Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Globalny wyścig o zachowanie podmiotowości

Pobierz PDF

Rozmowę prowadzi Marcin Wandałowski – redaktor prowadzący „Pomorskiego Przeglądu Gospodarczego”.

Jakie są wymiary współczesnego globalnego wyścigu technologicznego?

Jesteśmy dziś świadkami najintensywniejszego wyścigu technologicznego w historii ludzkości. Jego polem są najogólniej mówiąc technologie cyfrowe. Sektor ten obejmuje zagadnienia takie, jak m.in.: sztuczna inteligencja (artificial intelligence – AI), robotyzacja, quantum computing, mikromachineria czy Internet of Things. Choć mamy tu do czynienia z przynajmniej kilkoma ogniwami, to świat będzie generalnie dążył do scalania, konwergencji wszystkich tych technologii. Ich integratorem, „władcą” będzie sztuczna inteligencja.

W niedalekiej historii mieliśmy do czynienia z zimnowojennym wyścigiem technologicznym między Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim. Widać dziś pewne analogie?

Ostateczne zwycięstwo Amerykanów w podboju kosmosu miało znaczenie nie tylko symboliczne i ideologiczne, ale ustanowiło też na wiele lat ogólną technologiczną supremację USA. Stawka współczesnego wyścigu jest o wiele większa. Google, Facebook czy inni potentaci z branży nowoczesnych technologii już teraz często wiedzą o społeczeństwach więcej niż one same o sobie. Niczym gigantyczny odkurzacz zbierają z internetu dane ich dotyczące – również te z przeszłości, o których użytkownicy zapomnieli lub zepchnęli je w podświadomość.

Sztuczna inteligencja oraz pozostałe technologie są rozwijane w głównej mierze po to, by ich właściciele mogli tymi danymi „obracać” i wykorzystywać je w użyteczny dla nich sposób. Rodzi to duże konsekwencje dla państw naszego regionu – jeśli Europa nie uzyska pozycji jednego z liderów wyścigu, zostanie w światowej układance zepchnięta na bok. Stawką jest zachowanie naszej wewnątrzsterowności oraz podmiotowości, być może nawet naszego własnego „ja”. Jeśli AI będzie poza nami i „obce” roboty będą wiedziały o nas więcej niż my sami – kto inny będzie nami rządził i decydował o naszym losie.

Stawką współczesnego wyścigu technologicznego jest zachowanie naszej wewnątrzsterowności oraz podmiotowości, być może nawet naszego własnego „ja”.

Czy uczestnicy wyścigu są świadomi jego stawki?

Dwa największe supermocarstwa, które stanęły w szranki, czyli USA oraz Chiny – bez wątpienia. Świadomość tę widać również u innych graczy. Prezydent Francji Emmanuel Macron powiedział niedawno, że „naszym celem jest stworzenie europejskiej suwerenności w zakresie sztucznej inteligencji”. Zwracając się stricte do swoich wyborców, kontynuował: „jeżeli chcecie żyć w społeczeństwie własnego wyboru, musicie stać się aktywną częścią rewolucji AI, przed którą stoimy”. Także Władimir Putin oznajmił, że „AI jest przyszłością nie tylko Rosji, ale i całej ludzkości. Państwo, które zdominuje tę technologię będzie rządzić całym światem”. Również wiele innych państw ma świadomość, o co toczy się gra. Nawet bajkowo bogate Zjednoczone Emiraty Arabskie powołały ministra odpowiedzialnego prawie wyłącznie za obszar AI. W Polsce – poza wyjątkami, jak np. książka prof. Andrzeja Zybertowicza „Samobójstwo Oświecenia?” – jak dotychczas nie słyszy się jednak dużo o tym zagadnieniu.

Jak na razie liderami globalnego wyścigu pozostają Stany Zjednoczone?

Owszem, prym wiedzie USA, choć nie jest to już panowanie niepodzielne. Perspektywa utrzymania supremacji jest poddawana coraz większym wątpliwościom, głównie ze względu na niesamowite tempo, w jakim swój dystans zmniejszają Chiny. Chiński plan „Made in China 2025” zakłada, że Państwo Środka zostanie liderem w branży AI najpóźniej w 2030 r., a także czołowym graczem w innych kluczowych technologiach strategicznych. Wszystko wskazuje na to, że Napoleon Bonaparte miał rację mówiąc: „kiedy Chiny się obudzą, świat zadrży”.

Amerykanie są już tego świadomi, choć przez długi czas lekceważyli swoich rywali z pozycji imperialnej arogancji. Uważali oni Chiny za swoiste technologiczne Galapagos, w którym egzotyczne technologiczne stwory mogą się rozwijać, ale nigdy nie opuszczą brzegów swojej wyspy. Teraz natomiast gwałtownie się przebudzają przerażeni tym, czy point of no return na drodze pochodu Chin do globalnej supremacji nie został niepowracalnie „przespany”.

Amerykanie przez długi czas uważali Chiny za technologiczne Galapagos, w którym egzotyczne technologiczne stwory mogą się rozwijać, ale nigdy nie opuszczą brzegów swojej wyspy. Teraz natomiast gwałtownie się przebudzają przerażeni tym, czy point of no return na drodze pochodu Chin do globalnej supremacji nie został niepowracalnie „przespany”.

Chiny niebawem mogą pozostawić USA w pokonanym polu?

Wyścig między gigantami dobrze obrazuje to, że choć Amerykanie nadal posiadają największy zasób talentów technologicznych, na który w dużym stopniu składają się chińscy oraz hinduscy inżynierowie, to Chińczycy kształcą dużo więcej technologów. Oczywiście, pozostaje jeszcze pytanie o ich jakość. Ciekawie sytuacja wygląda, jeśli chodzi o patenty. W okresie 2000‑2014 liczba aplikacji patentowych w Chinach wyniosła ponad 900 tys., podczas gdy w USA niespełna 600 tys. Inny przykład: firma, która w 2015 r. uzyskała najwięcej międzynarodowych patentów nie pochodziła z USA, Japonii czy Korei, a była nią chińska Huawei.

Sądzę, że najlepszym wskaźnikiem obrazującym potencjał na przyszłość są tzw. jednorożce – firmy z pionierskimi technologiami oraz potencjałem utorowania drogi rewolucyjnym rozwiązaniom, mogące stać się kolejnymi gigantami na gospodarczej mapie świata. W 2016 r. wartość chińskich jednorożców podniosła się raptownie do 69% wartości amerykańskich. A jeszcze kilka lat temu dopiero one raczkowały. Znamienny jest fakt, że na bieżącej liście 50 najcenniejszych jednorożców na świecie, 26 pochodzi z Chin, a z USA „tylko” 16. Stawkę uzupełnia sześć firm z Indii oraz dwie z Korei Południowej.

Z tego też powodu na włosku wisi dziś wojna handlowa między USA a Chinami?

Wojnę handlową na linii Waszyngton­‑Pekin określiłbym jako red herring, czyli coś, co odwraca uwagę od ważniejszej sprawy. W dobie zazębionych ze sobą globalnie gospodarek na wojnach handlowych tracą praktycznie wszyscy. Mechanizmy światowej wymiany handlowej są tak skomplikowane, że nikt tak naprawdę nie może przewidzieć skutków, jakie wojna handlowa mogłaby w swoim następstwie wywołać. Jej „ofiarami” zostałyby całe łańcuchy wartości, a na świecie zapanowałby brak przewidywalności co do alokacji zasobów tak finansowych, jak i materialnych. Jest to zatem generalnie gra niewarta świeczki.

O co więc chodzi?

Bierne poddawanie się obecnie panującym mechanizmom globalnym może prowadzić do wniosku, że zarysowująca się w oddali i zbliżająca się coraz bardziej klęska w starciu z Chinami jest dla USA nieuchronna. Niewykluczone, że zauważyły to amerykańskie elity. Spójrzmy chociażby na to, że obecnie 55‑60% części do amerykańskich produktów elektronicznych pochodzi z Państwa Środka. W amerykańskim interesie leży więc realokacja zasobów bliżej siebie, w miejsce, gdzie geopolityczna – czasem i militarna – przewaga USA jest miażdżąca. To w zasadzie amerykańska racja stanu, która z punktu widzenia amerykańskiego obywatela jest zrozumiała i racjonalna. Jeśli zasoby te będą w rękach Chin, Amerykanie nie będą mieli nad nimi kontroli. Podobnie byłoby, gdyby Stany Zjednoczone były zależne od dostaw z Europy – nie pozwoliliby się wybić również i jej. Na tym polega amerykańska polityka, dążąca do pewnej samowystarczalności. Amerykanie nie chcą być zależni od szantażu potencjalnego wroga.

Chodzi zatem tak naprawdę o przebudowanie dotychczasowego systemu powiązań. W jaki sposób można go przeprowadzić?

Wydaje mi się, że może ku temu służyć pewien kontrolowany chaos. Mówiąc obrazowo: talia kart leci w powietrze, a kiedy karty zaczynają spadać, pojawia się czas na to, by uruchomić mechanizmy, które sprawią, że ułożą się one tak, jak chciałby inicjator całego zamieszania. Potrzeba do tego umiejętności wykorzystania chwilowych atutów, zasobów i dźwigni tak, by zmienić sytuację na swoją korzyść. Jest to stara, wypróbowana i empirycznie sprawdzona metoda stosowana z wielkimi sukcesami chociażby w polityce Wielkiej Brytanii. Amerykanie liczą, że pod osłoną dysput handlowych, bez wzniecania większej wojny można przemeblować świat tak, żeby USA pozostały niekwestionowanym liderem, gwarantującym światowy porządek według swoich standardów. W ten sposób Amerykanie będą próbowali spowolnić postęp technologiczny w Chinach i wyznaczyć chińskiej ekspansji pewne granice. Chińczycy mogą powątpiewać, czy ich rywalom się to powiedzie, jednak bez wątpienia – w przeciwieństwie do Unii Europejskiej – Stany Zjednoczone nie oddadzą pola bez walki.

Amerykanie liczą, że pod osłoną dysput handlowych, bez wzniecania większej wojny można przemeblować świat tak, żeby USA pozostały niekwestionowanym liderem, gwarantującym światowy porządek według swoich standardów.

Skąd jednak pewność, że stosując strategię „kontrolowanego chaosu” na sam koniec nie pogorszy się swojej wyjściowej pozycji?

Nie ma żadnych teoretycznych założeń, w myśl których zawsze udaje się zapanować nad stworzonym chaosem. Strategia ta opiera się na wiedzy empirycznej. Wspominałem o Wielkiej Brytanii, która przez wieki działała w taki sposób, by eliminować potencjalnych konkurentów zagrażających jej dominacji. Przykładowo, kiedy Rosja w XIX w. zagrażała ich supremacji w Indiach, Brytyjczycy wzniecali powstania w Europie, m.in. Powstanie Styczniowe w Polsce, tak aby odwrócić uwagę Rosjan od tamtej części świata i skoncentrować ją na polskich ziemiach. To stary manewr polityczny, który wiele razy w historii się sprawdzał. Czy zawsze? Nie – wszystko zależy od strategii, środków oraz zasobów. Moralnie jest to oczywiście bardzo cyniczne, ale z punktu widzenia wzniecającego „pożar” jest to działanie uzasadnione, racjonalne.

Stany Zjednoczone mają też jednak swoje wewnętrzne problemy – stać ich na to, by skupić się na dwóch frontach?

Liczą na to, że tak. Faktem jest jednak, że USA mają poważne ułomności społeczne i kulturowe. Podziały w amerykańskim społeczeństwie się pogłębiają, klasa średnia się kurczy. Rozwarstwione społeczeństwo staje się coraz bardziej roszczeniowe. Narcyzm kulturowy przybiera na sile. Interesowanie się samym sobą, „czubkiem własnego nosa” sieje duchowe spustoszenie. Młodzi nie garną się do studiów inżynieryjnych, matematycznych czy przyrodniczych. Co zdolniejszy robi studia prawnicze lub biznesowe. Coraz większe rzesze studentów przyciągają natomiast kierunki takie, jak women studies, black culture studies, gender studies, communications, minority rights itp.

Z kolei na rynku pracy najlepiej prosperujące firmy IT płacą coraz wyższe wynagrodzenia coraz mniejszej liczbie zatrudnionych tam osób. Inżynier pracujący w siedzibie LinkedIn w San Francisco zarabia średnio 150 tys. dolarów rocznie, a w firmie ma do wyboru wyszukane dania na śniadanie, obiad i kolację, przekąski i ciastka itp. – wszystko za darmo. Rzesze osób pracujących w hotelach, sklepach, restauracjach, barach mieszkają natomiast w slumsach, pracują ponad 10 godzin dziennie za marne pieniądze, nie mając przy tym ubezpieczenia na zdrowie i często również żadnych świadczeń socjalnych. Nad tym wszystkim panuje dominująca klasa rządząca w USA, składająca się z prawników, bankierów, specjalistów od PR.

Twierdzi Pan zatem, że źródłem problemów wewnętrznych USA jest kształt elit?

Dla porównania, Chiny są rządzone przez inżynierów. Mentalność i podejście do społeczeństwa i do państwa są tam zupełnie inne. Dla inżyniera głównym celem jest to, aby system funkcjonował sprawnie, był efektywny, odnosił zamierzone cele. Z kolei u bankierów i prawników chodzi o to, by strona trzymająca władzę miała większe zyski. Inżynierowie są zainteresowani twardą materią – coś można zbudować, coś przyniesie namacalne korzyści dla społeczeństwa itp. U drugich jest to przesuwanie środków finansowych i prawnych po to, by główna elita wzmocniła, a co najmniej, utrzymała swoją pozycję. Inne są również horyzonty czasowe – inżynierowie planują w perspektywie dekad i chwilowy brak zysków im nie przeszkadza, podczas gdy bankierzy działają w perspektywie kwartałów, chcąc ten zysk zawsze maksymalizować. Choć są to oczywiście tylko pewne generalizacje, to sądzę, że z punktu widzenia społeczeństwa mentalność bankiersko­‑prawnicza jest jednak mniej korzystna od inżynieryjnej.

