: natury (sklepy ogrodnicze), kultury (księgarnie), przygody (agencje specjalizujące się w egzotycznych podróżach) i gastronomii (winoteki). Na całość, połączoną pasażem z biurowcem dewelopera, składa się jeszcze kino z 18 salami, w którym wyświetlane są zagraniczne filmy w oryginalnej wersji językowej. W centrum zastosowano tradycyjne materiały, a aranżacja przestrzeni na podobieństwo wioski stwarza wyjątkowy klimat przyciągający intelektualistów i bobos1 czyli burżuazyjną bohemę [1].

Metropolie i miasta konkurują w coraz większym stopniu jakością oferty kulturalnej i rozrywkowej przyciągającej nowych mieszkańców. W tym współzawodnictwie obok niekwestionowanych liderów, takich jak Paryż czy Londyn biorą także udział wschodzące metropolie Europy Środkowej: Praga i Berlin. To ostatnie miasto staje się od niedawna miejscem wydarzeń kulturalnych o światowej randze jak na przykład ekspozycja zbiorów MoMa (Museum of Modern Art) z Nowego Jorku, czy ostatnio kolekcji sztuki nowoczesnej Flicka.

Współzawodnictwo to polega także na angażowaniu do realizacji nowych budowli sławnych architektów, którzy pełnią w kulturze masowej taką samą rolę jak gwiazdy w kinie. Przyciągają publiczność. Pisał już o tym przed laty Georges Benko w swojej „Geografii Technopolii”. Gwiazda, podobnie jak w filmie, pełni rolę symbolu danego miejsca. Gwiazdą mogą być wielcy współcześni architekci: Ricardo Bofill pracujący w Montpellier, Norman Foster w Nimes, Jean Nouvel w Lyonie, Renzo Piano, Helmut Jahn czy Hans Kollhoff w Berlinie. Metropolie wytwarzają w ten sposób swoje obrazy, które następnie sprzedają na rynku inwestycji i turystyki.

Na przestrzeń ludyczną współczesnej metropolii składają się nie tylko unikatowe miejsca w służbie kultury, ale także centra handlu i rozrywki. Przestrzeń ludyczna współczesnych metropolii ma więc charakter synkretyczny. Wiąże ze sobą różne, zdawałoby się sprzeczne, wątki, prozaiczne zakupy, zurbanizowane przygody, okazjonalne rozrywki i odświętną kulturę.

Przypisy:

1 Termin bobos wprowadził do obiegu na łamach New York Timesa David Brooks. Według definicji Anne Kinkelin to osobnik czytający Fryderyka Beigbedera, ubierający się sklepach GAP, spożywający zdrową żywność, nienawidzący globalizacji, ale mający portfel wypchany akcjami i żonglujący paradoksami tak samo zręcznie, jak swoim palmtopami.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Zdobyć się na odwagę rozmachu

Ze Stanisławem Danielem Kotlińskim , międzynarodowym menadżerem kultury, rozmawia Dawid Piwowarczyk

– Kiedy Pan wraca z wielkiego świata do Trójmiasta, to myśli Pan, że wraca do kulturalnego edenu, czy też na pustynię kulturalną?

– Unikałbym, aż tak wielkich metafor. Ale faktem jest, że nasze niedoskonałe podejście do życia, do wartości, a w konsekwencji i do sztuki widać w sprawach pozornie małych. Gdy wracam do Gdańska, widzę jedną rzecz, która bardzo mnie boli. Nie potrafimy dbać o otaczającą nas przestrzeń, nie umiemy traktować przestrzeni publicznej jako naszego wspólnego dobra. Widać to w otaczającym nas tutaj nieładzie architektonicznym. Proszę popatrzeć na piękne, secesyjne kamienice we Wrzeszczu i nie tylko. Bardzo często zdarza się, że na przykład w kamienicy jest dziesięć mieszkań i każdy właściciel mieszkania ma własną wizję co do kształtu, materiału wykonania, wielkości okien. Dla mnie ta samowola to przykład, że pozwalamy sobie odbierać wspólną nam wszystkim przestrzeń publiczną, szpecąc ją. Dla mnie jest to też miarą kultury. Pozornie to może płytki przykład, ale pokazuje pewien sposób myślenia – wyłącznie własnymi kategoriami. To nie indywidualizm, ale uzurpowanie sobie prawa do narzucania swej woli innym.

– Może to wynika z tego, że zatraciliśmy po prostu kulturę w szerokim tego słowa znaczeniu. W końcu kiedyś można było spotkać i kulturę prawną, i kulturę architektoniczną, i polityczną…

– Słowo kultura znaczy po łacinie uprawa. Ta wcześniejsza niewola i gwałtowna zmiana spowodowała zagubienie wielu ludzi, problem z odnalezieniem się w nowej rzeczywistości. Bardzo mnie to męczy i często w związku z tym się wycofuję i powracam do Florencji, coraz bardziej odsuwając się od tego Miasta. Obawiam się, że to nas bardzo oddala od kręgu kultury łacińskiej i przybliża do kultury Wschodu. Znam jeszcze jedno miasto – Odessę, w której panuje takie nieme przyzwolenie dla destrukcji pięknego otoczenia.

