Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Dajmy szansę pomorskiej kulturze

Z Mikołajem Trzaską , znanym pomorskim muzykiem – saksofonistą, rozmawia Dawid Piwowarczyk .

– Panie Mikołaju, czy kultura pomorska jest takim „czarnym koniem”, który zaraz wyskoczy, przyczyniając się do zmiany wizerunku Pomorza, do jego rozwoju?

– Nie sadzę. Myślę, że musiałoby na to wpłynąć parę różnych czynników, żeby coś takiego w ogóle było prawdopodobne.

– Co musiałoby się stać?

– Po pierwsze, potrzebujemy zdecydowanie lepszego skomunikowania z innymi regionami, ze światem. Więcej samolotów, pociągów, promów. Oczywiście, myślę, że świadomym i mądrym wsparciem także moglibyśmy tej kulturze pomóc.

– A może jest tak, że łatwiej wysłać paru artystów za granicę i już mamy problem z głowy?

– Myślę, że na szczęście taki sposób na to, co zrobić ze sztuką na Pomorzu, nie doczeka się realizacji. Najgorsze jest to, że uciekają ci, co mówią, że jest dobrze, po czym zazwyczaj biorą plecak i jadą gdzie indziej realizować swoje marzenia. Dla mnie osobiście Gdańsk jest dobrym miejscem. To tutaj przyjeżdżam odpoczywać i tworzyć. Chociaż swoją sztukę prezentuję już gdzie indziej, jak najdalej. Żeby się rozwijać, muszę odwiedzać coraz to inne, nowe porty.

– A gdzie ostatnio?

– Właściwie za miedzą, w Kopenhadze. Ale za chwilę będę jechał do Berlina i dalej w głąb Niemiec.

– A czego Panu brakuje?

– Brakuje mi tutaj co najmniej dwóch teatrów. Potrzebny jest taki teatr, jaki stworzył Maciej Nowak. Ale niestety, jeżeli miałby się pojawić, to już pod innymi skrzydłami, bo Maciek Nowak się na Gdańsk obraził i ja go w pełni rozumiem. Potrzebne jest też miejsce dla dobrego, działającego od lat teatru Leszka Bzdyla, który jeździ po Europie. Kraków, Warszawa, te miasta mają wiele teatrów i tego mi tutaj w Trójmieście brakuje. Cieszę się, że powstało tyle kin, bardzo mocno kibicuję projektowi kina ambitnego realizowanemu na Długiej w Gdańsku przez Helikon. Chodzi o to, że istnieje też pluralizm artystyczny. Nie ma jednej sztuki, że sztuka to młodzi ludzie. Nasze największe nazwiska są naszym towarem eksportowym i tak naprawdę nie mają już żadnego wpływu na obraz pomorskiej kultury – tu rządzą już zdecydowanie młodsze pokolenia.

– Trójmiasto chwali się bardzo wysokimi wydatkami zarówno ze środków publicznych, jak i prywatnych, które są przeznaczane na finansowanie kultury.

– To prawda, że jest u nas dużo imprez. Choć tak naprawdę najwięcej środków pochłaniają duże imprezy plenerowe, które mogłyby być realizowane komercyjnie, a nie ze środków publicznych.

– Miasto inwestuje w komercję?

– Tak. I nie zgodzę się tu z tezą, że trzeba dawać na wszystko, że sztukę trzeba upraszczać, robić ją łatwą i przyjemną dla wszystkich. To jest dla mnie po prostu „robienie ludzi w balona”. A Pomorzanie są przecież otwarci, nie boją się wyzwań i nie potrzebują uproszczeń. Zamiast na takie projekty, pieniądze powinny być przyznawane na pomoc dla ludzi młodych. Jeżeli tak się stanie, jeżeli stworzy się młodym miejsca na pracownie, galerie, to ustaną kłótnie, ludzie zaczną tworzyć.

– Ale władza czasami zamiast dawać wolność, woli kontrolować…

– To prawda. Najlepszym przykładem jest tutaj „Łaźnia”, która po tym jak przeszła „na garnuszek” miasta w dużej mierze zmieniła swój charakter, stała się bardziej „zjadliwa” dla władzy.

– Czy obok inkubatorów przedsiębiorczości nie powinny istnieć inkubatory kultury?

– Miasto powinno pomagać, wspierać. Oczywiście znowu należy pamiętać o tym, że ta pomoc może pchać w kierunku słodkiego lenistwa. Ale jeżeli będziemy wspierali i pomagali, to doczekamy się w końcu, czegoś endemicznego, własnego. Mamy przecież już naszych trzech wielkich pisarzy. Ostatnia książka Abramowicza, nie jest dziełem łatwym, nie wychodzi na przeciw oczekiwaniom większości, ale pewnie dlatego tkwi w niej taka siła.

– Czemu artyści nie walczą o swoje?

– Ludzi bardzo szybko się zniechęca. Pamiętam głośną akcję „Murales”. Mówili o niej wszyscy, pisała cała polska prasa, a i tak twórcy projektu nie mogli liczyć na żadne sensowne wsparcie. Ja podobnie się zniechęciłem. Po paru odmowach już nie proszę. Jak się zniechęci młodych twórców, to tak już zostaje na całe życie.

– Na czym jeszcze polega słabość pomorskiej sztuki?

– Problemem jest to, że sztuka jest tylko „zabawą” garstki ludzi. Tymczasem na Zachodzie sztuka trafia do zdecydowanie szerszego grona odbiorców.