Wróćmy do globalnego wyścigu technologicznego. Wśród 50 czołowych jednorożców świata nie ma ani jednego z Europy – to nie przypadek?

To spory paradoks – Unia Europejska jako całość jest przecież znacznie większą gospodarką niż Stany Zjednoczone, z niemal dwukrotnie większą populacją, która jest dobrze wykształcona i dysponuje olbrzymim dorobkiem technologiczno­‑naukowym. Jednakże w kluczowych dziedzinach, będących przedmiotem obecnego wyścigu technologicznego, pozostaje daleko w tyle. Europa nie jest w stanie przeciwstawić żadnych rywali potentatom pokroju Apple’a, Microsofta, Google’a, Alibaby, Baidu czy Huawei.

Jakie są przyczyny tej niemocy?

Dużą przeszkodą jest fragmentacja Europy na państwa narodowe – Unia Europejska wydaje się być zlepkiem państw zabiegających coraz jaskrawiej o swoje wąskie narodowe interesy oraz ambicje. Widać to także na przykładzie wyścigu technologicznego – poszczególne państwa, jak np. Francja, Niemcy czy Szwecja, inwestują we własne programy rozwoju sztucznej inteligencji.

W globalnym wyścigu technologicznym Europę „blokuje” fragmentacja na państwa narodowe – Unia Europejska wydaje się być zlepkiem państw zabiegających coraz jaskrawiej o swoje wąskie narodowe interesy.

Problemem jest też – mówiąc brutalnie – oderwanie od rzeczywistości. Komisja Europejska wydała w kontekście AI białą księgę. Została ona napisana przez europejskich biurokratów, zamawiających wybrane fragmenty tekstu u zachodnioeuropejskich badaczy akademickich. Jej tonacja jest defensywna – wskazuje ona na zagrożenia i szanse związane z AI. Jeden z największych rozdziałów jest poświęcony problemowi zagadnień etycznych związanych ze sztuczną inteligencją. Jest to wprawdzie wątek istotny, ale – z całym szacunkiem – jednak w tym kontekście drugorzędny.

Mówię o tym dlatego, że w tym samym czasie Amerykanie przeprowadzają badania ściśle związane z zapotrzebowaniem rynkowym lub jego potencjałem rozwojowym. Ich kierunki wyznaczają menedżerowie technologicznych gigantów, a nie waszyngtońscy biurokraci czy profesorowie z ośrodków akademickich. Ci ostatni mają oczywiście swoją rolę w amerykańskim ekosystemie technologicznym, ale głównie jako konsultanci i wychowawcy kolejnych kadr inżyniersko­‑naukowych. Całym procesem steruje biznes.

W Europie bez wątpienia panuje inny model niż w USA, co jednak nie przeszkodziło w zbudowaniu tak – przynajmniej do niedawna – nowoczesnych gospodarek, jak niemiecka, holenderska czy brytyjska. Skąd zastój, jeśli chodzi o nowoczesne technologie?

W obszarze innowacyjnych technologii razi w Europie problem braku pola równych szans oraz mechanizmów zbierania korzyści z badań nad AI. Najsilniejszą europejską gospodarką są Niemcy. Paradoksalnie jednak, w technologiach cyfrowych zamiast być lokomotywą napędzającą cały proces, są raczej kamieniem młyńskim u szyi, zaduszającym europejskie innowacje w tych dziedzinach. Niemcy przekształciły większą część Europy w swoich dostawców i rynek zbytu. Jeżeli więc większość – o ile nie wszystkie – korzyści wynikające z badań nad AI mają być skoncentrowane w jednym kraju i jego cenionych na całym świecie markach i produktach, pojawia się poważny problem. Inni członkowie Unii Europejskiej mogą czuć się mało skłonni do tego, by służyć jako pomysłodawca dla produktów dominującego kraju, który następnie zalewa ich rynek swoimi produktami.

Najsilniejszą europejską gospodarką są Niemcy. Paradoksalnie jednak, w technologiach cyfrowych zamiast być lokomotywą napędzającą cały proces, jest raczej kamieniem młyńskim u szyi, zaduszającym europejskie innowacje w tych dziedzinach.

Niemcy świadomie dążą do spetryfikowania obecnego stanu?

Moim zdaniem jest to pewnego rodzaju psychologiczna i mentalnościowa niemoc – Niemcy z pewnością chcieliby zostać liderami w AI. Tyle tylko, że mentalność niemiecka jest zachowawcza – oni są bardzo silnie zakorzenieni w tradycyjnych gałęziach technologicznych: w przemyśle samochodowym czy maszynowym. To za ich sprawą wypracowali swoją pozycję w światowej gospodarce, dominując najpierw rynki zachodnio‑, a później wschodnioeuropejskie. Z kolei tania siła robocza ze Wschodniej Europy pozwoliła im być konkurencyjnymi na rynkach światowych. Obecnie ich automatycznym odruchem jest utrzymanie status quo i strategia defensywna, niedopuszczająca do zrodzenia się potencjalnego wewnątrzeuropejskiego rywala. Stąd też bierze się brak energii na to, by pchnąć do przodu technologie cyfrowe. W tej branży, aby osiągnąć sukces, często musi zadziałać destruktywno­‑kreatywna transformacja (tak było chociażby wówczas, gdy cyfrowa fotografia zmiotła z rynku takiego giganta jak Kodak) – trzeba nieraz zniszczyć egzystujący przemysł, aby w jego miejsce mógł się pojawić nowy. Niemcy nie są na to psychicznie gotowi.

Druga rzecz, że kulą u nogi są w tym kontekście także z natury statyczne, zachowawcze, cementujące dotychczasowy układ mechanizmy unijne, w których nie ma miejsca na siły destrukcyjno­‑kreatywne otwierające pole dla nowych technologii i konceptów biznesowych. Są one zresztą pod ogromnym naciskiem Niemiec. Dyskretna presja na instytucje UE w celu utrzymania status quo jest domeną niemieckiej polityki gospodarczej.

Jakie jeszcze czynniki wpływają na technologiczną niemoc Europy?

Niewątpliwym utrudnieniem jest brak dostępu do big data, czyli olbrzymich baz danych, jakie posiadają amerykańskie czy chińskie giganty. Nawet jeżeli Europa miałaby kiedyś taki dostęp uzyskać, prawdopodobnie nie będzie to dostęp uprzywilejowany, a więc mało konkurencyjny. Na Starym Kontynencie wspólne zasoby danych nie są tworzone w dużej mierze ze względu na bariery językowe, mentalnościowe oraz natury biurokratycznej. Jak dotychczas nie udało się tu nawet uzgodnić wspólnych standardów i formatów danych płynących w poprzek instytucji europejskich, narodowych czy regionalnych.

Kto jeszcze, oprócz Stanów Zjednoczonych i Chin, liczy się w globalnym wyścigu technologicznym?

Historycznym liderem w robotyce jest Japonia. Jest ona także na nie przygotowana mentalnie – japońskie społeczeństwo jest otwarte na roboty, znajdują one tam bardzo szerokie zastosowanie. Japończycy mają także bogate zaplecze półprzewodnikowe. Mogą więc w elektronice i AI zostać autonomiczni. Stać ich na to, by wybić się w pewnych gałęziach przemysłu.

Powszechnie niedocenianym graczem jest Rosja, która wyznaczyła sobie, że do 2025 r. 30% sprzętu wojskowego będzie nie tylko robotami, ale autonomicznymi systemami prowadzenia opartymi na sztucznej inteligencji. Firma Kalashnikov rozwija broń rażenia sterowaną decyzjami nie ludzi, a sztucznych sieci neuronowych. Z wypowiedzi amerykańskich specjalistów wynika, że rosyjskie techniki komputerowe i internetowe są najbardziej zaawansowane spośród wszystkich adwersarzy USA. Jeżeli Rosjanom udałoby się przestawić wysoko inteligentne roboty wojskowe na roboty przemysłowe, siła produkcyjna Rosji mogłaby wzrastać w geometrycznym postępie.

Jaka w całej tej układance może być rola Polski?

Trzeba sobie zdać sprawę, że AI będzie wkraczała w obecne społeczeństwa stopniowo, w fazach o różnej długości, poziomie abstrakcji i intensywności. W pierwszej fazie, która ma obecnie miejsce, powstają coraz bardziej zaawansowane aplikacje tzw. miękkiej AI (soft/weak/narrow AI). Ich przykładami są np. asystentka Apple – Siri, czy pralki lub odkurzacze, którym wyznaczamy zadania przy użyciu głosu. Chodzi generalnie o interfejs między człowiekiem i maszyną. Powstaje tu gigantyczne zapotrzebowanie na całą gamę aplikacji i udoskonaleń obecnych urządzeń i systemów. W tym obszarze owszem – możemy polegać na wysokiej jakości polskich informatyków. Może to stanowić pewien potencjał dla Polski.

Tak zwana silna AI (strong AI) wymaga już autonomicznego działania w szerszym zakresie, dorównującym co najmniej umiejętnościom intelektualnym człowieka. Nie stać nas niestety na samodzielny rozwój czy badania w tej gałęzi. Sądzę, że warto byłoby się rozejrzeć za strategicznymi partnerami, wraz z którymi można byłoby znaleźć dla siebie pewne poletka specjalizacji.

Reasumując, jesteśmy zbyt małym graczem, aby móc odgrywać decydującą rolę w całym wyścigu. Z pewnością nie będziemy wyznaczali głównych trendów, jednak warto te trendy obserwować i starać się na nie odpowiednio reagować – to z naszej strony pewne minimum. Do inteligentnej obserwacji trzeba mieć odpowiednie kompetencje, a my w dziedzinach matematyczno­‑informatycznych je posiadamy. W naszej sytuacji warto też mądrze wybrać strategicznych partnerów w zależności od dziedziny i uzupełniać ich w zastosowaniach, w których się wyspecjalizujemy, czerpiąc jednocześnie z rozwijanych przez nich rozwiązań. Grając „solo” nie będziemy w stanie nic wskórać.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Przemysł 4.0 a polskie MŚP

Pobierz PDF

Rozmowę prowadzi Marcin Wandałowski – redaktor prowadzący Pomorskiego Przeglądu Gospodarczego.

Twierdzi Pan, że Przemysł 4.0 to w głównej mierze zmiana paradygmatu wytwarzania. Na czym ona polega?

W ramach dotychczas obowiązującego paradygmatu dążono do uzyskania efektywności działalności wytwórczej przez minimalizowanie kosztów jednostkowych. Było to możliwe przede wszystkim dzięki unifikacji produktów i masowemu charakterowi ich produkcji. Za sprawą Przemysłu 4.0 odchodzi się dziś od tego sposobu myślenia, uznając, że rentowność można uzyskać także przez personalizację produkcji. To podejście oparte jest nie na minimalizowaniu kosztów, lecz na wykorzystywaniu szans związanych z tworzeniem produktu mniej sztampowego, lepiej dostosowanego do preferencji klienta, a tym samym – bardziej przychodowego i wartościowego. Minimalizacja kosztów nie jest już celem samym w sobie – ona również się dokonuje, ale w pewnych granicach, nie jest ona bowiem głównym celem.

Jest to zatem zmiana bardzo mocno powiązana z mentalnością, z odchodzeniem od dotychczasowego sposobu myślenia.

Kiedy zapytam osoby z mojego pokolenia o to, jakie mają skojarzenia z przemysłem, większość wymieni zapewne fabrykę, maszynę, warsztat, komin itp. Będą używali określeń związanych z opisem fizycznym. Z kolei osoba związana z Przemysłem 4.0 będzie mówiła o warstwie wirtualnej. Tu podstawą jest myślenie w przestrzeni zwirtualizowanej, a sama realizacja jest elementem wtórnym.

W Przemyśle 4.0 podstawą jest myślenie w przestrzeni zwirtualizowanej, a sama realizacja jest elementem wtórnym.

Słuchałem ostatnio wypowiedzi szefa jednej z największych światowych firm produkujących maszyny do wytwarzania obuwia. Powiedział, że obserwuje olbrzymią zmianę. Dotychczas produkował wielkie „kombajny” przeznaczone do produkcji butów sportowych, które kupowali głównie Azjaci. Teraz trend jest zupełnie inny – firmy zamawiają małe maszyny, które można umieścić w sklepie lub nawet w kawiarni. Klient – przychodząc na kawę – może zeskanować swoją stopę na skanerze, a urządzenie wydrukuje w 3D but o określonym designie. Istotą całego procesu nie jest miejsce wytwarzania, lecz cała wirtualna infrastruktura – opracowanie modelu, kontakt z poddostawcami komponentów itp. Element samego druku 3D jest praktycznie niewidoczny. W tym podejściu przemysł wygląda zupełnie inaczej – to zbiór zwirtualizowanych procesów, gdzie efektem końcowym jest realny spersonalizowany produkt.

Jakie jeszcze wymiary tej zmiany można wyróżnić?