– Może już nie potrzebujemy kultury? Może wystarczy nam wolność, nawet w zwulgaryzowanym i sprowadzonym do samowoli świecie? Może zamiast kontemplować, wolimy konsumować?

– Obserwując Włochy od 22 lat, muszę powiedzieć, że tam inaczej patrzy się na sztukę w ogóle. W telewizji publicznej znajdzie Pan obecne i byłe gwiazdy pop, czy klasyki, ale również dyskusje filozofów o najważniejszych problemach nurtujących Włochów, rozmowy o kierunku rozwoju społeczeństwa. Tym, co nas bardzo różni, jest w ich przypadku świetne przygotowanie statystycznego Włocha do odbioru sztuki. I to zarówno tej wizualnej jak i sztuki muzycznej. U nas zamiast przybliżać się do kanonów, coraz częściej od nich uciekamy i zmierzamy w kierunku uproszczonego przekazu. Według mnie zbrodnią jest na przykład wycofanie wykształcenia muzycznego ze szkół podstawowych. Oczywiście sale koncertowe bywają u nas pełne, ale zauważam, że przychodzą ludzie, którzy – z powodu braku wiedzy niezbędnej, by oceniać – wszystko w zasadzie oklaskują tak samo. Nie ucząc od dziecka, nie budujemy od małego potrzeby obcowania ze sztuką.

– Jeżeli sam nie czuję się kompetentny, by oceniać dane przedstawienie, co mogę zrobić, w jaki sposób oddzielić ziarno od plew?

– To jest właśnie nasz kolejny problem. W Trójmieście brakuje profesjonalnej krytyki np. muzycznej, choć od pewnego czasu nie śledzę tego. Pamiętam, że za moich studentckich czasów krytyk to był człowiek, który cieszył się wielkim szacunkiem. Taka Wanda Obniska czy Roman Heising to były autorytety, ponieważ wiadomo było, że ich ocena danego wydarzenia kulturalnego będzie wyważona i uczciwa, a przede wszystkim kompetentna. Ci ludzie na szacunek zapracowali rzetelną, mozolną pracą. Posiadali odpowiednią więdzę, nie ulegali naciskom, byli tak naprawdę chodzącymi instytucjami. Tymczasem, w obecnych czasach każdy już czuje się kompetentny do wypowiadania się i oceniania sztuki. Nie obrażając nikogo, muszę stwierdzić, że tak na prawdę na Pomorzu trudno mówić o istnieniu jakieś choćby jednej, interesujacej grupy krytyków.

– Czy jako menadżer nie czuje się Pan gorzej, nie czuje kompleksu w stosunku do twórców?

– Nie. Ponieważ po pierwsze, sam jestem także artystą, a w tym przypadku jestem osobą, która stwarza twórcom, artystom szansę i możliwość zaprezentowania się.

– W Polsce ciągle mamy jednak taki romantyczny wzorzec, kultury, dla której pieniądze i dochód powinny być pojęciami abstrakcyjnymi.

– W obecnych czasach kultura nie może uciekać od ekonomii. Oczywiście, nie powinna się dawać zdominować, ale też nie może udawać, że nie podlega jej regułom. Współczesne wydarzenia kulturalne wymagają też czasem gigantycznych środków i to właśnie mądrzy menadżerzy są w stanie zagwarantować kulturze możliwość funkcjonowania. Co więcej na Zachodzie dawno zauważono prostą zależność, że miejsca silne kulturowo, są też zazwyczaj silnie rozwijającymi się centrami gospodarczymi. Kilkanaście lat temu Francja, przeżywając kłopoty finansowe właśnie poprzez potrojenie nakładów na kulturę, próbowała przełamać regres gospodarczy. I myślę, że to było słuszne posunięcie Mitteranda. Druga sprawa, to status społeczny twórców, artystów, etc. Na świecie już dawno doceniono ich rolę w rozwoju społeczeństwa, stąd ich niezwykle wysoki status, który nikogo nie razi, a wręcz przeciwnie, kiedy tam mówi się o kimś artysta, to brzmi to bardzo dumnie, to od razu daje ogromny prestiż społeczny.

– Czym jeszcze różnimy się od Zachodu?

– Bardzo brakuje mi tutaj poszanowania dla poglądów innych ludzi. Nawet w tak katolickim kraju jak Włochy nikt nie próbuje walczyć z innymi osobami pod sztandarem „obrazy uczuć religijnych”. Mało tego, chcąc na przykład powiesić krzyż w miejscu publicznym, ludzie zadają sobie pytanie, czy nie obrazimy tym uczuć niewierzących? Tam zrozumiano, że tolerancja jest niezwykle ważną cechą naszego kręgu kulturowego. Ważne jest osiągnięcie pewnego balansu, pewnego poziomu kompromisu, który też jest wyznacznikiem naszej kultury i przede wszystkim eliminowanie agresji tak wszechobecnej i destrukcyjnej w naszym codziennym życiu, od dzisiejszej polityki poczynając, na sprawach domowych czy „wychowywaniu” dzieci w szkole kończąc.