– A w czym tkwi nasza siła?

– Gdańsk zawsze był miastem fermentu. Potrzeba tylko kogoś, kto to wykorzysta i odpowiednio skanalizuje dla dobra sztuki. Artysta rozwija się tylko wtedy, gdy ma odbiorcę. Myślę, że Gdańsk ma swoją wielką magię, że to miasto w końcu się obudzi i zacznie nowe życie. Ale w naszej sztuce musi być słychać skąd jesteśmy. Nie możemy się wstydzić Pomorza. Musimy pamiętać, że jesteśmy specyficznym miastem, gdzie prawie wszyscy są przyjezdni. To nie musi być naszą słabością, to może być naszą siłą. Jednocześnie pamiętajmy o potężnym zapleczu, jakim są dla nas odradzający się i rosnący w siłę Kaszubi.

– Jak może tutaj pomóc władza?

– Musi zrozumieć, że nie rzeczy monumentalne decydują o odbiorze nas, naszej sztuki. A tymczasem, jak robimy Dni Polski na Ukrainie, to pokazujemy nasz kraj tylko poprzez pryzmat występów zespołu „Mazowsze”. Gdy Polska prezentowała się w Lipsku, to więcej wydano na catering niż opłacenie przyjazdu naszych twórców. To nie są zdrowe proporcje, takim postępowaniem nie wypromujemy Polski, Pomorza jako miejsca z ciekawą kulturą.

– Czy Gdańsk może stać się miejscem pielgrzymowania dla obcokrajowców szukających sztuki, specyficznego miejskiego klimatu?

– Myślę, że tak. Jeżeli udało się Pradze, Budapesztowi, a w Polsce w Krakowie, Wrocławiu, a nawet Toruniu mieszka coraz większa grupa obcokrajowców, to myślę, że niedługo przyjdzie też czas Gdańska.

– Dziękuję za rozmowę.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Pomorska kultura potęgą jest i basta

Z Jerzym Barbarowiczem , Dyrektorem Wydziału Kultury i Sportu w Urzędzie Miejskim w Słupsku, rozmawia Dawid Piwowarczyk

– Czy samorządy skazane są na bycie współczesnymi mecenasami sztuki?

– Zdecydowanie tak. Wynika to między innymi z zapisów ustawy o samorządzie lokalnym, która mówi, że samorząd ma obowiązek zaspakajać potrzeby społeczności lokalnej, w tym też potrzeby w zakresie dostępu do kultury. Samorządy niekoniecznie muszą wyasygnować całe kwoty. Bardzo często samorządy zabezpieczają tylko udział własny. Stowarzyszenia aplikują o środki pomocowe z programów unijnych, programów ministerialnych, czy samorządu wojewódzkiego. Jeżeli stowarzyszenie lub jednostka kulturalna uzyska dofinansowanie, to miasto pomaga sfinansować tylko wkład własny.

– Czy samorząd jest dobrym mecenasem?

– Uważam, że tak, ale oczywiście wszystko zależy od sytuacji danej jednostki. Wiadomo, że są takie jednostki, które są bardzo bogate, które stać na wspieranie prawie wszystkich ciekawych projektów. Jednocześnie istnieje całkiem spora liczba samorządów, które są bardzo ubogie i dla nich przekazanie wsparcia nawet na pokrycie wkładu własnego jest dużym obciążeniem finansowym i ciężko im pełnić rolę mecenasa. Wydaje mi się, że w przypadku Słupska dobrze wywiązujemy się z tego obowiązku.

– Czy finansowanie kultury nie rodzi pokusy, by ją kontrolować, ograniczać?

– Powiem tak: to zależy od tego, kto rządzi. Jaką ma wizję władzy, jakie zapędy. Myślę jednak, że czasy ingerencji w kulturę już dawno minęły. Kultura ma duże, coraz większe możliwości wypowiedzi. Jesteśmy w zjednoczonej Europie, gdzie to właśnie kultura świadczy o pozycji państw i regionów, o ich tożsamości. Dlatego samorząd musi wspierać i inspirować zarówno same jednostki, jak i dążenie ludzi do organizowania się w różnego rodzaju inicjatywy, stowarzyszenia wspierające kulturę.

– Nie ma więc żadnych nacisków?

– Ja osobiście, a kieruję już swoim wydziałem 11 lat i przeżyłem w tym czasie trzech prezydentów miasta, nie doświadczyłem żadnych nacisków, ani też nie byłem świadkiem żadnego przypadku, by władza chciała wpływać na kulturę. Natomiast, co oczywiste, jest ingerencja, by projekty finansowane ze środków publicznych stały na jak najwyższym poziomie.

– Czy kultura może stać się wizytówką Pomorza, czymś co będzie magnesem przyciągającym do nas turystów, inwestorów, ludzi poszukujących nowego, lepszego miejsca do zamieszkania?

– Jestem przekonany, że jednym z czynników bardzo ważnych w zakresie atrakcyjności regionu jest właśnie kultura. Inwestor chcący wyłożyć duże pieniądze na inwestycje, związać się z regionem na dłużej ocenia wiele czynników, w tym również kulturę. I to kulturę rozumianą szeroko – jako kształcenie na poziomie wyższym, instytucje kultury, ofertę kulturalną. Jestem przekonany, że na tym polu Pomorze jest oceniane bardzo wysoko. Uważam, że Słupsk jest w regionie bardzo silnym ośrodkiem. Wyrazem tego jest to, że niektóre nasze projekty kulturalne są inkorporowane, importowane do Trójmiasta. Dla przykładu powiem, że Sinfonia Baltica pod dyrekcją Bogdana Jarmołowicza bardzo często koncertuje w Trójmieście, jest zapraszana, cieszy się uznaniem. Nasz ostatni Komeda Jazz Festiwal kończył się też na Ołowiance w Gdańsku. To pokazuje, że na pomorskiej mapie kulturalnej istnieją dwa silne ośrodki Trójmiasto i Słupsk, które nie tylko ze sobą rywalizują, ale i potrafią skutecznie współdziałać.