Mówiąc o zmianie paradygmatu wytwarzania, odnosimy się do trzech kluczowych elementów. Pierwszym jest zmiana sposobu wytwarzania, charakteryzująca się wprowadzaniem systemów rozproszonych fizycznie, lecz zintegrowanych cyfrowo. Cechami nowych systemów są modułowość, rosnący poziom autonomiczności i interoperacyjność pozwalająca na ich rekonfigurowanie według bieżącego zapotrzebowania. Drugim elementem są nowe modele biznesowe, czyli sposoby dostosowywania przedsięwzięć do zmieniających się potrzeb rynku przy równoczesnym zwiększaniu ich rentowności. Tu kluczową rolę odgrywają cyfrowa integracja uczestników łańcucha tworzenia produktu, tworzenie elastycznych sieci kooperacyjnych z dominującą kompetencją każdego z uczestników sieci. Zmienia się również pozycja klienta z biernego odbiorcy na aktywnego uczestnika procesu kształtowania produktu. Trzecia kwestia to zmiana samej architektury produktu. W Przemyśle 4.0 przestaje on być produktem wyłącznie „fizycznym”, a staje się rozwiązaniem hybrydowym, z wbudowaną dodatkowo funkcją usługową. Klient kupuje właśnie tę usługę, a nie sam wyrób, więc produktem staje się np. dostarczenie określonej liczby luksów do oświetlenia stanowiska pracy według zmieniających się potrzeb, a nie samo źródło światła.

Co spowodowało nadejście trendów związanych z Przemysłem 4.0?

Tu również wyróżniłbym trzy podstawowe pola oddziaływania. Pierwsze dotyczy zmian społecznych – mamy dziś do czynienia z zupełnie nowym modelem życia, znacznie różniącym się od obserwowanego w poprzednich pokoleniach. Co więcej, nowe sposoby komunikacji, masowe korzystanie z mediów społecznościowych oraz technologii internetowych dokonały rewolucji w zakresie relacji międzyludzkich, wymuszając niejako zmiany w przemyśle.

Drugim typem czynników są aspekty rynkowe, związane m.in. z rozwojem sharing economy. Nie jest w tej chwili potrzebne posiadanie samochodu, lecz ważna jest możliwość przemieszczania się za pomocą samochodu, który wcale nie musi należeć do mnie. Przekłada się to na architekturę produktu, musi on przejawiać cechy, które dotąd nie były wcale tak istotne – np. zdalna predykcja niesprawności czy dedykowane do funkcji usługowej pozyskiwanie, przetwarzanie i przesyłanie danych.

Trzeci aspekt to zmiany technologiczne, które od pewnego czasu przebiegają wręcz rewolucyjnie. Dzięki ich synergicznemu łączeniu ze sobą w zakresie np. wprowadzania zaawansowanych algorytmów analizy danych można efektywniej wykorzystywać maszyny w stosunku do dotychczasowych rozwiązań.

Czy Przemysł 4.0 może zmienić pozycję polskich przedsiębiorstw w globalnych łańcuchach wartości?

Owszem. Przemysł 4.0 jest w stanie przetasować dotychczasowy układ. Obecnie dość typowym miejscem pozycjonowania polskich małych i średnich przedsiębiorstw jest tzw. dołek na krzywej uśmiechu. Nazywam to „uśmiechem przez łzy”. Krzywa ta obrazuje poziom rentowności działalności w poszczególnych fazach tworzenia produktu i docierania z nim na rynek. Najbardziej rentowne fazy – pierwsza: projektowania (tworzenia instrukcji), oraz trzecia (ostatnia): budowania marek, docierania na rynek i serwisu posprzedażowego – tworzą na krzywej dwa maksima. Pomiędzy nimi znajduje się natomiast minimum – „dołek”, reprezentujący fazę montażową, gdzie rentowność jest najniższa. W tej fazie obecność polskich firm jest największa. Prowadzenie takiej działalności, w uproszczeniu: polegającej na skręcaniu produktu finalnego według dostarczonego konceptu, jest najmniej opłacalnym elementem łańcucha wartości. Znajdujące się w nim przedsiębiorstwa są w dodatku mocno zależne zarówno od dostawców, jak i od odbiorców.

Wyobraźmy sobie, że firma X wygrywa kilkuletni kontrakt dotyczący wytwarzania określonej części dla producenta samolotów. Projekty wykonuje według dostarczonych instrukcji, stosując technologie ubytkowe, posiadając odpowiednie maszyny i wykwalifikowanych pracowników. Tymczasem po wygaśnięciu kontraktu okazuje się, że obecna monolityczna konstrukcja produktu zostaje zastąpiona konstrukcją szkieletową, zdecydowanie lżejszą, do której wytworzenia konieczne są technologie przyrostowe. Obecne kompetencje dostawcy przestają być adekwatne do nowych potrzeb rynku. Bez dostosowania się do tych potrzeb producent traci kluczowego odbiorcę. Stanowi to zagrożenie dla modelu biznesowego przedsiębiorstwa, które nie wychodzi poza obszar tzw. związku kontraktowego. Niestety, w takiej sytuacji znajduje się wiele polskich MŚP.

Jak ich sytuację zmienia Przemysł 4.0?

W ramach Przemysłu 4.0 producent nie jest typowym „rzemieślnikiem”, bezrefleksyjnie wykonującym polecenia innych. Tu ma on dostęp do wiedzy zarówno o tworzonym przez siebie produkcie, jak i o rynku. Dzięki Internetowi Rzeczy (Internet of Things) może wyposażyć swój produkt w czujniki i mikroprocesory i w trybie ciągłym zbierać informacje o własnym know­‑how. Dzięki temu będzie wiedział o nim tak dużo, że na rynku będzie sprzedawał de facto swoją „wiedzę o produkcie”, a nie sam sposób wytworzenia urządzenia. To kluczowa zmiana: przejście od podejścia bazującego na wykonywaniu instrukcji do znajdowania kontrahentów, którym można powiedzieć: „Wiem, jak zaspokoić twoją potrzebę”, „Potrzebujesz amortyzatora do tworzonej przez ciebie maszyny, a ja wiem o nich wszystko”. Mały przedsiębiorca zaczyna dysponować czymś, czego wcześniej nie posiadał. Sprzedawał amortyzator i tracił z nim kontakt, jedynie producent maszyny mógł wiedzieć, jak on się zachowuje w określonych warunkach i na różnych etapach jego użytkowania. To on spijał śmietankę.

W ramach Przemysłu 4.0 producent nie jest typowym „rzemieślnikiem”, bezrefleksyjnie wykonującym polecenia innych. Tu ma on dostęp do wiedzy zarówno o tworzonym przez siebie produkcie, jak i o rynku.

Zmierzam do tego, że w Przemyśle 4.0 wiedza o produkcie jest dostępna na każdym etapie dla każdego ogniwa produkującego – również dla małych i średnich firm. Wiedzą one także wszystko o rynku – to, jak ich rozwiązania są odbierane przez odbiorców, w jaki sposób są reklamowane, jak wygląda afterservice. Dzięki temu mogą same docierać do klientów, oferując im coraz bardziej dopasowane do potrzeb produkty. Potrzeby te rozpoznają dzięki obserwacji bezpośrednich zachowań użytkowników oraz trendów rynkowych i umiejętności wyciągania z nich wniosków. Wcześniej nie stanowiło to wartości w łańcuchu wartości – wkład polegał na wykorzystaniu mocy wytwórczych, a nie na tworzeniu.

To szansa, lecz również zagrożenie dla polskich MŚP…

To, że możemy uzyskać wiedzę o rynkach na całym świecie, jest równoznaczne z tym, że również świat ma dostęp do nas. Producenci z zewnątrz mogą się dowiedzieć wszystkiego na temat naszego rynku. Ci z nich, którzy są lepiej zorganizowani, mają lepszy dostęp do tej wiedzy, potrafią z niej wyciągać lepsze wnioski, mogą bez trudu wyprzeć nasze przedsiębiorstwa z krajowego podwórka. Kluczowa jest umiejętność inteligentnej analizy danych.

To, że możemy uzyskać wiedzę o rynkach na całym świecie, jest równoznaczne z tym, że również świat ma dostęp do nas. Producenci z zewnątrz mogą się dowiedzieć wszystkiego na temat naszego rynku.

Przemysł 4.0 to więc z jednej strony możliwość rozproszenia produkcji, a z drugiej – centralizowanie warstwy stricte informacyjnej, co pomaga chociażby w analizie trendów rynkowych.

Zgodzę się. O ile proces fizycznej realizacji produktu może się odbywać w rozproszonych lokalizacjach, o tyle w warstwie wirtualnej następuje koncentracja danych zarówno z procesu wytwórczego, jak i z całego cyklu życia produktu. Dlatego obszar znaczeniowy Przemysłu 4.0 wykracza zdecydowanie poza samo wytwarzanie produktu. Pozyskiwanie i przesyłanie danych dotyczy również łańcucha dostaw, dystrybucji czy eksploatacji produktu. Obecne możliwości przetwarzania dużych zbiorów danych, zaawansowane algorytmy pozwalają na analizowanie różnych aspektów życia produktu, w tym również trendów rynkowych. Pozyskiwana informacja umożliwia dostosowywanie w czasie rzeczywistym realizacji we wszystkich składowych łańcucha wartości do aktualnych potrzeb.

Co z firmami, które nie są scyfryzowane?

Kiedy podmiot funkcjonuje wyłącznie w warstwie fizycznej, w nowoczesnym modelu praktycznie nie istnieje. Świetnie obrazuje to historia niemieckiego przedsiębiorstwa, które przez lata było cenionym producentem komponentów do narzędzi medycznych. Posiadało wąski krąg wieloletnich odbiorców. Nagle okazało się, że odbiorcy ci zmienili zasady kooperacji, wprowadzając korzystanie z platformy cyfrowej. Renomowana dotąd firma przestała istnieć, ponieważ nie była przygotowana na funkcjonowanie również w świecie wirtualnym. Okazało się w tym wypadku, że dotychczasowe relacje z odbiorcami przestały mieć znaczenie, bo to nie osoba fizyczna, lecz system zaczął szukać optymalnego miejsca wykonania. Jeśli nie dostarczam informacji do sieci, ona nic o mnie nie wie, wtedy po prostu mnie pomija.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Wirtualna rzeczywistość – w oczekiwaniu na boom

Pobierz PDF

Rozmowę prowadzi Marcin Wandałowski – redaktor prowadzący „Pomorskiego Przeglądu Gospodarczego”.

Wirtualna rzeczywistość (VR – virtual reality) często bywa postrzegana jako element mający wprowadzić użytkownika w zachwyt np. w grach komputerowych czy podczas interaktywnych wystaw. Ignibit udowadnia, że może znajdować praktyczne zastosowanie także w biznesie.

Owszem – oferujemy naszym klientom rozwiązania VR związane z usługami szkoleniowymi. Dzięki naszej technologii nawet 10 osób jednocześnie jest w stanie widzieć siebie nawzajem (awatary) w warunkach wirtualnej rzeczywistości. Z tej usługi korzystają firmy pragnące zasymulować warunki i miejsca, które trudno odwzorować w rzeczywistości, np. miejsca niebezpieczne bądź trudno dostępne, czy też takie wydarzenia, jak pożary, wybuchy, ewakuacje. Szkolenia w VR sprawdzają się również jeśli chodzi o obsługę maszyn pracujących całodobowo, które trudno wyłączyć bądź przełączyć w tryb szkoleniowy. A przecież ktoś musi umieć je obsługiwać. Jesteśmy w stanie stworzyć odpowiednik takiej maszyny w wirtualnej rzeczywistości i przeszkolić na niej pracowników.

Jakiego rodzaju firmy korzystają z tego typu usług?

Szkolenia w VR mogą być wykorzystywane przez przedsiębiorstwa z najróżniejszych branż. Dobrym przykładem na to jest amerykańska sieć Walmart, która, przynajmniej według informacji prasowych, zakupiła ostatnio 17 tys. gogli VR właśnie po to, by móc szkolić swoich pracowników. To ogólnoświatowa tendencja i myślę, że najbliższe lata przyniosą duży rozwój w tym zakresie.

Kim są klienci Pańskiej firmy?

Klientami naszej firmy są m.in. Saab, Volkswagen czy Cadillac. Dla szwedzkiego koncernu zbrojeniowego wykonaliśmy w VR pokój dowodzenia okrętu podwodnego. Jak na razie jest to wersja demonstracyjna, którą planujemy poszerzać o kolejne funkcje oraz przestrzenie – docelowo chcielibyśmy odtworzyć w świecie wirtualnym cały okręt. Pozwoli to łatwiej dostrzec ewentualne błędy konstrukcji jeszcze podczas fazy projektowej. Z kolei dla Volkswagena stworzyliśmy aplikację pokazującą cały proces lakierowania samochodów. Kolejnym etapem będzie szkolenie pracowników. Cadillac natomiast poprosił nas o stworzenie filmu 360 w VR, prezentującego samochód, który właśnie wchodził na chiński rynek. Na początku pojazd składa się wokół nas z najdrobniejszych elementów, aby następnie wyjechać na ulice Barcelony.

Niedawno pozyskaliśmy nowego partnera biznesowego w Stanach Zjednoczonych, przez którego będziemy realizować zamówienia na ten rynek. Jego ugruntowana pozycja na tamtejszym rynku pozwoli nam zwiększyć zaangażowanie w rynek aplikacji biznesowych.

Można się czasem spotkać z opiniami, że VR jest raczej chwilową modą, „bajerem”, przed którym nie rysują się duże perspektywy rozwoju. Ile w tym prawdy?

Jest sporo prawdy w tym, że VR to rozwiązanie bardzo specyficzne i drogie – aby móc dziś korzystać z VR, trzeba posiadać specjalne gogle oraz bardzo mocny komputer. Lecz w zakresie niektórych zastosowań wirtualna rzeczywistość ma swoje unikatowe przewagi w stosunku do innych technologii. Płaskie ekrany komputerów i telewizorów nie są w stanie zapewnić takiej immersji (zanurzenia w innym świecie), jakie daje wirtualna rzeczywistość. Gwarantuję, że dopiero po założeniu gogli użytkownicy czują prawdziwe emocje. Najlepszy przykład – odwiedzającym nasze biuro gościom oferujemy możliwość przejścia nad wirtualną przepaścią. Połowa z nich nie jest w stanie tego zrobić, wiedząc przecież, że jest to wirtualna rzeczywistość i nic im nie grozi.