– U nas wolimy narzucać swoje poglądy, dominować nad innymi?

– Jesteśmy jeszcze w okresie przejściowym. Zrobiliśmy w ostatnich latach ogromny, niewiarygodny skok, ale inność często jeszcze nas przeraża. Człowiekowi, który wyrósł w poprzedniej epoce ciężko jest zrozumieć argumenty, czy w ogóle dyskusję na temat np. praw tzw. mniejszości seksualnych. Myślę jednak, że wynika to z tego, iż łatwiej jest wybudować autostradę niż zmienić człowieka, jego mentalność. Myślę, że pewne nasze ksenofobiczne postawy, hipokryzja, są też wynikami kompleksów, ale karceniem i zastraszaniem nic pozytywnego się nie osiągnie. Tylko postawa otwarta na dialog, gotowa do kompromisu daje szansę na sukces.

– Nie lubimy wolnomyślicieli?

– Zarówno retoryka płynąca z Warszawy, jak i pomorskie doświadczenia zdają się potwierdać taką tezę, wystarczy wspomnieć choćby Teatr Wybrzeże pod rządami Macieja Nowaka. Był to niewątpliwie arcyciekawy teatr wiodący w swym nurcie poszukiwań, zadawał pytania nurtujące szczególnie młode pokolenie. Ale to zaczęło niektórym przeszkadzać i doprowadzono do tego, że Maciej musiał wyjechać i zamiast budować potęgę naszej pomorskiej kultury, buduje potęgę Instytutu Teatralnego w Warszawie. Mamy wiele przykładów osób, które tu zaczynały, ale potem, czy to dobrowolnie, czy zmuszeni odchodzili i rozwijali skrzydła gdzie indziej.

– Czy jest szansa na to, by kultura stała się symbolem Pomorza? Co musimy zrobić, żeby tak było?

– Mam nadzieję, że tak się stanie. Wszystko zależy jednak od świadomości. Trzeba mieć potrzebę, trzeba czuć potrzebę zrealizowania takiego planu dla miasta, Trójmiasta, regionu.

– Kto to powinien zrobić? Artyści? Władza?

– Musimy czerpać z doświadczeń innych. Nie możemy żyć w przeświadczeniu o wielkości, bo bardzo czesto ignoracja chodzi w parze z arogancją. Musimy być otwarci, mieć świadomość, że się uczymy i potrafimy sięgać do najlepszych światowych wzorców. Kolejną ważną cechą kultury jest to, że bardzo często jej potęga jest zasługą nie kolektywnej pracy, ale wizji i działalności wybitnych jednostek. Musimy starać się je wspierać, a nie ściągać w dół. Na Pomorzu mamy takie pozytywne przykłady. Mam na myśli np. Romana Peruckiego i jego osiągnięcia w zakresie odzyskania dla miasta i sztuki postindustrialnych terenów gdańskiej Ołowianki. Tylko przez swoją pasję i upór doprowadził do powstania wspaniałego centrum kongresowo-muzycznego w centrum Gdańska. Tutaj możemy teraz gościć każdego.

– Wspominał Pan o tym, że Trójmiasto, Pomorze przeżywa odpływ twórców. Czy jest szansa na to, żeby to odmienić? By nasz region stał się mekką, do której pielgrzymują najwięksi ludzie kultury z całego świata?

– Widzę to zjawisko. Mamy ostatni przykład – Leszka Możdżera – który opuścił nas i przeniósł się do Wrocławia. Prawda jest jednak taka, że wiele projektów przestaje funkcjonować, wielu ludzi rezygnuje z aktywności, albo wyjeżdża. Oczywiście, to może być naturalne, że jest pewna fluktuacja, według mnie potrzeba wiele pokory w myśleniu, co dalej. Musimy nauczyć się otwartości na świat, na innych ludzi, nauczyć się tego, jak zbliżać się do nich i co robić, by i oni chcieli nas poznawać, stawać się nam bliższymi. Warto pamiętać, że pewnie popełniliśmy wiele błędów – bo nie popełnia ich tylko ten, kto nic nie robi – ale warto je zdiagnozować i zastanowić się, co obecnie i w przyszłości możemy zrobić lepiej.

– Czy oceniając projekt budowania metropolii pomorskiej przez pryzmat kultury, możemy wierzyć w sukces?