– Jak wyglądamy w skali krajowej?

– Na pewno nie jesteśmy kopciuszkiem. Nie musimy czuć się kulturową prowincją.

– Dziękuję za rozmowę.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Pomorskie dziedzictwo kulturowe

Z Mieczysławem Jaroszewiczem , Dyrektorem Muzeum Pomorza Środkowego rozmawia Dawid Piwowarczyk

– Jaka jest, a jaka powinna być rola samorządu w kulturze?

– Moja wypowiedź będzie na pewno bardzo subiektywna. Jako osoba zarządzająca muzeum od 24 lat byłem przez ten czas świadkiem różnych pomysłów na finansowanie kultury i muszę powiedzieć, że jestem zadowolony z tego, że wraz z reformą samorządową w 1998 roku duża część kultury trafiła pod zarząd samorządów. Już ta kilkuletnia perspektywa – gdy podlegamy Marszałkowi, a nie ministerstwu – pokazuje, że z Gdańska lepiej widać nasze problemy i potrzeby i można na nie zdecydowanie szybciej reagować.

– Czy kultura może być czynnikiem rozwoju, bodźcem stymulującym bardziej intensywny rozwój Pomorza?

– Oczywiście. Mówię to, patrząc na nasze lokalne doświadczenia. Zarówno nasze położenie geograficzne jak i ukształtowanie terenu miało bardzo duży wpływ na budowę naszego lokalnego dziedzictwa kulturowego. Pomorze jest jedną z najbardziej wielokulturowych społeczności w Polsce. Pamiętajmy o tym, że ze względu na walory naszego regionu przez wieki ściągały tu zastępy ludzi z prawie każdego zakątka ówczesnego świata. A wcześniej na tych terenach przebywali, osiedlali się i wnosili wkład w kulturę Wikingowie, ludy Pomorzan, rządzili tutaj i Gryfici, i władcy polscy, i Prusacy. Z kolei wschodnie rubieże województwa ciągle noszą na swoim terenie ślady bytności Zakonu Krzyżackiego. Można by do tego dodać wiele innych nacji, które w większym lub mniejszym stopniu odcisnęły na naszym regionie znak swojej obecności. Budując polską tożsamość tych ziem, nie możemy zapominać o tych wszystkich ważnych elementach.

– Kultura w walce o polskość Pomorza?

– Musimy pamiętać o tych, którzy tu byli przed nami. Rola takich instytucji jak moja polega też na tym, żeby prezentować prawdziwą historię.

– Czy możemy na Pomorzu mówić o świadomej i skutecznej polityce kulturalnej?

– Zlepek dwóch słów: polityka i kultura może rodzić złe skojarzenia. Zazwyczaj, gdy polityka zajmowała się kulturą, to próbowała ją zinstrumentalizować i wykorzystać do swoich potrzeb. Myślę jednak, że w określeniu polityka kulturalna nie ma obecnie nic złego i uważam, że istnieje coś takiego na Pomorzu. Dla mnie to nic innego jak określenie optymalnych sposobów zaspokajania potrzeb istniejących i rodzących się w naszej lokalnej społeczności. Według mnie istota dobrze prowadzonej polityki kulturalnej polega na tym, żeby zaprząc kulturę do budowania lepszego Pomorza, pamiętając jednak i mając szacunek do tego, co wcześniej na tej ziemi osiągnęli ci, którzy byli tu przed nami.

– Dziękuję za rozmowę.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Niewykorzystany potencjał

Z Adamem Jagiełło-Rusiłowskim , Prezesem Stowarzyszenia Teatralno-Edukacyjnego „Wybrzeżak”,

rozmawia Dawid Piwowarczyk

– Czy samorządy są współczesnymi mecenasami sztuki?

– Według mnie – nie. Oczywiście, należy wyraźnie powiedzieć, że inaczej traktuje się kulturę tzw. wysoką, a inaczej kulturę młodzieżową, w którą sam jestem zaangażowany.

– Na czym polega różnica?

– Bardzo często tej drugiej się nie docenia, traktuje jako coś gorszego. Ale muszę powiedzieć, że w różnych miastach wygląda to różnie. Według mnie bardzo dobry jest model gdyński. Tam samorząd deleguje bardzo wiele zadań do organizacji pozarządowych.

– Panie Prezesie, może my mamy potencjał, ale go marnujemy. Rzadko na świecie narody pozwalają sobie na to, żeby sala teatralna, czy muzyczna była wykorzystana czasami tylko raz w tygodniu, albo i rzadziej. Może warto ożywić tę nieużywaną przestrzeń, właśnie dzięki dopuszczeniu do niej podmiotów zewnętrznych?

– Uważam, że to nie tylko kwestia przestrzeni. Inicjatywy oddolne zawsze znajdą swoją przestrzeń, wystarczy im nie przeszkadzać. Według mnie nie jest to główny problem. Moim zdaniem ważniejsze jest opracowanie dobrego systemu wspierania ciekawych inicjatyw.