W zakresie niektórych zastosowań wirtualna rzeczywistość ma swoje unikatowe przewagi w stosunku do innych technologii. Płaskie ekrany komputerów i telewizorów nie są w stanie zapewnić takiej immersji (zanurzenia w innym świecie), jakie daje wirtualna rzeczywistość.

Silniejsze doznania, porównywalne z tymi z realnego świata dają dużo lepsze efekty podczas szkoleń. Proces zapamiętywania jest dużo szybszy, jeśli możemy na przykład przejść wokół wirtualnej maszyny w skali 1:1, na której przyjdzie nam pracować. Badania dowodzą zresztą, że im więcej zmysłów angażuje się w proces nauki, tym trwalszy ślad pozostaje w mózgu. Wirtualna rzeczywistość oferuje niedostępne dziś inną drogą możliwości rozwoju.

Zmierzam do tego, że kolejne lata z pewnością przyniosą duży rozwój technologiczny – powstanie nowsza generacja urządzeń, które ‒ mam nadzieję ‒ będą bardziej dostępne cenowo i bardziej komfortowe dla użytkownika. Spodziewam się, że same gogle będą mniejsze, lżejsze, z lepszej jakości wyświetlaczami i połączone z komputerem bezprzewodowo. Wtedy też będzie można oczekiwać szybkiego rozpowszechnienia technologii VR. Trzeba przy tym pamiętać, że już dziś VR w krajach takich jak Wielka Brytania, Niemcy czy Stany Zjednoczone jest rozwiązaniem znacznie bardziej powszechnym niż w Polsce.

Czy można powiedzieć, że w branży VR mamy do czynienia z oczekiwaniem na innowację, od której zacznie się boom, podobnie jak kiedyś iPhone zapoczątkował ogólnoświatową modę na smartfony?

Tak sądzę. Nie bez przypadku rozwiązania VR są dziś rozwijane przez światowych potentatów biznesowych – prym wiodą takie korporacje, jak HTC, Microsoft, Sony. Facebook zakupił niedawno jednego z największych producentów gogli VR – Oculusa. Apple z kolei bardziej stawia na rozszerzoną i hybrydową rzeczywistość. Generalnie – wszystkie liczące się firmy technologiczne interesują się tym tematem, u jednych jest to jeszcze research, u innych już etap development. W VR angażują się także uczelnie, czego dowodem jest Politechnika Gdańska. Rynek cały czas się rozwija, czekamy na ten boom.

Wszystkie liczące się firmy technologiczne na świecie interesują się tematem VR, u jednych jest to jeszcze research, u innych już etap development.

Wspominał Pan o hybrydowej rzeczywistości (MR – mixed reality) rozwijanej przez wiele firm – na czym polega ta koncepcja?

W wirtualnej rzeczywistości (VR) zakładamy gogle i nie widzimy bezpośrednio rzeczywistego świata. Wszystko, co możemy zobaczyć, to materiały wyświetlane na ekranie, stworzone w ramach aplikacji. W rozszerzonej rzeczywistości (AR – augmented reality) wykorzystuje się kamery pokazujące otaczającą rzeczywistość, a na ten obraz nakładany jest sztuczny wymiar (model 2D lub 3D). Z kolei rzeczywistość hybrydowa stanowi połączenie tych dwóch rzeczywistości – raz użytkownik znajduje się całkowicie w wirtualnej rzeczywistości, a czasem realne obiekty są nakładane na wirtualny świat.

Skąd wziął się pomysł, by Pańska firma zajęła się tematem wirtualnej rzeczywistości?

Historia naszej firmy sięga 2013 r. i od początku jej podstawową działalnością było tworzenie gier i aplikacji komputerowych wykorzystujących VR. Wbrew pozorom to bardzo skomplikowane przedsięwzięcie – nie jest łatwo zoptymalizować dany program tak, by możliwe było np. granie kilku osób jednocześnie. Trzeba do tego zarówno dobrego pomysłu, jak i zaawansowanego zespołu programistycznego. Nasze gry opierają się na silniku UE4, którego kod pisany jest w taki sposób, aby możliwe było przenoszenie jego części do innych aplikacji przyspieszając w ten sposób pracę. Dlatego na przykład część kodu odpowiadającą za rozgrywkę multiplayer możemy „wyciągnąć” z gry i dostosować do innego środowiska oraz potrzeb, związanych z wirtualnymi szkoleniami. Doświadczenie zdobyte podczas tworzenia gier procentuje więc możliwością oferowania innych usług związanych z VR.

Doświadczenie zdobyte podczas tworzenia gier komputerowych procentuje możliwością oferowania innych usług związanych z VR. Wystarczy „wyciągnąć” z gry silnik multiplayer i dostosować go do innego środowiska oraz potrzeb, związanych np. z wirtualnymi szkoleniami.

Wspominał Pan, że do rozwijania technologii wykorzystujących VR potrzeba bardzo dobrego zespołu programistycznego. Czy macie problemy ze skompletowaniem składu? Konkurencja na tym rynku jest dziś ogromna.

Faktem jest, że rynek IT jest obszarem, w którym potrzeba ogromnej ilości rąk do pracy. My zatrudniamy fachowców różnego rodzaju – programistów, level designerów, grafików 2D i 3D itd. W swoim zespole mamy po kilka osób z wszystkich tych dziedzin. Kluczem do skompletowania zgranego, fachowego zespołu są w naszym przypadku same projekty – czy to związane z tworzeniem gier, czy też symulacji na potrzeby szkoleń. Osoby zatrudnione w Ignibit mają poczucie, że robią coś ciekawego, nowatorskiego, czerpią z tego radość. Można wręcz powiedzieć, że wszyscy w firmie żyją tymi projektami ‒ to nas łączy.

Jakie są plany firmy na najbliższą przyszłość?

W tym roku koncentrujemy się na działaniach związanych z wydaniem na rynek naszej gry Zero Killed. Chcemy udoskonalać ten produkt oraz zadbać o jego dystrybucję – zarówno pod kątem geograficznym (największe rynki to Stany Zjednoczone, Europa Zachodnia oraz Chiny i Japonia), jak i platformowym. Planujemy więc wydać wersję nie tylko na komputery PC, ale również na Sony Playstation oraz wersję przystosowaną do centrów rozrywki typu Arcade, co jest bardzo popularne na Dalekim Wschodzie.

Z drugiej strony będziemy się też skupiali na rozwoju części biznesowej w technologiach AR i VR. Będziemy poszerzać i doskonalić ofertę szkoleń wirtualnych, zarówno we współpracy z obecnymi partnerami, jak i – mam nadzieję – innymi firmami.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Sytuacja gospodarcza województwa pomorskiego w III kwartale 2018 r.

Pobierz PDF

Koniunktura gospodarcza

Oceny koniunktury gospodarczej w województwie pomorskim na koniec III kwartału 2018 r. w ujęciu branżowym były bardzo dobre. Regionalna gospodarka, podobnie zresztą jak polska, nadal znajduje się w okresie ożywienia gospodarczego, które trwa od 2013 r. Według Międzynarodowego Funduszu Walutowego oraz Banku Światowego koniunktura w Polsce osiągnęła jednak już swój szczyt. To, że w nadchodzącym okresie koniunktura może ulec pogorszeniu, Carlos Piñerúa, przedstawiciel Banku Światowego na Polskę i kraje bałtyckie, argumentuje spowolnieniem gospodarczym gospodarek zachodnioeuropejskich, w tym w szczególności niemieckiej, a także rosnącymi tendencjami protekcjonistycznymi państw. Szczególnie istotnym czynnikiem endogenicznym, który może spowodować spowolnienie polskiej gospodarki, jest natomiast niedobór pracowników na krajowym rynku.

Jak na razie jednak we wszystkich analizowanych sektorach gospodarki przeważały, zarówno ogółem w Polsce, jak i na Pomorzu oceny pozytywne. Najbardziej widoczne było to – co jest już w regionie swoistą normą – wśród pomorskich przedsiębiorców z sektora informacji i komunikacji, gdzie wskaźnik ogólnej sytuacji przedsiębiorstw był we wrześniu bliski +40,0 pkt. Była to piąta najwyższa wartość spośród wszystkich polskich województw. Sezon turystyczny spowodował także wyraźną poprawę nastrojów w sektorze zakwaterowania i usług gastronomicznych, gdzie pod koniec III kwartału wskaźnik wyniósł +18,0 pkt. Odczucia przedsiębiorców były w tym wypadku najlepsze od II półrocza 2016 r.

Szczególnie dobre nastroje cechowały także sektor transportu i gospodarki magazynowej (+14,6 pkt.), przetwórstwa przemysłowego (+13,6 pkt.) oraz handlu hurtowego (+12,7 pkt.). Wyróżnić tu należy dwa ostatnie z nich – w przypadku przetwórstwa przemysłowego negatywne odczucia u pomorskich przedsiębiorców odnotowano ostatnio w połowie 2013 r., a w przypadku handlu hurtowego ponad 1,5 roku temu. Swoją sytuację dobrze ocenili też reprezentanci sektora handlu detalicznego (+8,4 pkt.), gdzie pozytywny trend utrzymuje się już od ponad 2 lat oraz sektora budownictwa (+3,2 pkt.), w którym akurat przewaga dobrych nastrojów nie jest w ostatnim czasie zjawiskiem bardzo częstym.

Oceny przedsiębiorców z trzech branż były wyższe niż pod koniec II kwartału br. Największa różnica in plus – ze względu na kończący się właśnie sezon turystyczny – dotyczyła sektora zakwaterowania i usług gastronomicznych (+9,4 pkt.). Lepiej niż w czerwcu swoją sytuację ocenili reprezentanci budownictwa (+4,4 pkt.) oraz przetwórstwa przemysłowego (+0,3 pkt.). Wyraźny regres względem II kwartału dotyczył jedynie handlu hurtowego (–12,7 pkt.). W pozostałych branżach był on nieznaczny i nie przekraczał 6,0 pkt. Trudno w tym momencie przypuszczać, by „obniżki” notowane w tych sektorach miały być zaczątkiem poważniejszych negatywnych trendów.

Wykres 1. Indeks bieżącej ogólnej sytuacji przedsiębiorstwa wg sektorów w województwie pomorskim w okresie od września 2017 do września 2018 r.

ppg-koniunktura-2018-iii-kw

Przedział wahań wskaźnika wynosi od –100 do +100. Wartości ujemne oznaczają przewagę ocen negatywnych, dodatnie – pozytywnych.
Źródło: Opracowanie IBnGR na podstawie danych GUS

W pięciu spośród siedmiu analizowanych branż odnotowano poprawę w porównaniu z wrześniem 2017 r. Największa różnica dotyczyła zakwaterowania i usług gastronomicznych (+12,8 pkt.), a także transportu i gospodarki magazynowej (+9,0 pkt.), budownictwa (+8,8, pkt.) oraz przetwórstwa przemysłowego (+8,3 pkt.). Regres był widoczny jedynie w sektorach: handlu detalicznego (–5,1 pkt.) oraz handlu hurtowego (–0,1 pkt.). Nie należy się jednak spodziewać, by w nadchodzących miesiącach sektor handlu miała czekać recesja – znajdujemy się w szczycie koniunktury, a społeczeństwo się bogaci zarówno przez wzgląd na czynniki stricte ekonomiczne (dynamiczny wzrost zarobków, niska inflacja), jak i związane z polityką społeczną (rządowe programy: 500+ czy Dobry Start).

W trzech sektorach koniunktura gospodarcza w województwie oceniana była lepiej niż przeciętnie w Polsce. Największa różnica in plus dotyczyła sektor informacji i komunikacji (+8,8, pkt.). Lepsze nastroje przedsiębiorców niż w skali ogólnokrajowej dotyczyły również przetwórstwa przemysłowego (+4,9 pkt.) oraz zakwaterowania i usług gastronomicznych (+1,1 pkt.).

Żaden sektor pomorskiej gospodarki nie odbiegał wyraźnie in minus w stosunku do przeciętnych nastrojów w całej polskiej gospodarce. Największe różnice dotyczyły handlu detalicznego (–5,1 pkt.) oraz handlu hurtowego (–4,6 pkt.).

Na przestrzeni ostatnich siedmiu lat – analizując indeks bieżącej ogólnej sytuacji przedsiębiorstwa w uśrednieniach dla trzecich kwartałów poszczególnych lat – można zauważyć poprawę nastrojów przedsiębiorców we wszystkich siedmiu branżach. Zdecydowanie największa, wynosząca +27,6 pkt. względem III kwartału 2011 r. różnica dotyczy sektora transportu i gospodarki magazynowej. Wynika ona najpewniej z gigantycznych inwestycji infrastrukturalnych – do inwestycji transportowych w dużej mierze przyczyniły się dostępne środki unijne, a dużym bodźcem do rozwoju inwestycji magazynowych była zarówno poprawiająca się infrastruktura drogowa, jak i coraz lepsza kondycja pomorskich portów, przede wszystkim Portu Gdańsk, który jest dziś czwartym największym portem Morza Bałtyckiego pod względem wielkości przeładunków. Na przestrzeni lat wyraźnie poprawiły się też nastroje przedsiębiorców z branży informacji i komunikacji (+15,9 pkt.). Za sprawą rozwoju pomorskiej gospodarki oraz wzrostu zamożności Pomorzan duży wzrost odnotował także handel – zarówno hurtowy (+13,5 pkt.), jak i detaliczny (+13,0 pkt.).