– Uważam, że trójmiejska kultura jest na niezłym poziomie. Dzieje się tutaj bardzo wiele. Czuje się pozytywny ferment. Czasami brakuje jednak jasnej decyzji, co do priorytetów. Często boimy się dużych, spektakularnych projektów. Prowadzi to do tego, że wolimy zaangażować się (jako miasto, region) w dziesięć innych, mniejszych projektów, które jednak nie pozostawiają po sobie niczego wielkiego, ani tym bardziej nie ukształtują pozytywnego wizerunku regionu i miasta w Europie i na świecie. Albo też wydaje się, że robimy coś światowego, a to tylko odgrzewanie dawnych gwiazd, które oczywiście, może być miłe czy nawet wzruszające, ale nigdy tak na prawdę nie przeniesie się na realny rozgłos na świecie, dający konkretne efekty promocji.

– Czy kultura jest nam w ogóle potrzebna? Czy może w dobie massmediów i konsumpcjonizmu jest to ten przejaw aktywności ludzi, który powinien odejść do lamusa?

– Wprost przeciwnie. Współczesny świat, przynajmniej jego cywilizowana część, zrozumiała, że to właśnie kultura jest kluczem do dalszego sukcesu.

– Kultura łagodzi obyczaje?

– Tak kiedyś mówiło się o muzyce. Kultura wpływa na propagowanie dobrych obyczajów – nie mam co do tego żadnych wątpliwości.

– Co możemy zrobić, by i u nas kultura miała ożywczy, zdrowy wpływ na miasta, na region?

– Ucieszyłoby mnie na przykład, gdyby Gdańsk ogłosił międzynarodowy konkurs na wieloletnią wizję rozwoju. Proszę popatrzeć na Berlin. Tam podobny konkurs wygrał Renzo Piano i to wokół jego koncepcji odnowiono najważniejszą część tego miasta, które dzięki temu przeżywa renesans. Warto, by była jakaś myśl przewodnia, idea, wokół której będzie można tworzyć coś nowego, ciekawego. Władza powinna otaczać się ludźmi, którzy już coś stworzyli, którzy odnieśli sukces. Trzeba zrozumieć wartość i zdobyć się na odwagę rozmachu, tylko w najlepszym tego słowa znaczeniu. Czerpać ze świata, z Europy, która pomimo naszych zgrzytów, czy błędów nie przekreśliła, ani nie pożałowała tego, iż otworzono nam drzwi do wspólnoty europejskiej. Oni tam (mimo wszystko) patrzą na nas z wielką życzliwością, czekając cierpliwie, aż nauczymy się nie popełniać kolejnych błędów. To powinna być wielka lekcja dla nas.

– Czy kultura potrzebuje menadżerów? Często jeszcze słyszy się stary romantyczny pogląd, że sztuka to coś lepszego, coś co nie powinno być ocenianie przez pryzmat ekonomii, efektywności. Może to właśnie menadżerowie – w pogoni na przykład za zyskiem – sprawiają, że sztuka ze swojego wysokiego C schodzi na niższy poziom?

– Oczywiście, że to nie menadżerowie są winni ewentualnego spadku poziomu sztuki. Potrzeba tu ludzi wykształconych menadżersko z jednej, ale i z doświadczeniem, z głęboką znajomością danej dziedziny kultury, sztuki, z drugiej strony. Współczesne projekty wymagają bowiem profesjonalnego zarządzania nie tylko od strony biznesplanu. Na pewno konieczność menadżerowania będzie coraz większa. Zetknięcie się z realiami rynkowymi będzie to wymuszało. Czy to dobrze? Według mnie tak. Kultura dysponuje ograniczonymi środkami, więc tym bardziej potrzebuje osób, które będą potrafiły te środki w optymalny sposób wykorzystać, ale które także będą umiały o te środki zabiegać, zdobywać, pozyskiwać je z różnych źródeł. Proszę też pamiętać o tym, że kultura w dużej mierze funkcjonuje w oparciu o mecenat państwa, ale i osób prywatnych. Mam z nimi na co dzień do czynienia w mojej pracy. I tacy ludzie chcą mieć pewność, że przekazywane przez nich środki są dobrze wydawane.

– Czy to dobrze, że kultura jest uzależniona od państwa, instytucji, firm i osób fizycznych, które „dają kasę”?

– Tak jest na całym świecie. Oczywiście na przykład w Stanach Zjednoczonych zdecydowanie większe znaczenie ma rola podmiotów niepaństwowych. Ale tam mamy do czynienia z całkiem innym modelem, innym poziomem bogactwa, innym postrzeganiem kultury. U nas jeszcze długo to państwo, czy poprzez władze centralne, czy przez samorządy będzie pełniło rolę najważniejszego źródła finansującego rozwój kultury. Świadome, nowoczesne państwo wie, że finansując kulturę, tak naprawdę łoży na rozwój gospodarczy, na rozwój demokracji, społeczeństwa obywatelskiego, że inwestuje w przyszłość narodu. To kultura jest czynnikiem, który dynamizuje ludzi we współczesnym, cywilizowanym świecie. Mecenat państwa jest dla kultury wielką szansą. Wspierając ciekawe, światłe inicjatywy – wykorzystamy potencjał, który drzemie w nas Polakach, w nas mieszkańcach Pomorza.