– Władza woli inwestować w sztukę wyższą, bo to przynosi prestiż, niż w niepewne i mniej medialne projekty, na przykład młodych twórców?

– To oczywiste, władza lubi się pławić w chwale, ale trzeba się zastanowić, czy to, co dobre dla władzy, jest też dobre dla lokalnej społeczności. Zauważmy, że większość dużych projektów importujemy. Tak więc środki idą na bieżącą konsumpcję kultury, a nie na inwestowane w budowanie jej potencjału w regionie. Skoro chcemy uczynić Pomorze regionem kultury, to musimy mieć potencjał lokalny. Oczywiście duże projekty też są ważne i nie można jednego robić kosztem drugiego.

– Czy nie zaniedbujemy czegoś w zakresie edukacji młodych? Nie uczymy dzieci potrzeby „konsumpcji” kultury?

– Wszyscy to zaniedbują. Uczniowie, którzy do nas trafiają, wykazują elementarne braki w obcowaniu z kulturą. Jest z tym coraz gorzej. Grozi nam to, że jak te dzieci dorosną, to nie tylko nie będą czuły potrzeby odbioru sztuki, ale też w ogóle będą uważały za niepotrzebne dofinansowywanie sztuki. Młodych ludzi nie uczy się wrażliwości na wydarzenia kulturalne.

– Czy kultura może na siebie zarabiać?

– Według mnie nie, ale kultura może generować dochody dla całego społeczeństwa. Aktywność kulturalna wiąże się z pewnym stylem życia, który jest według mnie dobry dla gospodarki. Najczęściej poza instytucją sztuki zarabia jeszcze gastronom, taksówkarz. Jest jeszcze inna korzyść. Społeczeństwo konsumujące więcej kultury jest bardziej twórcze i przedsiębiorcze. Sztuka uczy myślenia, zadawania pytań, rozwiązywania problemów. Tam gdzie jest silna kultura, tam zazwyczaj jest też kwitnąca gospodarka.

– Czy władza boi się kultury?

– Zależy, jaka władza. Kultury może się bać tylko osoba mało twórcza, zachowawcza, konserwatywna, która nie wybiega w przyszłość. Taka władza boi się wszystkich zmian, a artyści często wróżą i przepowiadają zmiany.

– Dlaczego Gdańsk będący przez wieki tyglem przyciągającym do siebie ludzi z całego świata teraz stracił na znaczeniu?

– Myślę, że brak odważnych wizji i długofalowych działań. Władza powinna wspierać, tworzyć możliwości, ale nie ingerować zbyt mocno. Według mnie zmarnowano szansę terenów stoczniowych, ale jest jeszcze możliwość, by wykorzystać Dolne Miasto. Trzeba wtedy patrzeć przez pryzmat tworzenia klimatu, a nie budowania nowych, zamkniętych osiedli mieszkaniowych.

– Czemu nie ma gdańskiej bohemy? Dlaczego Gdańsk nie ma swojego klimatu, tak jak Kraków, Wrocław?

– Myślę, że wynika to z tego, że inwestowano głównie w budynki, a nie w ludzi. Nie ma budowania kultury organicznej. Duża część wydarzeń kulturalnych ma charakter fasadowy, niemający żadnego posadowienia w lokalnym pomorskim środowisku twórców.

– A może „boimy” się kultury pomorskiej, bo mamy kompleksy?

– Rzeczywiście nie wierzymy, nie ufamy temu, co jest nasze, swojskie. Nie widzi się interesu we wspieraniu ciekawych projektów oddolnych. Nie znamy naszej kultury lokalnej, więc nawet nie jesteśmy w stanie jej ocenić. Dlatego idziemy stajemy się snobami, konsumujemy to, co przychodzi z zewnątrz, co ma już wyrobioną markę, renomę. Wolimy, gdy ktoś decyduje za nas, co nam się podoba, a co nie.

– Czy kultura może być sposobem na radzenie sobie z problemami współczesności, szczególnie z problemem tzw. trudnej młodzieży?

– Tak. Myślenie rozbieżne uczy rozwiązywania problemu na więcej niż jeden sposób. Jeżeli młody człowiek do nas przychodzi i na przykład dostaje do przygotowania etiudę – czuje, że tworzy coś własnego. Po raz pierwszy w życiu osoba starsza nie mówi „nie próbuj kombinować”, „daj sobie spokój”. Młody człowiek może realizować się, być w czymś konstruktywnym. Po raz pierwszy dorosły nie mówi: to ja znam rozwiązanie, ja wiem lepiej.

– Czy kulturę wypada promować i czy umiemy to robić?

– Myślę, że mamy na Pomorzu przynajmniej kilku świetnych menadżerów kultury. Oni wiedzą jak promować sztukę.

– Kultura może być sposobem na rozwój regionu?

– Na pewno nie jedynym. To jeszcze nie ten poziom rozwoju, ale decydenci powinni rozumieć interdyscyplinarny charakter kultury łączący ją z branżą turystyczną, gastronomiczną i budowlaną. Kultura może być czynnikiem przyciągającym inwestorów, ale i rentierów szukających dobrych miejsc do lepszego życia.

– Dziękuję za rozmowę.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Kultura to drogie hobby

Z Haliną Kasjaniuk , dyrektorem artystycznym Stowarzyszenia Integracji Humanistycznej „Po-Most” z Tczewa, organizatora Międzynarodowego Festiwalu Działań Teatralnych i Plastycznych „Zdarzenia”-Tczew-Europa, rozmawia Dawid Piwowarczyk.