Indeks przewidywanej ogólnej sytuacji przedsiębiorstwa wskazuje na umiarkowanie optymistyczne prognozy nastrojów pomorskich przedsiębiorców. Pozytywne oceny dotyczą przede wszystkim przetwórstwa przemysłowego (+17,2 pkt.), są one też wyraźnie widoczne w sektorach handlu detalicznego (+9,0 pkt.) oraz, w nieco mniejszym stopniu, w budownictwie (+5,7 pkt.). Zdecydowanego pogorszenia swojej sytuacji w nadchodzących miesiącach spodziewają się reprezentanci sektora zakwaterowania i usług gastronomicznych, (–36,4 pkt.), co jednak jest zjawiskiem typowym dla tego, cechującego się wybitnie sezonowym charakterem sektora. Nie zmienia to jednak faktu, że spodziewane pogorszenie nastrojów jest w tym wypadku największe spośród wszystkich województw – jedynie w województwie zachodniopomorskim (–36,0 pkt.) oraz wielkopolskim (–31,7 pkt.) osiągnęło ono podobne co na Pomorzu skalę. Prognoza minimalnego regresu dotyczy natomiast branży informacji i komunikacji (–1,8 pkt.) oraz transportu i gospodarki magazynowej (–1,0 pkt.).

Ogólna przewaga opinii pozytywnych dotyczyła całej polskiej gospodarki – w skali kraju polepszenia swojej sytuacji spodziewali się reprezentanci pięciu sektorów. Podobnie jak w przypadku Pomorza, największe powody do niepokoju mieli przedsiębiorcy z sektora zakwaterowania i usług gastronomicznych (choć przewidywany indeks ogólnej sytuacji przedsiębiorstwa wyniósł tu –4,6 pkt., czyli znacznie mniej niż na Pomorzu), natomiast największy optymizm dotyczył przedstawicieli sektora handlu detalicznego (+10,9 pkt.).

Działalność przedsiębiorstw

Na koniec września 2018 r. liczba podmiotów gospodarki narodowej na Pomorzu wyniosła 293,7 tys. W ciągu roku uległa ona zatem zwiększeniu o ponad 1 tys. podmiotów. Liczba ta jest jednak o prawie 5,5 tys. niższa niż pod koniec poprzedniego kwartału – na przełomie czerwca i lipca po raz pierwszy od kilkunastu kwartałów mieliśmy do czynienia ze zmniejszeniem się liczby firm. W kolejnych miesiącach – sierpniu i wrześniu – liczba ta zaczęła jednak ponownie wzrastać.

Wyniki działalności przedsiębiorstw w trzecim kwartale 2018 r. były bardzo dobre. Mamy zatem do czynienia z kontynuacją pozytywnego trendu, który utrzymuje się od maja ub. r. – wówczas to po raz ostatni któryś z trzech analizowanych sektorów odnotował wynik niższy niż w analogicznym okresie poprzedniego roku. W porównaniu z końcem III kwartału 2017 r. produkcja sprzedana przemysłu wzrosła o 4,9 proc., sprzedaż detaliczna towarów o 5,9 proc., a produkcja budowlano­‑montażowa o 26,8 proc.

Wykres 2. Dynamika produkcji sprzedanej, budowlano­‑montażowej i sprzedaży detalicznej w województwie pomorskim w okresie od stycznia 2015 do września 2018 r.

ppg-dynamika-2018-iii-kw

Źródło: Opracowanie IBnGR na podstawie danych Urzędu Statystycznego w Gdańsku

Trzeci kwartał 2018 r., był z perspektywy przedsiębiorstw przemysłowych dobry, podobnie zresztą jak kilkanaście wcześniejszych kwartałów. We wszystkich trzech miesiącach kwartału odnotowano wyniki wyższe niż przed rokiem, przy czym w lipcu wynik ten był wyraźnie wyższy (+10,6 proc.), a w sierpniu i wrześniu – raczej nieznacznie (odpowiednio: 2,6 i 4,9 proc.). W przypadku wielkości produkcji sprzedanej przemysłu mamy zatem do czynienia z kontynuacją pozytywnego trendu trendu trwającego już od połowy 2013 r. Nie sprawdziły się jak dotąd prognozy wskazujące na możliwe pogorszenie sytuacji branży spowodowane spowolnieniem gospodarczym notowanym w Niemczech. Wydaje się jednak, że pozostaje to tylko kwestią czasu – wskaźnik PMI (Purchasing Manager Index) już teraz pokazuje, że polski przemysł traci swój impet. Jest to spowodowane właśnie zmniejszeniem popytu za zachodnią granicą, a także niedoborem pracowników. W skali całej polskiej gospodarki produkcja przemysłowa we wrześniu br. zwiększyła się o 2,8 proc., co stanowi jeden z najniższych wyników w ciągu ostatnich dwóch lat – może to zwiastować nadchodzącą stagnację.

Wyniki notowane w sektorze produkcji budowlano­‑montażowej, podobnie jak w II kwartale br., były bardzo dobre – najlepsze od 2011 r. i boomu związanego w dużej mierze z inwestycjami infrastrukturalnymi przed EURO 2012. We wszystkich trzech miesiącach kwartału nastąpił wzrost w ujęciu rok do roku. Szczególnie imponujący był on w sierpniu, kiedy to produkcja budowlano­‑montażowa była niemal dwukrotnie (o 89,1 proc.) większa niż przed rokiem. W lipcu jej wartość wzrosła o 57,1 proc. rdr, a we wrześniu – o 26,8 proc. Niepokoi jednak, że w skali całej polskiej gospodarki koniunktura w budownictwie zdaje się spadać. Choć z jednej strony produkcja budowlano­‑montażowa rośnie, podobnie jak np. liczba przetargów, to jednak optymizm jest niwelowany przez niedobór fachowców, wyraźny wzrost cen materiałów budowlanych czy zatory płatnicze. I choć koniunktura w budownictwie nadal znajduje się na plusie, to przy kontynuacji obecnych trendów na koniec roku może spaść poniżej zera.

III kwartał 2018 r. był udany z punktu widzenia sprzedaży detalicznej, co nie zmienia faktu, że dynamika jej wzrostu notowana między lipcem a wrześniem br. była najniższa od IV kwartału 2016 r. Podobnie jak w przypadku dwóch pozostałych sektorów również i tu w każdym miesiącu kwartału odnotowano wartość wyższą niż przed rokiem – w lipcu o 12,3 proc., w sierpniu o 5.0 proc., a we wrześniu o 5,9 proc. Wysoki popyt zgłaszany przez gospodarstwa domowe na lokalnym rynku wynika zarówno ze wzrostu wynagrodzeń przewyższającego poziom inflacji, jak i ze środków transferowanych w ramach programu rządowego 500+ oraz niedawno uruchomionego programu Dobry Start. Niemniej jednak eksperci wskazują na to, że gospodarstwa domowe obawiając się prognozowanego na przyszły rok spowolnienia gospodarczego mogą skłaniać się ku coraz większej ostrożności przy dokonywaniu zakupów.

Handel zagraniczny

W III kwartale 2018 r.¹ wartość eksportu wyniosła 2918,9 mln euro, zaś importu – 3764,7 mln euro. Saldo handlu zagranicznego było więc ujemne i wyniosło –845,8 mln euro. W porównaniu do obrotów z III kwartału 2017 r. zaobserwowano znaczące zwiększenie zarówno wolumenu eksportu (o 30,8 proc.), jak i importu (o 35,7 proc.). Pomorski import był w III kw. 2018 r. wyższy także od wartości notowanych w analogicznym okresie dwa lata temu.

Województwo pomorskie wpisuje się zatem w szersze zjawisko zwiększenia obrotów handlowych, które dotyczy całej polskiej gospodarki – wartość importu w okresie I-IX 2018 r. była wyższa o 7,6 proc. niż przed rokiem, natomiast eksportu: o 4,9 proc. Podobnie jak na Pomorzu, również w skali Polski odnotowano ujemne saldo handlu zagranicznego, które od początku roku wynosi –10,8 mld zł. We wszystkich trzech miesiącach III kwartału wartość importu przewyższała też wartość eksportu.

W III kwartale 2018 r. w strukturze towarowej eksportu z województwa pomorskiego dominowała grupa statków, łodzi oraz konstrukcji pływających (18,7 proc.) – udział tej grupy był jednak o 3,9 pkt. proc. niższy niż w II kwartale br. Znaczący udział w ogólnej strukturze miały też, tradycyjnie już paliwa (11,5 proc.), maszyny i urządzenia elektryczne (9,2 proc.) oraz ryby i owoce morza (8,9 proc.). Udział wymienionych czterech grup w eksporcie województwa pomorskiego wyniósł w III kwartale 2018 r. 48,3 proc. To o 1,6 pkt. proc. mniej niż w II kwartale br. i o 4,0 pkt. proc. więcej niż przed rokiem.

Wykres 3. Struktura kierunkowa eksportu z województwa pomorskiego w III kwartale 2018 r.

ppg-struktura-eksportu-2018-iii-kw

Źródło: Opracowanie IBnGR na podstawie danych Izby Celnej w Warszawie

W strukturze kierunkowej największym udziałem cechowały się Niemcy (21,7 proc.). Na kolejnych pozycjach plasowały się: Holandia (7,4 proc.), Norwegia (6,2 proc.), Belgia (5,8 proc.) oraz Wielka Brytania (5,4 proc.). Wśród odbiorców dominują państwa UE, na które przypadało 75,5 proc. sprzedaży zagranicznej województwa. W skali ogólnokrajowej największym odbiorcą wyprodukowanych w Polsce towarów od początku 2018 r. są Niemcy, Republika Czeska oraz Wielka Brytania.

W III kwartale 2018 r. w strukturze pomorskiego importu niezmiennie dominowała grupa paliw, odpowiadająca za niespełna 35‑procentowy udział. Za jej plecami uplasowały się segmenty: statków oraz łodzi (12,6 proc.), maszyn i urządzeń elektrycznych (8,6 proc.) oraz ryb i owoców morza (7,2 proc.). Towary z tych czterech grup odpowiadały za 63,3 proc. wartości importu ogółem. To o 0,4 pkt. proc. mniej niż w poprzednim kwartale oraz o 3,8 pkt. proc. więcej niż przed rokiem.

Podobnie jak w poprzednich kwartałach zauważyć można spore podobieństwo struktury towarowej importu i eksportu. Pierwsza z nich jest bowiem w znacznym stopniu kształtowana przez drugą – na Pomorze importowane są towary podlegające przetworzeniu, które następnie są w sporej części eksportowane.

W III kwartale 2018 r. najistotniejszym partnerem importowym – głównie za sprawą paliw –pozostała Rosja (20,8 proc. importu). Mniejszy strumień produktów trafił do województwa pomorskiego z Chin (11,1 proc.), Kazachstanu (8,5 proc.), Norwegii (7,8 proc.) oraz Niemiec (6,4 proc.). Struktura geograficzna importu do województwa pomorskiego różni się więc od struktury dla Polski ogółem, w której Rosja znajduje się dopiero na trzecim miejscu, a ponad nią plasują się Niemcy (jako lider) oraz Chiny.

Wykres 4. Struktura kierunkowa importu do województwa pomorskiego w III kwartale 2018 r.

ppg-struktura-importu-2018-iii-kw

Źródło: Opracowanie IBnGR na podstawie danych Izby Celnej w Warszawie

Barometr innowacyjności

W III kwartale 2018 r. w Biuletynie Urzędu Patentowego opublikowano informację o 972 wynalazkach zgłoszonych do opatentowania. Liczba zgłoszeń pochodzących z województwa pomorskiego sięgnęła 46, co stanowiło 4,7 proc. wszystkich zgłoszonych wynalazków. Jest to odsetek wyższy o 0,5 pkt. proc. od obserwowanego w poprzednim kwartale oraz o 1,0 pkt. proc. niższy niż w analogicznym okresie 2017 r.

Udział województwa w liczbie zgłaszanych patentów jest niższy od udziału regionu w liczbie mieszkańców całej Polski (6,0 proc. w 2017 r.), czy też w liczbie ogólnopolskich przedsiębiorstw (6,8 proc.). Niemniej, należy mieć na uwadze, iż statystyka patentowa jest zdominowana przez zgłoszenia z województwa mazowieckiego, w tym w szczególności z Warszawy.

Pomorze, podobnie jak i cała polska gospodarka nie należą do najbardziej innowacyjnych gospodarek w skali Unii Europejskiej. W tegorocznym wydaniu publikowanego od 8 lat przez Komisję Europejską rankingu najbardziej przyjaznych innowacyjności państw Europy Polska znalazła się na miejscu 4. od końca, w grupie państw, którym wprowadzanie innowacji wychodzi słabo. Wyprzedziliśmy jedynie Rumunię, Bułgarię oraz Chorwację. Europejskie podium tworzą: Szwecja, Dania oraz Finlandia. Zdaniem Komisji Europejskiej do naszych atutów należy: edukacja, ogólny poziom wykształcenia społeczeństwa oraz środowisko społeczne sprzyjające innowatorom i wynalazkom. Wśród największych mankamentów wyszczególniono natomiast niedostateczne wsparcie finansowe dla innowatorów.

Wykres 5. Liczba pomorskich wynalazków zgłoszonych i opublikowanych w Biuletynie Urzędu Patentowego w 2018 r.

ppg-innowacyjnosc-2018-iii-kw

Źródło: Opracowanie na podstawie http://www.uprp.pl

Z kolei w rankingu Global Innovation Index, opracowywanym corocznie przez Cornell University, Polska znalazła się na 39. miejscu spośród 126 gospodarek jeśli chodzi o ogólny poziom innowacyjności oraz na 42. w zakresie efektywności innowacji. Ostatni współczynnik jest obliczany jako stosunek „efektów” gospodarki (m.in. wniosków patentowych, wzrostu wydajności pracy) oraz jej „nakładów (m.in. wydatków na B+R).

W strukturze zgłoszonych patentów przez pomorskich wynalazców w III kwartale 2018 r. po niespełna 22 proc. dotyczyło różnych procesów przemysłowych i transportu (Dział B w Międzynarodowej Klasyfikacji Patentowej) oraz budowy maszyn, oświetlenia, ogrzewania, uzbrojenia, techniki minerskiej (Dział F). Istotnym, ponad 17‑procentowym udziałem cechował się dział G – fizyka, a ponad 15‑procentowym dział C – chemia i metalurgia.