– Dziękuję za rozmowę.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Kultura trampoliną rozwoju

Ze Stefanem Chwinem , znanym pomorskim pisarzem, rozmawia Dawid Piwowarczyk

– Czy pomorska kultura jest atrakcyjna dla innych regionów kraju i dla Europy? Czy może być wizytówką Pomorza?

– Zależy, o co Pan mnie pyta. Jeżeli myślimy o folklorze, to niewątpliwie kultura kaszubska jest łatwo rozpoznawalna i może przyciągać turystów. Jeżeli jednak pyta Pan o kulturę pomorską rozumianą jako działalność malarzy, pisarzy, dramaturgów, muzyków, to mam tutaj kłopot z odpowiedzią, na ile jest ona rozpoznawalna dla ludzi z innych regionów Polski.

– Jeżeli jednak spróbujemy porównać się do innych regionów, to jak wypadamy na przykład na tle Małopolski czy Mazowsza?

– Nie wiem. Jeżeli jednak ograniczę się do oceny najlepiej znanego mi „rynku”, to Pomorze ma paru znanych i cenionych pisarzy.

– A jak kultura pomorska prezentuje się na zewnątrz, za granicą?

– Zależy, o jakie miejsca Pan pyta. Z całą pewnością jesteśmy dobrze identyfikowani na rynku niemieckim. Funkcjonuje tam nawet pojęcie „gdańskiej szkoły prozy”, czyli osób, które nie tylko tutaj mieszkają, ale też o tym mieście Kultura trampolin? rozwoju piszą. Ja czasem żartuję, że ja i Paweł Huelle czy inni twórcy jesteśmy najlepszymi ambasadorami Pomorza – wszędzie za granicą występuję z herbem Gdańska w klapie i promuję moje miasto. Niestety, ludzie widząc ten znaczek, często pytają: „Czy Pan należy do Zakonu Kawalerów Maltańskich”? O Gdańsku i Pomorzu nie wiedzą nic. Myślę, że w Europie nie funkcjonuje pojęcie „kultury pomorskiej”. Jeżeli nasi lokalni twórcy odnoszą międzynarodowe sukcesy to i tak pod szyldem kultury polskiej, a nie pomorskiej.

– Proszę mi powiedzieć, czy kultura może być trampoliną rozwojową? Czy może ona być tym magnesem, który będzie przyciągał turystów, ale również inwestorów czy ludzi szukających swojego „magicznego miejsca na ziemi’?

– Pewnie, że tak. Ja kiedyś wygłosiłem tezę, że mamy szansę na coś takiego. Nie możemy jednak tutaj ograniczać się do samej tylko kultury. Musimy pielęgnować i budować tak zwany krajobraz kulturowy. Chodzi o stworzenie łatwo rozpoznawalnego stylu regionu. Mamy przecież piękne XIX i XX wieczne budownictwo na Kaszubach i Żuławach. To, co mnie niepokoi to, to że Pomorze pod względem architektury jest takie samo jak reszta Polski. Gdy jadę na południe Niemiec, to czuję, że jestem w Bawarii, czuję klimat miejsca i dbałość o tę odmienność. U nas, na Pomorzu, jest inaczej.

– Czy Pana zdaniem władza w wystarczającym stopniu inwestuje w kulturę?

– Nie wiem jak to wygląda w przypadku malarzy, muzyków czy aktorów. Jeżeli chodzi o pisarzy to mogę powiedzieć, że w żadnym stopniu nie inwestuje. Ale nie mówię tego z jakimś wyrzutem. Może to bardzo dobrze, że nie ma tu większego zainteresowania, bo pamiętamy, czym był dawniej mecenat polityczny. Jak władza pcha paluchy w delikatną materię kultury, to o tragedię nietrudno.

– A może jest tak, że kultura jest zagrożeniem dla władzy?

– Ona wiele razy była odczuwana przez decydentów w ten sposób. Przede wszystkim, dlatego, że sztuka, że literatura przygląda się światu, więc także władzy, a politycy raczej nie lubią, jak się im patrzy na ręce.

– Dziękuję, za rozmowę.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Rynek pracy nas nie hamuje

Z Waldemarem Kucharskim , Prezesem oraz Beatą Tkaczyk , Dyrektorem HR Young Digital Planet S.A. rozmawia Dawid Piwowarczyk

Panie Prezesie, czy z punktu widzenia firmy zatrudniającej nowych pracowników pomorski rynek pracy jest rynkiem dojrzałym, czy też płytkim i z wieloma mankamentami?

Waldemar Kucharski : Z mojego punktu widzenia jest to rynek ciekawy, ale już bardzo wyeksploatowany. Liczba funkcjonujących w regionie uczelni zaspokaja podstawowe zapotrzebowanie pracodawców na nowych pracowników, ale braki są widoczne.