– Czy kultura jest ważna dla regionu, czy jest przez władze doceniana?

– Realizujemy duży projekt, który niewątpliwie daje ogromny efekt promocyjny dla Tczewa i Pomorza. Z roku na rok przyjeżdża do nas coraz więcej osób, z coraz bardziej odległych zakątków świata. Jest to niewielki wydatek dla miasta, bo dotacja sięga około 60 tysięcy złotych, czyli mniej niż 5 % całego budżetu przedsięwzięcia. Dotacja z samorządu wojewódzkiego sięga około 30 tysięcy. Co więcej, poza bardzo nam życzliwym Marszałkiem Janem Kozłowskim, inni urzędnicy bardzo często prezentują w stosunku do nas postawę pogardliwiearogancką. Tymczasem nasze działania są doceniane i robią piorunujące wrażenie w Warszawie

– Czy UE przykłada swoją rękę do Państwa sukcesów?

– Tak. Od sześciu lat korzystamy z pieniędzy płynących z Brukseli. Zaczynaliśmy od kwoty 60 tysięcy, by w tym roku dojść do kwoty miliona złotych.

– Jesteście Państwo zadowoleni z takiego sposobu finansowania projektów?

– Jak do tej pory byliśmy bardzo. W tym roku jednak finansowanie z programu Interreg doprowadza nas na skraj rozpaczy. Okazało się, że byliśmy jedyną instytucją z naszego regionu, której projekt został zaakceptowany. Było to naszą wielką radością, ale teraz z perspektywy czasu, okazuje się raczej pyrrusowym zwycięstwem, przysłowiowym gwoździem do trumny. My spełniliśmy wszystkie wymagania, ale umowa podpisana została dopiero w sierpniu tego roku, zamiast planowanego wcześniej grudnia 2005. Zrobiliśmy wszystko, by pomimo takiego opóźnienia impreza odbyła się we wrześniu, zgodnie z planem.

– Impreza okazała się sukcesem, więc w czym tkwi problem?

– Do tej pory nie udało nam się dokonać rozliczenia. Projekt jest ciężki i wymaga zaangażowania niesamowitej ilości osób. Obecnie płatności mamy po części uregulowane z własnych środków, ale w dalszym ciągu mamy jeszcze około 500 tysięcy złotych do zapłaty. Ja sama od grudnia ubiegłego roku nie odebrałam ani jednej wypłaty. Obecnie stowarzyszenie stoi na krawędzi bankructwa.

– A jak reagują odpowiedzialni urzędnicy?

– Dużo osób autentycznie chce nam pomóc. Procedury są niestety takie, jakie są. Obecnie nie mamy nawet informacji, czy prawdziwa jest teza, że jeżeli nie pokryjemy wydatków do końca grudnia to dofinansowanie przepadnie. Co więcej na pewno nie napawają nas optymizmem oficjalne wypowiedzi czołowych polskich polityków, z których wynika, że Interreg jest projektem nieudanym i prawdopodobnie większą część środków trzeba będzie zwrócić do Brukseli.

– Wracając do wątku lokalizacji. Czy rzeczywiście nie można robić dużych wartościowych projektów na Pomorzu poza Trójmiastem?

– Niestety wygląda na to, że tak jest. Często takie opinie padają z ust urzędników, którzy nie znają naszego projektu – nie wiedzą, że gościmy tu na przykład Jerzego Stuhra czy Jana Peszka – patrzą na nas z góry, z nieukrywaną pogardą.

– Czyli kultura to jedno wielkie hobby?

– Niestety tak. I co więcej, nie chodzi tu tylko o pieniądze, ale również o to, że odbywa się to często w ogromnym stresie, kosztem własnego zdrowia.

– A gdzie tu miejsce na satysfakcję?

– Ta oczywiście też jest. Cieszę się, że młodzież tczewska ma możliwość obcowania ze sztuką i gremialnie w naszym festiwalu uczestniczy. Cieszy nas też to, że jesteśmy widziani i doceniani w całym kraju i poza jego granicami.

– A może problem tkwi w tym, że nie stać nas na sztukę?

– Wprost przeciwnie. Projekty takie jak nasz to szansa dla regionu. Tylko w tym roku mieliśmy 600 gości, a same hotele wystawiły nam faktury na łączną kwotę 90 tysięcy złotych. Zatem dzięki festiwalowi przynajmniej kilkanaście lub kilkadziesiąt firm odczuło zdecydowany wzrost przychodów. Sztuka jest więc tu raczej czynnikiem nakręcającym koniunkturę, a nie obciążającym region. Sztuka może być coraz ważniejszym czynnikiem pozytywnie wpływającym na rozwój regionu, szczególnie w małych sennych miasteczkach.

– Dziękuję za rozmowę.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Potęga sztuki

Z Anetą Szyłak , Szefową Instytutu Sztuki Wyspa, rozmawia Dawid Piwowarczyk

– Jaka jest rola sztuki, kultury we współczesnym świecie, w kształtowaniu obrazu regionu?