Największa nadreprezentacja względem kraju dotyczyła w III kwartale 2018 r. działu F (+8,2 pkt. proc. względem kraju), natomiast największe odchylenie in minus w porównaniu z resztą Polski dotyczyło działu A (–12,1 pkt. proc. względem kraju). W analogicznym okresie ubiegłego roku największa nadreprezentacja dotyczyła działu G (+9,3 pkt. proc. względem kraju), a odchylenie in minus, również działu A (–9,4 pkt. proc. względem kraju).

Tabela 1. Ogólnopolskie oraz pomorskie zgłoszenia wynalazków opublikowane w Biuletynie Urzędu Patentowego wg Międzynarodowej Klasyfikacji Patentowej (MKP) w III kw. 2018 r. oraz w całym 2018 r.

Dział MKP III kwartał 2018 r. 2018 r.
Pomorskie Polska różnica Pomorskie Polska różnica
% % pkt. proc. % % pkt. proc.
Dział A – Podstawowe potrzeby ludzkie 6,5 18,6 –12,1 13,0 18,4 –5,4
Dział B – Różne procesy przemysłowe; Transport 21,7 24,5 –2,8 26,1 23,5 +2,6
Dział C – Chemia; Metalurgia 15,2 15,9 –0,7 20,3 20,8 –0,5
Dział D – Włókiennictwo; Papiernictwo 0,0 1,1 –1,1 1,4 0,9 +0,5
Dział E – Budownictwo; Górnictwo 13,0 10,4 +2,6 5,8 8,7 –2,9
Dział F – Budowa maszyn; Oświetlenie; Ogrzewanie; Uzbrojenie; Technika minerska 21,7 13,5 +8,2 20,3 12,6 +7,7
Dział G – Fizyka 17,4 11,0 +6,4 8,7 9,8 –1,1
Dział H – Elektrotechnika 4,3 4,9 –0,6 4,3 5,3 –1,0
RAZEM 100,0 100,0 100,0 100,0

Źródło: Opracowanie na podstawie http://www.uprp.pl

Mając na uwadze zgłoszenia wynalazków notowane narastająco od początku 2018 r., można zauważyć, że względem kraju Pomorze specjalizuje się przede wszystkim w dziale F (Budowa maszyn; Oświetlenie; Ogrzewanie; Uzbrojenie; Technika minerska), który charakteryzuje nadreprezentacja rzędu 7,7 pkt. proc.

Ważniejsze wydarzenia

Nowe kierunki lotów z Gdańska
Z Portu Lotniczego im. Lecha Wałęsy polecimy niebawem do Charkowa (od października br.), Barcelony, Kutaisi, Oslo i Bremy (wszystkie cztery połączenia od kwietnia 2019 r.).

Pomorze stawia na OZE
Marszałek województwa pomorskiego, Mieczysław Struk podpisał w Słupsku z lokalnymi samorządowcami i przedstawicielami firm umowę na dofinansowanie projektów związanych z produkcją energii ze źródeł odnawialnych. Inwestycje obejmą instalacje z paneli fotowoltaicznych, kolektory słoneczne oraz pompy ciepła. Łącznie zostanie na nie przeznaczonych 60 mln zł.

Za nami Kongres Smart Metropolia
W dniach 20‑21 września w AmberExpo odbył się Kongres Smart Metropolia 2018. Jest to przestrzeń spotkania i debaty na temat metropolii, współpracy między miastami oraz nowoczesnych technologii, w której uczestniczą samorządowcy, politycy oraz eksperci branżowi. Hasłem przewodnim tegorocznej edycji było: „Metropolie wspólna sprawa”.

Żyć dobrze jak na Pomorzu
W pierwszej dziesiątce tegorocznego rankingu polskich miast o najwyższej jakości życia, opracowanym przez tygodnik „Polityka” oraz Akademię Górniczo­‑Hutniczą w Krakowie, znalazło się miejsce dla trzech pomorskich miast – zwycięzcą okazał się Sopot, na 6. miejscu uplasował się Gdańsk, a na 9. Gdynia. Słupsk znalazł się z kolei na 40. miejscu. Badano jedynie miasta na prawach powiatu.

Międzynarodowe Targi Bursztynu
Na początku września w gdańskim AmberExpo odbyła się 19. edycja targów bursztynu Ambermart. Wzięło w nich udział prawie 200 wystawców z Polski i zagranicy. Stoiska odwiedziło około 3 tys. osób z kilkudziesięciu państw świata.

Gdański Port Lotniczy znów doceniony
Podczas międzynarodowej konferencji Airport Food and Beverage Awards strefa wolnocłowa gdańskiego lotniska została uznana za jedną z najlepszych tego typu przestrzeni wśród wszystkich polskich lotnisk. Port Lotniczy im. Lecha Wałęsy został też doceniony jeśli chodzi o punktualność – średnie opóźnienie startów i lądowań w lipcu i sierpniu wyniosło 23 minuty, czyli o 8 minut mniej niż Krakowie i 12 mniej niż w Warszawie. W tej klasyfikacji gdańskie lotnisko uplasowało się na drugim miejscu, za Zieloną Górą, z której jednak odlatuje tylko jeden samolot dziennie.

Pierwszy etap termomodernizacji za nami
Zakończył się pierwszy etap programu termomodernizacji, który objął 21 budynków należących do dziewięciu jednostek samorządu województwa. Były wśród nich m.in. budynki szkolne Wojewódzkiego Zespołu Szkół Policealnych w Słupsku, Gdańsku i Gdyni, budynki administracyjne oraz socjalno­‑biurowe Zarządu Dróg Wojewódzkich czy Centrum Edukacji Nauczycieli w Gdańsku.

2,3 mln pasażerów gdańskiego lotniska
W pierwszym półroczu z Portu Lotniczego im. Lecha Wałęsy w Gdańsku skorzystało 2,3 mln pasażerów. To wzrost o ponad 10 proc. w porównaniu do ubiegłego roku. Największą popularnością cieszą się loty do Anglii – tylko do Londynu w minionym półroczu udało się 250 tys. pasażerów.

Inwestycje w Ustce
W Ustce powstanie dworzec kolejowy i węzeł integracyjny, zmodernizowany też zostanie budynek kolejowy – inwestycje te zostaną zrealizowane dzięki unijnemu dofinansowaniu, które pokryje 85 proc. całej wartości inwestycji (niespełna 19 mln zł).

Morskie inwestycje Duńczyków
Duńska stocznia Karstensens, która od czerwca dzierżawi w Gdyni stoczniowy zakład produkcyjny należący do Vistal Offshore, zbuduje w nadchodzących miesiącach trawlera oraz dwa statki rybackie. Wcześniej Duńczycy zlecali kontrakty stoczni Nauta.

Port Gdańsk umacnia swoją pozycję na Bałtyku
W pierwszym półroczu br. Port Gdańsk był pod względem przeładunków czwartym największym portem morskim Morza Bałtyckiego. W tym okresie odnotowano rekordowy wynik 25 mln ton przeładowanych towarów. Jeżeli obecne trendy będą kontynuowane, gdański port ma szansę na prześcignięcie trzeciego w zestawieniu Primorska, od którego dzieli go tylko 1,7 mln ton.

Remontowa zbuduje promy hybrydowe
Stocznia Remontowa Shipbuilding zbuduje dwa w pełni wyposażone promy pasażersko­‑samochodowe o napędzie hybrydowym dla norweskiego armatora Norled. Nowe statki będą obsługiwały połączenie Festøya – Solavågen w Norwegii.

Nowe zlecenie Stoczni Crist
Stocznia Crist zbuduje częściowo wyposażony kablowiec dla norweskiej stoczni Ulstein. Okręt ma być gotowy w połowie 2019 r. To już trzecie zlecenie gdyńskiej stoczni dla Norwegów – wcześniej zrealizowała ona częściowo wyposażony polarny statek pasażerski oraz prom hybrydowy.

ORP Ślązak nareszcie sfinalizowany?
ORP Ślązak, okręt patrolowy, którego budowę rozpoczęto w 2001 r., do końca marca 2019 r. ma zostać przekazany Marynarce Wojennej RP. Choć jednostka została zwodowana już w 2015 r., od tego czasu ciągle trwa jej dalsze przekształcanie i udoskonalanie.

Sony Pictures wychodzi z Gdyni
Global Business Services koncernu Sony zamyka swoje gdyńskie biuro, w którym zatrudnionych było około 200 osób. Centrum Sony było obecne w Gdyni od 2010 r.

Za nami EFNI
Po raz ósmy w Sopocie odbyło się Europejskie Forum Nowych Idei, którego organizatorem jest Konfederacja Lewiatan. Hasłem tegorocznej edycji wydarzenia było: „Nowy globalny porządek czy nowy globalny bałagan? Świat w nowej wersji: wizja i odpowiedzialność”. Gośćmi EFNI byli m.in. Elżbieta Bieńkowska, komisarz ds. rynku wewnętrznego i usług KE czy Jadwiga Emilewicz, Minister Przedsiębiorczości i Technologii.

Plany badawczo­‑rozwojowe Lotosu
Grupa Lotos rozpoczyna współpracę z Instytutem Włókien Naturalnych i Roślin Zielarskich z Poznania w zakresie prac badawczo­‑rozwojowych nad biopaliwami z konopi.

Gryfy Gospodarcze 2018
„Gryfy Gospodarcze” – nagrody dla pomorskich liderów biznesowych – zostały rozdane po raz 19. Wśród tegorocznych laureatów znalazły się firmy: Microsystem, Enamor, Portman Lights, Dovista Polska, DCT Gdańsk, Biovico, Farm Frites Poland, Auto Miras, Steico, Pomor oraz Gdańska Fundacja Przedsiębiorczości.

Remontowa Shipbuilding buduje niszczyciela min
Gdańska stocznia rozpoczęła budowę drugiego z serii trzech niszczycieli min – ORP Albatros. Okręt został zaprojektowany przez biuro Remontowa Marine Design&Consulting. Pierwszy niszczyciel z tej serii, ORP Kormoran, został zwodowany w 2017 r.

Nowy Wiceprezes Lotosu
Jarosław Wittstock został nowym Wiceprezesem Lotosu ds. korporacyjnych. Wcześniej pracował jako Wiceprezes spółki Energa Obrót.

Japońskie SSC w Gdańsku
Ocean Network Express – japoński holding działający w branży przewozów kontenerowych – otworzył swoje Centralne Centrum Serwisowe w Gdańsku. W tym momencie centrum zatrudnia ponad 100 osób, wyspecjalizowanych przede wszystkim w zakresie spedycji i logistyki.

Stocznia 4.0
Przy okazji obchodów 38. rocznicy porozumień sierpniowych przedstawiono założenia programu „Stocznia Gdańsk 4.0. Nowy Początek”, za którym stoją: Pomorska Specjalna Strefa Ekonomiczna, Agencja Rozwoju Przemysłu oraz Stocznia Gdańsk. Plan ma na celu z jednej strony odbudowanie potencjału Stoczni Gdańsk, a z drugiej – zagospodarowanie pozostałych terenów Wyspy Ostrów należących do PSSE.

Terminal cukrowy w Gdańsku
W Porcie Gdańsk powstaje terminal cukrowy, którego inwestorem jest Krajowa Spółka Cukrowa. W skład inwestycji wchodzi silos o pojemności 50 tys. ton, pakownia cukru oraz magazyn logistyczny produktu gotowego. Terminal będzie zlokalizowany nieopodal Nabrzeża Wiślanego.

Kosmos dalej od Pomorza
Centrala Polskiej Agencji Kosmicznej zostanie w najbliższych miesiącach przeniesiona z Gdańska do Warszawy. Dotychczasowa siedziba przekształci się w oddział terenowy Agencji.

Pierwsze półrocze udane dla gdańskich koncernów
Zarówno Energa, jak i Grupa Lotos zanotowały w I kwartale br. wyższy niż przed rokiem zysk netto – w przypadku Energi wyniósł on 557 mln zł (14 proc. wyższy w ujęciu rok do roku), natomiast Grupy Lotos: 855,7 mln zł (50 proc. wyższy rdr).

Lotos­‑Rosnieft: kontynuacja współpracy
Gdański koncern paliwowy podpisał z Rosjanami kolejny kontrakt na dostawy ropy naftowej. Według jego założeń do końca 2020 r. dostarczonych zostanie od 6,4 do 12,6 mln ton tego surowca. Rosnieft pozostaje jednym z najważniejszych dostawców ropy naftowej Grupy Lotos.

Prezes Energi odwołany
Arkadiusz Siwko, dotychczasowy Prezes Zarządu spółki Energa został 31 lipca odwołany ze swojego stanowiska. Piastował je niecały miesiąc.

Port Gdynia poszerzony o tereny Nauty
Port Gdynia wykupił grunty należące dotąd do Stoczni Remontowej Nauta, znajdujące się przy ul. Waszyngtona 1 w Gdyni. Ich łączna powierzchnia przekracza 60 tys. m. kw.

LPP zbuduje centrum dystrybucyjne
Gdańska firma odzieżowa LPP planuje budowę nowego centrum dystrybucyjnego w Brześciu Kujawskim (woj. kujawsko­‑pomorskie). Jego szacowany koszt to 400 mln zł, a planowany termin zakończenia inwestycji to III kwartał 2019 r. W nowym centrum ma pracować około 1000 osób.

Stocznia Gdańsk w rękach ARP
Agencja Rozwoju Przemysłu odkupiła od Gdańsk Shipyard Group, należącej do ukraińskiego biznesmena Siergieja Taruty, 81,05 proc. akcji Stoczni Gdańsk oraz 50 proc. akcji GSG Towers. ARP stała się tym samym całościowym właścicielem obydwu spółek.