Beata Tkaczyk : Oczywiście w poszczególnych zawodach sytuacja jest różna. Z perspektywy YDP najgorsza sytuacja jest na rynku programistów. Deficyt jest tutaj szczególnie dotkliwy, coraz częściej mamy do czynienia na przykład z przypadkami podkupywania sobie pracowników. Walka na płace i bonusy jest szczególnie zażarta.

A dlaczego musiało dojść do takiej sytuacji, dlaczego przewidując swój rozwój, nie zaczęli Państwo już kilka lat temu szerszej współpracy z uczelniami? Dlaczego Państwo nie promowali takich kierunków studiów wśród młodych osób stojących przed koniecznością wyboru?

Myślę, że ta współpraca cały czas istniała, że podobnie działał na przykład funkcjonujący po sąsiedzku Intel. My jako wydawca edukacyjny potrzebujemy specjalistów z bardzo wielu dziedzin i nie mogliśmy skupiać się na promowaniu i pomocy w wyborze drogi życiowej młodych ludzi na wielu uczelniach jednocześnie.

A dlaczego Pomorze nie jest atrakcyjne dla osób z zewnątrz?

Nie zgodziłbym się z tą tezą. Ja sam przyjechałem tutaj z Bydgoszczy.

Czy istnieje szansa, że staniemy się dla młodych specjalistów mekką, taką jak kilka lat temu dla osób poszukujących możliwości rozwoju zawodowego i kariery była Warszawa?

Moim zdaniem odpływ do Warszawy jest mniejszy niż powrót i napływ pracowników ze stolicy.

Tylko w ostatnim czasie trafiły do naszej firmy cztery osoby, które postanowiły zakończyć swój „stołeczny” etap kariery zawodowej i wrócić lub przyjechać robić dalszą karierę w naszej firmie. Mamy też na przykład grafika spod Zielonej Góry. Problemem jest jednak to, że mając rodzinę, takie osoby natrafiają na problemy na przykład ze znalezieniem pracy dla swojego małżonka.

Czy oczekiwania pracowników i pracodawców są zbieżne?

U nas raczej się pokrywają. Oczywiście każdy pracownik chce zarabiać jak najwięcej, ale zazwyczaj nasze pozycje nie są od siebie bardzo odległe i udaje nam się znaleźć satysfakcjonujący wszystkich kompromis.

Czy braki kadrowe są barierą rozwoju?

Raczej nie. Oczywiście są czasami pewne braki. Na przykład przez długi czas mieliśmy problemy ze znalezieniem osób mających doświadczenie w budowaniu nowych biznesów. Przez dłuższy czas szukaliśmy, a to nieco przyhamowało nasze projekty. Okazuje się, że doświadczony menadżer ze znajomością języków obcych jest towarem deficytowym.

Czy płytkość rynku pracy nie ogranicza rozwoju branży informatycznej na Pomorzu, nie hamuje powstania pomorskiego klastra nowych technologii?

Według mnie, w przypadku nowych technologii lokalizacja ma minimalne znaczenie. My współpracujemy na przykład z Oxfordem i jest to dla nas naturalne. Dobór ze względu na bliskość geograficzną nie ma w naszej branży biznesowego uzasadnienia.

Czy kadry mogą być magnesem przyciągającym na Pomorze nowych inwestorów?

Myślę, że tak. Inwestorzy najczęściej zaczynają swoje kroki biznesowe od rozpoznania rynku pracy.

Jak wygląda kwestia współpracy z uczelniami i samorządami?

Bardzo dobrze oceniam współpracę z Politechniką Gdańską i Uniwersytetem Gdańskim. Dobrze oceniam też – ale już tylko przez pryzmat absolwentów, a nie kontaktów bezpośrednich z władzami uczelni – Akademię Sztuk Pięknych.

Panie Prezesie, czy myśli Pan, że będą zacieśniały się kontakty biznesu – poprzez stypendia, praktyki – ze sferą nauki?

Myślę, że tak. System funkcjonuje w innych, bardziej rozwiniętych krajach. U nas coraz wyraźniej widać, że młodzi ludzie zaczynają doceniać praktyki. Jednak daleko nam jeszcze na przykład do Niemiec, gdzie bardzo często młody człowiek przerywa nawet na rok, dwa studia, żeby zdobyć praktykę, mieć styczność z praktyką w swoim zawodzie jeszcze przed zakończeniem edukacji. Nie wiem czy jest to rozwiązanie systemowe, czy rozwiązanie wypracowane w toku pozytywnej praktyki?

U nas problemem jest to, że nikomu nie opłaca się fundowanie stypendium. My jako firma mielibyśmy koszty, których nie uznałby nam urząd skarbowy, a student musiałby oddać państwu dużą część dochodu. Jednocześnie nie mielibyśmy żadnych możliwości prawnych, by sprawić, żeby taki stypendysta po ukończeniu studiów związał się z naszą firmą. Widać więc, że system nie jest przychylny pracodawcom.