– Różna. Ze względu na swoją różnorodność i wielopłaszczyznowość mamy tutaj różnego rodzaju relacje i oddziaływania. Sztuka nie istnieje sama, w oderwaniu od sfery społecznej. Jest sztuka zinstytucjonalizowana, jest sztuka komercyjna, alternatywna. Widać również odmienne postawy samych twórców. Istnieje grupa pałająca chęcią zaistnienia, funkcjonowania w sferze publicznej. Są artyści aktywiści, bardzo często działający w projektach głęboko niekomercyjnych, którzy nie tworzą dzieł materialnych, jak obraz czy rzeźba, ale robią „akcje” – happeningi, warsztaty, działania street-artowe. Jest całe pole sztuki instytucjonalnej. Sztuka potrzebuje do sprawnego funkcjonowania teatrów, sal wystawowych, ale też ludzi. Czasem jeden człowiek potrafi być instytucją. Oczywiście sztuka ma też wartość ekonomiczną, kumulującą się zarówno w publicznych muzeach, jak i w wielkich prywatnych kolekcjach.

– Czy współczesny człowiek potrzebuje kultury, sztuki. Może mass media i inne atrakcje powodują, że są one niepotrzebne?

– Może nie zawsze czujemy potrzeby kulturalne, ale to nas nie zwalnia z obowiązku tworzenia i komunikowania sztuki, gdyż te potrzeby pojawiają się dopiero na pewnym poziomie. Jest spora grupa osób, które swoje potrzeby w tym zakresie zaspokaja, uczestnicząc w spektakularnych projektach, takich jak „Impresjoniści” w Muzeum Narodowym, który przyciąga do muzeum 30 tysięcy widzów. Oczywiście w większości przypadków nie jest to pogłębiony odbiór, bardziej rodzaj spektaklu. Tak naprawdę znawców Rembrandta będzie w tej całej masie może 100 osób, ale to nie znaczy, że jest źle. To też stymuluje. Kontakt z dziełem sztuki nawet niezbyt pogłębiony jest ważny, poszerza horyzonty, może rodzić w odbiorcy nowe potrzeby. Czasami są takie sytuacje, że kontakt ze sztuką jest bliższy i mocniejszy.

– Czy problemem nie jest to, że współczesna sztuka w dużej mierze „oszukuje”, że artyści oszukują odbiorców?

– Hochsztaplerka jest w każdej sztuce, mieliśmy ją i wśród impresjonistów.

– Czy kultura potrzebuje władzy i czy władza potrzebuje kultury i sztuki?

– I tak i nie. Na pewnego jednak należy pamiętać o tym, że władza uprzedmiatawia sztukę. Znany jest też tzw. efekt Billbao. Muzeum Gugenheima jest przykładem prywatnego projektu, który buduje prestiż donatorom, czy filantropom. Takie muzeum, krytykowane za narcyzm i rozrywkowość, niewątpliwie przyczyni się do rozwoju gospodarczego miasta i regionu. Tutaj właśnie widzimy multiplikowanie pieniędzy. Środki zainwestowane w sztukę wracają w postaci wpływów z biletów, dochodów gastronomii, hotelarstwa. Największe i najsławniejsze muzea są jednymi z najważniejszych atrakcji turystycznych. To one przyciągają turystów do danego miasta i regionu. Na pewno dla lokalnych polityków inwestycja w kulturę może być dobrym rozwiązaniem. Oczywiście, nie ma co liczyć na to, że taka inwestycja przyniesie natychmiastowe korzyści.

– Pani też daje się zinstrumentalizować?

– Tak, daję się zinstrumentalizować mojemu deweloperowi. Bardzo się jednak cieszę, że tworzy mi możliwości do działania, że tworzy nowe miejsca pracy. Na terenie stoczni powstanie nowy ciekawy projekt, który ma szansę zmienić oblicze miasta. Jest to tym bardziej ważne dlatego, że Gdańsk do tej pory miał problemy z dużymi, prestiżowymi inwestycjami. Myślę, że właśnie projekt Młodego Miasta, obudowany między innymi takimi projektami kulturowymi, jak Wyspa, będzie bardzo ważny dla Gdańska. Chcemy pełnić rolę kulturowego mediatora, bardzo ważne jest to, że powstanie tutaj coś nowego architektonicznie. Jest to ten przejaw aktywności ludzkiej, który buduje kulturę miasta. Bardzo często muzea są sławne przez swój budynek. Często jest on przekleństwem muzealników, ale sam staje się rzeźbą pośród przestrzeni miejskiej.

– Jak wygląda pomorska relacja na linii sztuka – władza?

– Należy jeszcze dużo poprawić. Oczywiście ciężko mi się wypowiadać, bo po części sama jestem ofiarą. Problemem jest to, że władza nie zawsze zdaje sobie sprawę z tego, co to znaczy niezależność programowa organizatora. Przecież czym innym jest obowiązek zapewnienia finansowania, kontrolowania prawidłowości wydatkowania, a czym innym niezależność w zakresie programowym.

– A czy nie wydaje się Pani, że władza zaczyna się bać kultury?

– Tak, rzeczywiście dostrzegam takie zjawisko. Wynika to z tego, że politycy operują tak naprawdę w tej samej sferze, co artyści – w sferze symboliki. Polityka stara się utrwalać to co tradycyjne, stara się opierać na tradycyjnych wartościach. Boi się wywrotowego elementu we współczesnej kulturze i sztuce, który opiera się na świadomym reagowaniu i poddawaniu temu co symboliczne i wizualne, co podlega nieustannej krytyce.

– Czy artysta jest skazany na bycie dysydentem?