 

¹ Dane za rok 2018 pochodzą ze zbioru otwartego, co oznacza, że przez cały rok sprawozdawczy rejestrowane są dane dotyczące wszystkich miesięcy (bieżących i poprzednich w przypadku dosyłania brakujących danych) oraz korekt rejestrowanych za okres sprawozdawczy, którego dotyczą.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Jak uczą się maszyny?

Pobierz PDF

Rozmowę prowadzi Marcin Wandałowski – redaktor prowadzący „Pomorskiego Przeglądu Gospodarczego”.

Jakiego typu rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji (AI) są rozwijane w firmie AirHelp?

W AirHelp wykorzystujemy zalążki sztucznej inteligencji, które właściwie można określić mianem machine learning (ML). Bez rozwiązań w tym zakresie bardzo trudno byłoby nam zapanować nad olbrzymią ilością spraw, którymi się zajmujemy – do naszej firmy co miesiąc zgłasza się ponad 400 tys. osób z zapytaniami dotyczącymi tego, czy od linii lotniczej należy im się odszkodowanie w związku z np. opóźnieniem czy odwołaniem lotu. Jako że działamy globalnie ‒ w 30 krajach, obsługujemy klientów w 16 językach, bez automatyzacji nie moglibyśmy prowadzić swojej działalności w opłacalny biznesowo sposób.

Na czym polega ML stosowane w Waszej firmie?

Automatyzacje wykorzystywane w naszej firmie wynikają nie tylko z prostego algorytmu, na zasadzie: „Jeśli wydarzyło się X, zrób Y”. Nasze mechanizmy „uczą się” na podstawie decyzji podejmowanych wcześniej przez ludzi i bazując na nich, podejmują własne decyzje. Aby decyzje podejmowane przez robota były słuszne, musi mieć on dostęp do bardzo dużej ilości spraw obsługiwanych wcześniej przez człowieka. Istnieje bowiem wiele zmiennych, które wpływają na wybory dokonywane przez prawdziwych ludzi – czy to prawników, czy agentów operacyjnych zajmujących się obsługą klienta – których nie da się w prosty sposób sparametryzować. Nasz algorytm analizuje, w jaki sposób dany proces kilkadziesiąt tysięcy razy wykonywał człowiek, i na tej podstawie wyciąga wniosek, że w sprawie X podjąłby on najprawdopodobniej decyzję Y.

W wypadku rozwiązań ML kluczowy jest zatem dostęp do wielkich baz danych?

Aby ML miało sens, maszyna musi mieć dostęp do dużej liczby przypadków ‒ tak, by była zachowana istotność statystyczna. Im mniej przypadków przeanalizuje robot, tym większe prawdopodobieństwo, że jego decyzja nie będzie w danej sprawie optymalna. Można to porównać do prawdziwej, ludzkiej inteligencji, która formuje się u dzieci – wiedza i decyzje, które podejmują one już jako dorośli, bazują na tym, co zobaczyły i czego doświadczyły w dzieciństwie. Skoro coś jest czerwone, może być gorące, więc lepiej tego nie dotykać – jeśli raz się sparzę, następnym razem dwa razy się zastanowię, czy tego dotykać. Ta wiedza kształtuje się na podstawie wcześniejszych doświadczeń, których musi być odpowiednio dużo – gdy dziecko ma dwa lata i tych doświadczeń jest jeszcze niewiele, wielu rzeczy często jeszcze nie wie i popełnia błędy.

Jeśli po lewej stronie osi znajduje się powtarzalna automatyzacja, a po prawej – sztuczna inteligencja, w którym miejscu należałoby umieścić ML? Czy nie opiera się ona na powtarzalności, tyle że po prostu w wielkiej skali?

Moim zdaniem ML jest wstępem do sztucznej inteligencji. Nie zgadzam się bowiem ze stwierdzeniem, że AI nie bazuje na powtarzalności. Kiedy dziecko uczy się samo, w pewnym momencie jest w stanie podejmować własne trafne decyzje właśnie dzięki bardzo dużej liczbie sytuacji (danych), których już doświadczyło. Bez tej wiedzy inteligencja nie zadziała – jej kształtowanie i rozwój bazują na coraz lepszym wykorzystywaniu danych, które są dookoła nas. I to dzięki właściwemu ich doborowi jesteśmy w stanie podjąć właściwą decyzję. Tak działa ludzka inteligencja, a AI to kwestia zaprogramowania tego, by maszyna robiła to w miarę samodzielnie. Za pomocą kilkudziesięciu tysięcy A (zdarzeń) i kilkudziesięciu tysięcy B (decyzji) algorytm wybiera ścieżkę, którą poszedłby człowiek. Bez wielkich baz danych nie ma mowy o rozwijaniu AI.

Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że AI nie bazuje na powtarzalności. Kiedy dziecko uczy się samo, w pewnym momencie jest w stanie podejmować własne trafne decyzje właśnie dzięki bardzo dużej liczbie sytuacji, które już doświadczyło. Bez tej wiedzy inteligencja nie zadziała – podobnie jest w wypadku maszyn.

Jaki jest zakres obowiązków, które w AirHelp obsługują maszyny?

Mamy dwa boty – Larę oraz Agę. Pierwszy dokonuje oceny, czy dany wniosek o odszkodowanie ma szanse na wygraną w sądzie, a jeśli tak wskazuje w którym. Działamy bowiem w kilkudziesięciu jurysdykcjach i w sytuacji, gdy dana linia lotnicza odmawia wypłaty odszkodowania, które naszym zdaniem się należy, kierujemy sprawę do tego sądu, w którym mamy największe szanse na wygraną. Może się on znajdować w jurysdykcji siedziby linii lotniczej, jurysdykcji wylotu pasażera, bądź też jego przylotu. Wybór miejsca rozstrzygania sporu jest dokonywany przy uwzględnieniu przeszłych spraw wygranych w sądach, a także m.in. czasu oraz kosztów postępowania. Są to pewnego rodzaju niuanse – w różnych jurysdykcjach różni sędziowie różnie interpretują pewne zdarzenia. Lara ma to wszystko „wyłapać”. To dla nas bardzo istotne zarówno z biznesowego punktu widzenia, ponieważ zarabiamy na prowizjach od wygranych procesów i nie tracimy naszego czasu i energii na sprawy niemożliwe do wygrania, jak i ze względu na nasz wizerunek – jeśli już podejmujemy się sprawy, bardzo rzadko zdarza się, byśmy nie uzyskali odszkodowania.

Czym natomiast zajmuje się Aga?

Aga działa na wcześniejszym etapie, wspierając naszych agentów operacyjnych. Stanowią oni nasz największy, ponad 300‑osobowy zespół i odpowiadają za kontakt z klientami we wstępnej ocenie wniosku i zbieranie dokumentów potrzebnych do rozstrzygnięcia danej sprawy. Jako że współpracujemy z ponad 400 liniami lotniczymi, wachlarz tych formalności bywa naprawdę różny. Do zadań Agi należy m.in. sprawdzanie, czy dokumenty zostały wypełnione poprawnie – np. gdy ktoś w miejscu podpisu postawi krzyżyk czy kropkę, robot widzi, że to nie wygląda jak podpis i przekazuje tę informację agentowi z prośbą o sprawdzenie. Do takiego wniosku dochodzi po uprzednim przeanalizowaniu tysięcy innych formularzy – na tym właśnie polega technologia machine learning. To bardzo przyspiesza proces obsługi klienta.

Jakich kompetencji potrzeba, by udoskonalać technologie związane z ML?

Na ML składa się przynajmniej kilka sfer, w każdej organizacji może to wyglądać inaczej. W naszej firmie bardzo ważnym działem jest data science – specjaliści z tej dziedziny wskazują programistom modelującym boty miejsca, gdzie istnieją pewne korelacje, które warto, by robot analizował w pierwszej kolejności. Nie można tego zrobić na zasadzie: masz tu całą bazę i zobacz, co w niej widzisz. Proces uczenia maszyny to kodowanie jej inteligencji, umiejętności, to nakierowywanie jej na pewne ścieżki.

W całym procesie bardzo ważne jest też podejście stricte projektowe – łączenie świata inżynierii i oprogramowania ze światem realnym. Trzeba mieć kontakt z żywym klientem, wiedzieć, czego oczekuje, jak przedstawia swoje racje i swój punkt widzenia, a następnie potrafić przeobrazić to w kod, w robota, będącego później w stanie spełnić te oczekiwania. Uważam, że akurat tego doświadczenia jest w Gdańsku oraz – szerzej – w Polsce najmniej. Trudno w naszym kraju znaleźć osobę z 10‑ czy 15‑letnim doświadczeniem zakresie produkcji internetowej. Nie ma co się dziwić – na początku XXI w. takie produkty w naszym kraju nie istniały, wtedy biznesy internetowe dopiero zaczynały się u nas budować, nie były tak zaawansowane jak na Zachodzie. Choć mamy więc bardzo dużo świetnych programistów, brakuje nam osób o szerszym spojrzeniu na użytkownika, na budowę produktu. Między innymi dlatego część naszego zespołu produktowego mieści się w Berlinie, a nie w Gdańsku.

Choć mamy na Pomorzu bardzo dużo świetnych programistów, brakuje nam osób o szerszym spojrzeniu na użytkownika, na budowę produktu. Osób potrafiących zrozumieć oczekiwania klienta i przeobrazić je w kod.

Jak duża część pracy związanej z doskonaleniem ML odbywa się w Gdańsku?

AirHelp ma trzy lokalizacje – Gdańsk jest największą, kolejne miejsca to Kraków oraz Berlin. Na Pomorzu znajduje się cały dział data science, a także mniej więcej połowa działu inżynierii. Można powiedzieć, że 70% całego naszego R&D powstaje w Gdańsku. Tu też mamy najwięcej pracowników – prawie 500.

Wasi konkurenci w branży rozwijają podobnego typu projekty automatyzacyjne?

AirHelp jest największą firmą w swojej branży – żaden konkurent nie jest w stanie działać na tylu rynkach i w tak kompleksowy sposób jak my. Tę potężną korzyść zawdzięczamy właśnie automatyzacji procesów, bez której nasza działalność nie miałaby ekonomicznego sensu. Konkurujemy przede wszystkim z firmami, które oferują usługi podobne do naszych, tyle że na poszczególnych, konkretnych rynkach. Główna różnica polega na tym, że są to zazwyczaj firmy prawnicze z informatykami, podczas gdy my jesteśmy firmą technologiczną z prawnikami. To zasadnicza różnica, dzięki której większość naszych konkurentów jest nie tylko znacznie mniejsza niż nasza firma, ale nie są oni też najczęściej w stanie pomóc klientom, wylatującym poza obsługiwane przez nich jurysdykcje.

Główną barierą, która hamuje ich działalność, są „zaległości” technologiczne?

Ze względu na brak zaawansowanych technologicznie rozwiązań firmy te są skazane na to, by ograniczać działalność do mniejszej liczby rynków oraz linii lotniczych, a także mieć niższą skuteczność działań. Innego typu konkurencją są dla nas same linie lotnicze – nasze usługi mają bowiem sens tylko wtedy, kiedy będziemy w stanie obsłużyć proces odszkodowawczy lepiej niż sama linia. Kiedy powstawaliśmy, linie lotnicze podchodziły do nas z dużą niechęcią, gdyż zmuszaliśmy je do płacenia odszkodowań, a wcześniej – nawet mimo obowiązującego prawa – często nie musiały tego robić. W tej chwili linie postrzegają nas raczej jako partnera, który pomaga im zweryfikować bardzo dużą liczbę wniosków pod kątem tego, czy roszczenia pasażera są słuszne, czy nie. Większość linii lotniczych dba o swoich klientów i w odpowiednim do nich podejściu widzą szansę na odzyskanie ich lojalności, która ucierpiała ze względu na opóźnienie czy odwołanie lotu. Tyle że gdy klient zwraca się z wnioskiem o odszkodowanie do samej linii, obsługa jego wniosku, nawet na wstępnym etapie, może trwać godzinami. U nas dowie się, czy należy mu się odszkodowanie dosłownie w kilka minut.

Maszyny zastąpią niebawem człowieka nie tylko w sektorze produkcji, ale i usług – również tych zaawansowanych, związanych z np. z prawem?

W tej chwili Lara działa 10‑krotnie szybciej niż nasz najlepszy pracownik, który wykonuje swoją pracę ręcznie. Nadal jednak sytuacje, w których robot jest w stanie jednoznacznie i właściwie wypowiedzieć się na temat danej sprawy, są w skali całego sektora usług dość nieliczne. Mimo że bardzo mocno stawiamy na automatyzację, nadal zatrudniamy bardzo dużą liczbę pracowników i nie sądzę, by miało się to zmienić. W naszym wypadku bezcennym zasobem są chociażby pracownicy obsługujący klientów – czasem po prostu trzeba porozmawiać z drugą osobą i żaden robot nie wykona tego lepiej niż człowiek. Owszem, pewne elementy komunikacji z klientem można zautomatyzować, czego dowodem są nasze boty, ale aby klient był zadowolony z obsługi, nie może się ona opierać wyłącznie na maszynach. Pamiętajmy, że w działalności usługowej najbardziej liczy się komfort klienta.

Oczywiście, zdaję sobie, że w wielu dyskusjach pojawia się przekonanie, że automatyzacja może spowodować zmniejszenie liczby osób potrzebnych do pracy. Moim zdaniem tak się jednak nie stanie – automatyzacja otwiera firmom nowe możliwości związane z wchodzeniem na nowe rynki oraz ze skalą ich działania. A to pociąga za sobą tworzenie nowych miejsc pracy. Automatyzację procesów traktuję więc przede wszystkim jako narzędzie globalizacji firm, a nie zagrożenie dla istniejących miejsc pracy.