Czy odczuł Pan odpływ kadry po wejściu Polski do Unii Europejskiej?

Powiem tak, jako pracodawca i prezes YDP – nie. Bardziej jako mieszkaniec Pomorza. Ponieważ odpływ kadry rzemieślniczej jest coraz bardziej widoczny i odczuwalny.

Czy jest szansa, że nasz rynek pracy na tyle się rozwinie, że ci, którzy wyjechali zaczną wracać, a razem z nimi zaczną napływać obcokrajowcy, uznając, że na Pomorzu można znaleźć ciekawe miejsce do pracy i do życia?

Oczywiście, że może tak być. Mój optymizm jest jednak umiarkowany. Nie uważam, że jest źle, ale nie widzę wyraźnych kroków w kierunku tego, żeby w znaczący sposób poprawić konkurencyjność naszego regionu.

Dziękuję za rozmowę.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Pracownicy, sól tej ziemi

Z Pauliną Makowską , Konsultantem Personalnym Adecco Poland Sp. z o.o., koordynatorem firmy w projekcie naboru kadr dla Reuters, rozmawia Dawid Piwowarczyk

Czy pomorscy pracownicy są atrakcyjni dla zagranicznych pracodawców?

Jak najbardziej tak. Obserwujemy coraz większe zainteresowanie inwestorów. Coraz częściej uczestniczymy w spotkaniach przedstawicieli zagranicznych firm szukających w Polsce lokalizacji dla swoich nowych pomysłów biznesowych.

Jakie branże są szczególnie aktywne?

Na pewno branża IT. Jeżeli chodzi o inne branże, to mówimy o projektach związanych z budową centrów obsługi, na przykład call center. Jesteśmy atrakcyjni dla takich firm, aczkolwiek mam przeświadczenie, że przegrywamy w zbyt wielu projektach z Krakowem czy Wrocławiem.

Z czego to wynika?

Moim zdaniem inne regiony szybciej i bardziej intensywnie zaczęły się promować. Nie bez znaczenia jest też położenie Trójmiasta na uboczu, z dala od głównych szlaków komunikacyjnych.

A co jest naszym atutem?

Dobra jakość kadr i to, że w przeciwieństwie do bardziej popularnych aglomeracji nasz rynek nie jest jeszcze silnie wydrenowany z zasobów ludzkich. U nas nie ma jeszcze takiej sytuacji jak na przykład we Wrocławiu, gdzie już same władze miasta musiały zaangażować się w kampanie reklamowe mające ściągać nowe osoby zainteresowane zamieszkaniem i pracą w stolicy Dolnego Śląska.

Czy może Pani potwierdzić, że kapitał ludzki jest obecnie dla nowych inwestorów jedną z najważniejszych, jeżeli nie najważniejszą kwestią poruszaną w czasie rozmów poprzedzających decyzję o lokalizacji inwestycji?

Na pewno jest to kluczowa kwestia. Jeżeli rozmawiamy z potencjalnymi inwestorami, to zawsze pojawia się pytanie o głębokość rynku pracy, dostęp do kadr. Coraz większe znaczenie ma też to, czy pracownicy będą posiadali umiejętności językowe. Obecnie dobry pracownik musi znać dobrze minimum jeden język obcy. I w tym zakresie, szczególne w przypadku młodych osób, naprawdę nasz region wypada dobrze.

Czy patrząc na prowadzone przez Państwa nabory, można powiedzieć, że oczekiwania pracowników i pracodawców są zbieżne? Czy jednak występują na tyle istotne różnice, że często nie udaje się osiągnąć konsensusu?

Muszę powiedzieć, że w tym względzie jest bardzo różnie. Na pewno mamy do czynienia z narastającym deficytem osób z wykształceniem technicznym. Jest coraz więcej ofert pracy dla inżynierów, a tymczasem młodzi ludzie w dalszym ciągu chętniej kształcą się w kierunkach humanistycznych i ekonomicznych. Mamy więc tutaj do czynienia z nadpodażą osób o pewnym wykształceniu i umiejętnościach przy jednocześnie narastającym deficycie pracowników z wykształceniem technicznym.

A kwestie płacowe nie są problemem?

Raczej nie. Tutaj nowi inwestorzy chwalą sobie to, że wynagrodzenia są u nas niższe niż w Warszawie, Krakowie czy Wrocławiu. W dalszym ciągu są to jednak na tyle wysokie stawki, by zaspakajać aspiracje pracowników.

Czy boom na rynku pracy, poza wymienionymi wcześniej inżynierami, powoduje napięcia również w innych segmentach pomorskiego rynku pracy?