– Niektórzy z pewnością tak. Lepiej jest na pewno, by kultura nie podlegała kontroli, która szczególnie u nas może bardzo szybko zacząć kojarzyć się z cenzurą. Kultura to naturalna aktywność indywidualna i społeczna. Jest niesamowicie ważne, żeby ta aktywność ciągle trwała, żeby trwało nieustanne przemyśliwanie i przerabianie, czym jest nasza rzeczywistość, jaka jest nasza rola w świecie itp. Bardzo często artyści widzą to, co jeszcze nie ma nazwy. Sztuka często zadaje ważne pytania. Poprzez sztukę dzielimy się naszymi poglądami.

– Znajdujemy się w miejscu, gdzie rozgrywały się najważniejsze wydarzenia historii współczesnej [Wyspa mieści się na terenach Stoczni Gdańskiej – red.] jednocześnie miejsca silnie przez człowieka zmienionego i zdegradowanego. Jaka jest rola kultury w odzyskiwaniu dla miasta przestrzeni publicznej, w rewitalizowaniu terenów zdegradowanych, trenów poprzemysłowych?

– Procesy te zachodziły już w Stanach Zjednoczonych i w Europie Zachodniej i tam dowiedziono, że udział kultury i sztuki w procesach rewitalizacji terenów poprzemysłowych jest bardzo ważny. W takich miejscach tworzy się pewna specyficzna otoczka, pewna społeczność. Duża część ludzi czuje się oszukana przez historię. Cześć boryka się z bezrobociem, z upadkiem zawodu stoczniowca, a kultura powinna tu pełnić rolę komunikacyjną. Powinna przedstawiać pewne zjawiska, prezentować głosy marginalizowane. Sztuka jest współczesnym rodzajem agory, jest tworem radykalnie demokratycznym. W mediach, w polityce pewne głosy nie mogą się przebić. Nas interesuje amplifikacja pewnych zjawisk, które są ciekawe dla nas. Tym samym my artyści stajemy się rodzajem bufora. Potrzebujemy tych ludzi, bo są nam potrzebni, dają nam natchnienie, podpowiadają tematy, ale i my dla nich jesteśmy jakimś sposobem na zakomunikowanie na zewnątrz ich problemów ich postrzegania świata.

– Sztuka jako forma zbiorowej psychoanalizy i terapii?

– Może nie aż psychoanalizy, ale niewątpliwie jest to forma uczestniczenia w pewnym procesie zmian, który nie jest dostępny w innym wymiarze. Poszerzamy pola społecznej obecności. My robimy coś, czego nie robią politycy, inwestorzy, działacze związkowi.

– Użyłem dość mocnego słowa terapia, ale czy właśnie nie jest tak, że poprzez uczestniczenie w pewnych projektach artystycznych duża część „ludzi stoczni” potrafi odnaleźć własną wartość, znaleźć swój nowy sposób na życie, na rzeczywistość?

– Myślę, że ważne jest to że pokazujemy tym ludziom, że oni są dla nas ważni. My przeprowadzając się na te stoczniowe tereny, odgraniczone od świata murem (i to zarówno prawdziwym jak i mentalnym) mamy niespotykaną wcześniej możliwość obserwacji tych społeczności w ich naturalnym środowisku. Oczywiście, nigdy nie będziemy stoczniowcami, ale mamy szansę ich lepiej poznać i co więcej powiedzieć – poprzez sztukę – o nich, o tym, co myślą, co chcą przekazać tym, którzy żyją na zewnątrz, którzy są za murem i którzy nigdy nie mieli okazji znaleźć się tutaj. To, co się tutaj dzieje jest ważne i cenione. Przykładowo „Strażnicy Doków”, czyli projekt, który wydawał mi się bardzo lokalny i specyficzny, jedzie w przyszłym roku do Drezna. Gdzie też ciągle nie dokonano ostatecznych rozliczeń z przeszłością.

– A czy projekt przebudowy nie pozbawi was „materii i tworzywa”?

– Zdecydowanie nie. Będziemy pośrodku niezwykle ciekawych i dynamicznych przemian. Te nowe projekty, nowa architektura, nowe zamysły urbanistyczne, nowa społeczność, która powstanie z osób, które na tym terenie zamieszkają sprawi, że minimum przez następne 20 lat będziemy mieli ich aż za dużo.

– Wracając do kwestii odzyskiwania przestrzeni publicznej i tematu „Łaźni”. Na terenie Dolnego Miasta, dzielnicy „zakazanej”, powstał ośrodek kultury, jakby obcy – z innego świata.

– Zakładając w latach 90-tych „Łaźnię”, uznaliśmy, że idziemy w dobrym kierunku. Już wtedy sugerowałam władzom, że właśnie tego typu projekty mogą być szansą na odebranie dzielnicy z rąk „beznadziei” i przywrócenia jej miastu. W grudniu 1998 roku mówiłam, że artystów warto wpuszczać na Dolne Miasto, że warto im na przykład za darmo lub za niewielkie pieniądze oddawać mieszkania, lokale na pracownie.

– I udało się?

– Niestety nie. Widzę, że nie wykorzystaliśmy szansy. Na pewno największą zbrodnią było zbudowanie szerokiej drogi, która oddzieliła Dolne Miasto od pozostałej części miasta. Niewątpliwie jest to jeden z najbardziej urokliwych i ciekawych pod względem architektoniczno-urbanistycznym zakątek Gdańska. I na pewno odzyska swój blask i stanie się dzielnicą rezydencyjną, rywalizującą na przykład z Oliwą. Wydaje mi się jednak, że przespaliśmy szansę na budowę ciekawego kulturowego obrazu tej dzielnicy.