Automatyzacja otwiera firmom nowe możliwości związane z wchodzeniem na nowe rynki oraz ze skalą ich działania. A to pociąga za sobą tworzenie nowych miejsc pracy, a nie ich likwidowanie.

Czy macie trudności ze znalezieniem wykwalifikowanych pracowników na Pomorzu? Jak postrzegacie konkurencję o uzyskanie pracownika na tle innych obecnych w Trójmieście firm?

Potrzebujemy najlepszych ludzi. Obecne w Trójmieście korporacje są z naszego punktu widzenia zarówno rywalem, jak i pomocą w znalezieniu takich pracowników. Ich obecność sprawia bowiem, że coraz więcej wykwalifikowanych specjalistów chce pracować i żyć właśnie na Pomorzu. Z jednej strony ubolewamy więc, że większość zatrudnionych nie zostaje u nas do emerytury, ale z drugiej wartością jest, że nowi pracownicy przychodzą do nas bogaci o doświadczenia z wielu różnych firm i projektów. Nie ujmowałbym tego tematu od strony walki o pracownika, lecz od strony rosnącej kompetencji w regionie.

Obecne w Trójmieście korporacje są dla nas zarówno rywalem, jak i pomocą w znalezieniu wykwalifikowanych pracowników. Z jednej strony ubolewamy, że większość zatrudnionych nie zostaje u nas do emerytury, ale z drugiej wartością jest, że nowi pracownicy przychodzą do nas bogaci o doświadczenia z wielu różnych firm i projektów.

Rosnące kompetencje pracowników przekładają się też na rosnące aspiracje finansowe. W tym momencie z perspektywy pracodawców Trójmiasto staje się w skali europejskiej coraz mniej atrakcyjne, jeśli chodzi o poziom wynagrodzeń. Myśleliście o tym, by przenieść swoją działalność na tańsze rynki, takie jak rumuński, bułgarski czy ukraiński?

Na wschodzących rynkach bez wątpienia znaleźlibyśmy tańszych programistów, tyle że nie szukamy specjalistów tańszych, lecz lepszych. To istotna różnica. Jeśli wykonuje się w miarę proste czynności, również programistyczne, można sobie pozwolić na ulokowanie działalności w miejscu, gdzie dostępny jest duży zasób osób chętnych do pracy za relatywnie niewielkie wynagrodzenie. Poszukując jednak zaawansowanych kompetencji, swoją uwagę koncentrujemy na rynkach dojrzałych, np. polskim.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Bez multidyscyplinarności ani rusz

Pobierz PDF

Rozmowę prowadzi Marcin Wandałowski – redaktor prowadzący „Pomorskiego Przeglądu Gospodarczego”.

DEBN jest spółką celową powołaną do komercjalizacji wynalazku dwóch gdańskich urologów. Da się zbudować biznes, kiedy w zespole są tylko lekarze?

Wprowadzenie produktu medycznego na rynek to wielkie wyzwanie. W momencie gdy tego się dokona, wciąż wymagany jest ciągły nadzór w zakresie produkcji, bezpieczeństwa, zmieniających się ciągle wymogów regulacyjnych. Z naszych doświadczeń wynika, że cały proces wprowadzania nowego produktu na rynek można podzielić na trzy obszary: techniczny, regulacyjny oraz biznesowy. W pierwszej kategorii mowa o kwestiach stricte naukowych, czyli w naszym wypadku: pracą nad polimerami, chemią analityczną, materiałoznawstwem. Kwestie regulacyjne obejmują zagadnienia związane z wszelkimi formalnościami, a także aspektami prawnymi. Część biznesowa to natomiast strategia zdobywania rynku, kształtowania strategii sprzedażowej, dostosowywania się do kryteriów poszczególnych rynków, prowadzenie działań marketingowych itp. Dlatego też niezwykle istotne jest spojrzenie multidyscyplinarne.

Nam ‒ jako dwuosobowemu zespołowi lekarzy ‒ bez wsparcia ekspertów z poszczególnych dziedzin trudno byłoby samemu sobie z tym wszystkim poradzić. Byłoby to wręcz niemożliwe. Dlatego też do naszego zespołu zaprosiliśmy Michała Krużyckiego, który wspiera nas w aspektach biznesowych. Ściśle współpracujemy też m.in. z naukowcami z Politechniki Gdańskiej, radzimy się prawników itd. To bardzo złożony i – co szczególnie istotne – wymagający pewnej ciągłości proces. Jedno czy kilka spotkań z ekspertami na niewiele się zda, niezbędna jest stała współpraca.

Wprowadzanie nowego produktu na rynek to bardzo złożony i – co szczególnie istotne – wymagający pewnej ciągłości proces, w którym niezbędne jest spojrzenie multidyscyplinarne.

Na co należy zwrócić szczególną uwagę, rozwijając start‑up z branży urządzeń medycznych?

Kluczowe jest odpowiednie zabezpieczenie pomysłu. Dlatego też zaraz po pierwszych eksperymentach poddaliśmy nasz wynalazek międzynarodowej procedurze patentowej, która stanowiła dla nas pewien gwarant, kartę przetargową podczas pierwszych rozmów z funduszami. Wymagają one, by projekt, który ma być przez nich potencjalnie wspierany, był zabezpieczony. Dlatego też początkujące firmy z tej branży bardzo niechętnie dzielą się wynikami swoich badań i je upubliczniają. Jest to specyfika branży medycznej, w której procesy związane np. z wprowadzaniem nowych leków są bardzo kosztowne. Nie ma innej możliwości, by zainwestowane pieniądze się zwróciły, niż ochrona leku przez procedurę patentową. W przemyśle medycznym to absolutna podstawa.

W branży urządzeń medycznych poddanie wynalazku procedurze patentowej jest pewnym gwarantem, kartą przetargową podczas pierwszych rozmów z funduszami. Wymagają one, by projekt, który ma być przez nich potencjalnie wspierany, był zabezpieczony.

Wokół jakiego pomysłu biznesowego powstała spółka DEBN?

Jednym z najczęściej wykonywanych zabiegów urologicznych na świecie jest biopsja gruczołu krokowego. W samej Europie wykonuje się około miliona takich zabiegów rocznie. Ma to związek z diagnostyką jednego z najczęstszych nowotworów w krajach rozwiniętych – raka prostaty. Zabieg ten wiąże się z koniecznością pobrania wycinka guza za pomocą igły biopsyjnej przechodzącej przez przestrzeń, która fizjologicznie zawiera szczepy bakterii. Niestety, dość często, bo w około 7% przypadków, zdarza się, że bakterie te są przenoszone do tkanki gruczołu krokowego, co może powodować powikłania infekcyjne. Nieraz są one poważne, z urosepsą włącznie. W ostatnich latach na całym świecie obserwuje się gwałtownie rosnącą liczbę powikłań. Zależało nam na tym, by wypracować rozwiązanie, które znacznie zmniejszy to ryzyko.

W jaki sposób obecnie chroni się pacjentów przed ryzykiem powikłań?

Jako że problem jest znany na całym świecie i powszechny, wiele zespołów naukowych starało się znaleźć na niego remedium. Najczęściej stosowaną metodą jest dziś profilaktyka antybiotykowa – przed zabiegiem każdy pacjent otrzymuje doustnie antybiotyk jako dawkę profilaktyczną, która ma go chronić przed infekcją. Niestety, niektóre bakterie się na nie uodparniają, antybiotyki nie zawsze też docierają do gruczołu krokowego. Inna rzecz, że nie wszyscy pacjenci też te antybiotyki biorą. Jedną z nowych metod jest profilaktyka antybiotykowa celowana, zindywidualizowana. Jest ona jednak uciążliwa, ponieważ wymaga dodatkowych wizyt, badania, oczekiwania na wynik. Nie zawsze też zresztą jest ona skuteczna. Znacznie skuteczniejszą, ale mniej komfortową dla pacjenta metodą jest z kolei pobieranie wycinków przez krocze. Wiąże się to jednak z koniecznością znieczulenia ogólnego i pobytem w szpitalu.

Na czym opiera się Państwa pomysł?

Skupiliśmy się na modyfikacji igły biopsyjnej, proponując naniesienie na nią powłoki polimerowej, która w trakcie zabiegu będzie stopniowo uwalniała kombinację antybiotyków. Kombinację, którą uznaliśmy za optymalną na podstawie wcześniejszych badań.

W jakim stadium znajduje się dziś ten projekt?

Kończymy badania przedkliniczne i prace nad samym produktem – nad końcową formulacją powłoki igły. Równolegle przygotowujemy się do badania klinicznego, które planujemy rozpocząć w pierwszym kwartale przyszłego roku.

Podczas badań przedklinicznych sprawdzaliśmy, w jaki sposób działają antybiotyki. Były one testowane nie na ludziach, lecz na modelu tkanki zwierzęcej. Obserwowaliśmy, jak powłoka aktywna zachowuje się podczas zabiegu, jaka jest jej trwałość itp. Natomiast teraz ostatecznie sprawdzimy to w badaniach klinicznych na pacjentach. Taka jest zresztą procedura wprowadzania wszelkich wyrobów medycznych.

Jakie bariery napotkaliście dotąd na swej drodze?

Główne bariery są związane z dużymi środkami finansowymi niezbędnymi do wprowadzenia nowego wyrobu medycznego na rynek, jak również z warstwą regulacyjną. Pierwszą z nich udaje nam się jak na razie pokonać dzięki finansowaniu publiczno­‑prywatnemu za sprawą programu Bridge Alfa oraz zainwestowaniu w nasz projekt przez fundusze Alfabeat i Kvarko. Jeśli natomiast chodzi o drugą, to sprawa jest tym bardziej złożona, że nasz produkt składa się z czterech komponentów: igły biopsyjnej, igły znieczuleniowej, antybiotyku oraz polimerów. Do każdego z nich trzeba przygotować odpowiednią dokumentację i przeprowadzić stosowane badania, które ostatecznie dopuszczą wyrób do wykorzystania na rynku. To znacznie wydłuża cały proces.

Jeśli Wasz produkt z powodzeniem przejdzie przez ścieżkę formalną, w jaki sposób będziecie mogli trafić z nim do klientów?

Na tym rynku obowiązuje dość tradycyjny model: jest producent igieł, istnieją sieć dystrybucji i siły sprzedażowe, czyli handlowcy, którzy poruszają się po rynku, a na samym końcu tego łańcucha są szpitale, które zamawiają urządzenia medyczne, leki itd. Jeśli chodzi o naszą strategię, to planujemy licencjonować nasz know­‑how. Prowadzimy już na ten temat rozmowy z producentami standardowych igieł biopsyjnych. Wymarzonym partnerem jest z naszego punktu widzenia producent posiadający własne kanały sprzedaży, chcący zająć większą część rynku za pomocą naszego produktu. Nie wykluczamy też również innych firm medycznych, posiadających odpowiednią infrastrukturę produkcyjną oraz sieć kontaktów, które jednak dotąd nie specjalizowały się stricte w wytwarzaniu igieł. Taka ścieżka jest z naszego punktu widzenia optymalna – dzięki wykorzystaniu istniejących sieci dystrybucyjnych innych firm nasz wynalazek będzie mógł szybciej dotrzeć do pacjentów i lekarzy.

Planujemy licencjonować nasz know­‑how. Wymarzonym partnerem jest z naszego punktu widzenia producent igieł biopsyjnych, posiadający własne kanały sprzedaży, chcący zająć większą część rynku za pomocą naszego produktu.

Jak rozumiem, cały proces produkcyjny będzie się więc odbywał poza DEBN?

Nie mamy w planach budowania własnej fabryki, w której będą produkowane igły. Na naszych barkach będzie natomiast spoczywało przeniesienie procesu powlekania igieł, nad którym pracowaliśmy w laboratorium, do przemysłu – chodzi niejako o „nauczenie” wykonawców, w jaki sposób to robić.

Planem B, gdyby nie udało się nam znaleźć partnera, jest zostanie producentem, jednakże w takim wypadku cały proces produkcyjny zlecilibyśmy podwykonawcom.

Gdyby pojawiła się taka szansa, wzięlibyście pod uwagę sprzedanie swojego know­‑how międzynarodowej korporacji?

Obecnie skupiamy się na wprowadzaniu igły na rynek, co nastąpi później – zobaczymy. Wszystko będzie zależało od wyników – jeśli nastąpi pierwsza sprzedaż, która pociągnie za sobą kolejne, a nasz produkt zyska popularność, będziemy się nad tym głowili. Za nami stoją dwa fundusze, które zainwestowały w nasz produkt i które w swojej strategii zakładają wyjście z inwestycji w odpowiednim momencie. Jeśli pojawiłby się gracz, chcący nas przejąć, jego oferta na pewno byłaby rozpatrzona.

Wspominaliście, że Wasz pomysł chroni międzynarodowy patent – planujecie zatem dokonanie ekspansji zagranicznej?

Nasze rozwiązanie jest uniwersalne i może chronić pacjentów na całym świecie. Opracowana przez nas igła jest przedmiotem zgłoszeń patentowych w Europie, Stanach Zjednoczonych, Brazylii, Kanadzie, Japonii i Australii – w tych bowiem regionach zapadalność na raka prostaty jest największa. Oczywiście, same zgłoszenia patentowe to dopiero prapoczątek ekspansji. O tym, w którym kierunku ostatecznie pójdziemy, w głównej mierze zadecyduje wybór strategicznego partnera, a konkretnie: jego plany sprzedażowe oraz kształt jego sieci dystrybucyjnej. Wierzymy, że nasz produkt zyska międzynarodowe uznanie – póki co jest bardzo dobrze odbierany przez polskie oraz zagraniczne środowiska urologiczne. Widzimy też zainteresowanie biznesu naszym pomysłem. Wszystko ostatecznie rozstrzygnie się jednak na rynku.

Skip to content