Zdecydowanie tak. Z jednej strony dla firm pośrednictwa pracy to coraz lepsza sytuacja. Teraz bowiem przedsiębiorstwa zdecydowanie częściej niż jakiś czas temu korzystają z usług takich firm, jak Adecco. Z drugiej zaś strony dotarcie do odpowiednich kandydatów dla nas też nie jest łatwe. Poza wymienionymi wyżej ludźmi z wykształceniem technicznym problemem jest znalezienie osób, które miałyby duże doświadczenie zawodowe i jednocześnie posiadały wysokie umiejętności językowe. Na przykład wielu jest dobrych księgowych z dużym doświadczeniem, ale już specjalista, który zna dodatkowo języki obce, to prawdziwy biały kruk. Pozostali nie są więc przydatni dla zagranicznych firm, które muszą na przykład dokonywać raportowania w językach obcych.

Czy pomorski rynek pracy odczuwa poważnie skutki emigracji zawodowej?

W przypadku obsady stanowisk specjalistycznych i menadżerskich, czym w firmie się zajmuję, ten problem dopiero się pojawia. Pracodawcy zauważyli zagrożenie i na przykład dzięki podnoszeniu płac, rozbudowie systemów motywacyjnych są w stanie takich pracowników utrzymać w firmie. Braki spowodowane wyjazdami zarobkowymi widoczne są bardziej w przypadku kadr niższego szczebla. Tam wyjazdy są bardziej popularne i znalezienie nowych pracowników jest coraz trudniejsze.

Czy Pomorze może być atrakcyjnym rynkiem pracy dla osób z innych regionów i z innych krajów?

Może. Aczkolwiek często decydują o tym czynniki spoza rynku pracy. Położenie geograficzne, urok miasta często są tymi czynnikami, które mają duży wpływ na decyzję takich osób. Na Pomorzu mieszka się na pewno spokojniej niż w innych aglomeracjach. Jednak nie obserwujemy jakiegoś wielkiego zainteresowania naszym regionem. Trudno mówić o wielkiej fali pracowników napływających na Pomorze.

Co należałoby poprawić, żeby nasz rynek pracy uczynić jeszcze bardziej atrakcyjnym?

Na pewno w dalszym ciągu należy kłaść nacisk na języki obce. Nawet jeżeli osoby posługują się językiem obcym, to często nie jest to na tyle zaawansowana znajomość, by móc swobodnie rozmawiać na przekład na tematy rozwiązań przydatnych w pracy czy w rozmowach biznesowych. Równie ważny jest rozwój bazy uczelnianej, szczególnie w zakresie kształcenia technicznego. Zwróciłabym też uwagę na podniesienie umiejętności informatycznych. W bardzo wielu przypadkach osoby posługują się komputerem na tak niskim poziomie, że trudno liczyć na to, że wzbudzi to zachwyt przyszłego pracodawcy.

Proszę powiedzieć, jak wygląda Pani praca „od kuchni”. Czy bazując na konkretnym projekcie – rekrutacja dla Reutersa – może Pani powiedzieć, że dla dużych firm rekrutuje się inaczej?

Na pewno jest to inna sytuacja. Nazwę Reuters zna prawie każdy i z pewnością na wielu pracowników działa magia marki. Chcą pracować dla takiego globalnego gracza. Aczkolwiek w przypadku tego projektu marka może być trochę myląca. My kojarzymy ją bowiem jako potentata na rynku informacji geopolitycznej. Tymczasem w Trójmieście budowane jest centrum analityczno-finansowe, także poszukujemy osób o innych kwalifikacjach. Nie dziennikarzy, a analityków, ludzi mających zacięcie do pracy z liczbami.

Jakie są problemy związane z tym naborem?

Kandydaci nie mają zazwyczaj problemów z wiedzą ekonomiczną, umiejętnościami analitycznymi. Problem stanowi warunek Reuters, by przyszły kandydat poza angielskim posługiwał się bardzo dobrze jeszcze jednym językiem obcym. Poza znajomością niemieckiego, francuskiego – z czym jeszcze nie ma większych problemów – poszukujemy też osób ze znajomością bułgarskiego, rumuńskiego, hiszpańskiego. I tutaj już występują trudności.

A jak już znajdą pracowników to…

To są bardzo zadowoleni z ich poziomu. Nasi pracownicy potrafią zdecydowanie więcej niż przedstawiciele Reuters oczekiwali. Osoby zatrudnione w Trójmieście są bardzo zacięte, chcą się rozwijać. Chcą się dalej kształcić, można na nich polegać. Podjęte zobowiązania i obowiązki są realizowane prawidłowo i terminowo, z należytą starannością.

Myśli Pani, że projekt Reutera jest w stanie przyciągnąć do nas kolejne podobne inwestycje?

Zdecydowanie tak. Jeżeli możemy pochwalić się, że mamy już tutaj takiego inwestora, że jest on zadowolony, że ma jeszcze dalsze, rozległe plany, to jest to bardzo dobra reklama dla regionu. Kolejni pracodawcy są wtedy przekonani, że Pomorze jest taką lokalizacją, nad którą warto poważnie się zastanowić.

Dziękuję za rozmowę.

Skip to content