– Kultura może być nową, atrakcyjną twarzą Trójmiasta, Pomorza?

– Wydaje mi się, że tak. Musi jednak dojść do połączenia sił inwestorów, samorządów i takich instytucji jak Wyspa. Myślę, że jesteśmy na bardzo dobrym światowym poziomie, jeżeli chodzi o kulturę. Ważne jest jednak, żeby te nasze polityki kulturalne nie były zbyt wąskie. Za mocno do tej pory inwestowaliśmy w przeszłość. Jak muzyka – to barokowa, jak architektura – to tylko odbudowa kamieniczek. Ewentualne do tego jeszcze dziedzictwo „Solidarności”, ale to ciągle za mało. Bardzo wielu kreatywnych ludzi wyjeżdża z Gdańska, ponieważ jest tu za mało możliwości samorealizacji, rozwoju własnych talentów.

– Politycy nie rozumieją współczesnej sztuki.

– I nie muszą wcale jej rozumieć. Każdy ma prawo do swoich poglądów, ma prawo sam określać, co lubi, co mu się podoba. Politycy, decydenci są w szczególnej sytuacji. Muszą mieć bardziej holistyczny ogląd i wspierać nie tylko to, co lubią. Muszą wpierać całą sztukę, która jest tego warta, która buduje nowe, kulturowe oblicze miasta. Pamiętam jak w 1997 roku przyszedł do nas do „Łaźni” Tomasz Sowiński – wtedy wiceprezydent Gdańska, a późniejszy wojewoda – i oglądając jedną z wystaw sztuki nowoczesnej powiedział: „Ja tej sztuki i nie lubię, i nie rozumiem. Widzę jednak tutaj mnóstwo młodych ludzi ogromnie zainteresowanych i zaangażowanych i dlatego ja Pani pomogę”. Według mnie to jest przykład wzorcowej postawy rozumnego i odpowiedzialnego polityka. Politycy muszą zrozumieć, że kultura musi istnieć nie po to, żeby zadawalać samych decydentów, lecz być ważnym elementem tożsamości miasta. Gdańsk stać na masę rzeczy, trzeba tylko wiedzieć jak sensownie inwestować te środki w kulturę.

– Jak to robić?

– Trzeba ufać ekspertom, ale mają to być osoby kompetentne i niezależne. Polityk powinien z takiego doradcy korzystać w taki sposób, by dawało to efekty lokalnej społeczności.

– Ale dla wielu myśl o dopuszczeniu pluralizmu, również w sztuce, o pozwoleniu ludziom na samodecydowanie jest zdecydowanie nie do przyjęcia. Mamy wielu polityków, dla których istnieje tylko jedna – ich własna – słuszna droga.

– To jest poważny błąd myślenia. Politycy nie mają żadnego prawa za nas decydować. Nie można kontrolować wolnych, rozumnych ludzi. Doświadczenie uczy, że przynosi to efekty odwrotne od założonych. Ludzie zaczynają się buntować, walczyć o niesłusznie przez polityków zawłaszczone pole wolności przynależnej każdemu z nas. Nasz rząd oczywiście inwestuje w kulturę, bo marzy mu się i potrzebuje imperialnej oprawy. Dlatego instytucje kulturalne będą istnieć, ale ważniejsze jest, co tam się będzie, a raczej czego nie będzie się pokazywać.

– Czy grozi mam powrót „drugiego obiegu”?

– Tak. Co więcej on już się rodzi i rozwija. Podobnie dzieje się w Stanach Zjednoczonych, tam też sztuka szuka swoich sposobów na ekspresję w kierunkach, które często nie są akceptowane i finansowane przez władzę publiczną. Tam jednak istnieje całkiem inne podejście do kultury. Instytucja prywatnego donatora jest tam silnie zakorzeniona i twórca może liczyć na wsparcie ze środków niepublicznych. U nas inwestowanie w sztukę jest ciągle bardzo mało popularne. W Stanach zdecydowana większość środków trafiających do instytucji kultury pochodzi z kieszeni prywatnej. Państwo poprzez budowę systemu podatkowego wprost zachęca do takiego działania, samemu jak gdyby rezygnując z ingerencji w kulturę.

– To mi się wydaje u nas nieprawdopodobne, żeby Państwo, a tak naprawdę jego urzędnicy zgodzili się na ograniczenie swojego wpływu i kontroli nad tak ważną dziedziną życia, jaką jest kultura. Przecież to tutaj trwa ciągła „walka” o rząd dusz.

– I właśnie dlatego tak szybko rośnie i puchnie nam to nasze tanie państwo. Ale pamiętajmy, że tendencje w bardziej rozwiniętych krajach są zdecydowanie inne. Francja, Skandynawia pokazują, że finansowanie kultury może być oparte na zdrowszych zasadach. Pamiętam swoje zdziwienie, gdy badając system finansowania w Finlandii, odkryłam, że nie ma u nich Ministerstwa Kultury, a wszystkie funkcje realizowane są poprzez jeden departament w Ministerstwie Edukacji. Jednocześnie był to jeden z tych krajów, gdzie udział ludzi w kulturze jest największy. U nas tymczasem powstają kolejne urzędy, a pustoszeją sale teatralne i muzealne. Cała masa obszarów aktywności państwa powinna z pompatycznych ministerstw trafić z powrotem do ludzi.

– Dziękuję za rozmowę.

Skip to content