Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Jak ograniczać ryzyko? Akredytywa i inne instrumenty wspierające eksporterów

Handel zagraniczny niesie różne ryzyka dla podmiotów w nim uczestniczących. Aby sprostać interesom stron kontraktu, w trakcie wieloletniej praktyki banki wykształciły różne formy instrumentów finansowych, których podstawowym celem jest płatność za towar bądź usługę oraz zabezpieczenie interesów partnerów handlowych.

Naturalnym dążeniem stron jest, aby płatność odbyła się w formie gotówkowej, najlepiej przed transakcją. Życzeniem eksportera jest zatem przelew środków przed wysyłką, dążeniem importera natomiast – płatność po otrzymaniu dostawy. Taka forma rozliczeń, ze względu na jej ryzykowność, jest spotykana niezmiernie rzadko. Strony kontraktu starają się minimalizować ryzyka wnikające z transakcji poprzez stosowanie różnych instrumentów finansowych i zabezpieczeniowych. Podział ryzyk w szerszym zakresie przedstawia tabela 1.

Tabela 1. Podział ryzyk w handlu zagranicznym

ppg_3_2008_rozdzial_10_tabela_1

Źródło: Opracowanie własne.

Poza eliminacją towarzyszących ryzyk istotną kwestią w handlu zagranicznym jest interpretacja terminów handlowych przez obie strony umowy (kupującego i sprzedającego). Aby ujednolicić te terminy, Międzynarodowa Izba Handlowa w Paryżu opracowała regulacje Incoterms 2000. Stosowanie tych formuł umożliwia standaryzację pojęć, w związku z czym partnerzy mogą być pewni, że określają odpowiedzialność każdej ze stron w sposób prosty, bezpieczny i zrozumiały. Istotne jest, że reguły Incoterms nie zajmują się przejęciem prawa własności, regulują natomiast podział kosztów związanych z transportem towarów (dlatego są pomocne przy kalkulacji ceny) oraz moment przejścia ryzyka ze sprzedającego na kupującego w czasie transportu.

Negocjując kontrakt, firmy importujące często stosują praktykę samodzielnego ubezpieczenia towaru podczas podróży. W kontrakcie powinno się wyszczególnić składniki ceny, gdyż w większości krajów cło płacone jest od wartości towaru FOB[1], niezawierającej kosztów transportu. Warto przypomnieć, że w przypadku nieprzyjęcia przez kupującego dostawy, mimo pozostawienia towaru do jego dyspozycji w oznaczonym miejscu i uzgodnionym terminie, lub niezawiadomienia sprzedającego o terminie i miejscu przyjęcia dostawy ryzyko przechodzi ze sprzedającego na kupującego.

Opisane poniżej rozliczenia określa się mianem uwarunkowanych form płatności. Najczęściej spotykaną formą jest akredytywa dokumentowa. Wykorzystuje się także inkaso dokumentowe oraz bezwarunkową gwarancję zapłaty. Ze względu na temat artykułu najbardziej interesujące będzie spojrzenie na uwarunkowane formy płatności oczami eksportera.

Akredytywa dokumentowa – inicjatywa importera

Akredytywa dokumentowa jest pisemnym zobowiązaniem banku importera (banku otwierającego) wobec eksportera (beneficjenta) do zapłaty określonej kwoty pieniężnej, po złożeniu przez eksportera dokumentów na warunkach określonych w akredytywie. Zapłata dokonywana jest za dokumenty stanowiące dowód wysłania towaru. Dokumenty te dają prawo do wejścia w posiadanie towaru. O dokonaniu zapłaty decyduje sam fakt przedstawienia właściwych dokumentów w terminie ważności. Bank nie może uchylić się od zapłaty za te dokumenty, nawet jeżeli okoliczności wskazują, że kontrakt nie został przez eksportera prawidłowo wykonany. Standardowa transakcja realizowana za pomocą akredytywy dokumentowej przebiega w sposób pokazany na rysunku 1.

Rysunek 1. Akredytywa dokumentowa

ppg_3_2008_rozdzial_10_rysunek_1

Źródło: BRE Bank S.A.

Samo zlecenie (numer 1 na rysunku) jest traktowane przez banki bardzo restrykcyjnie; ewentualne błędy mogą powodować poważne, czasami nawet nieodwracalne skutki. Nieprawidłowe przygotowanie zlecenia może ponadto spowodować powstanie dodatkowych kosztów dotyczących usuwania błędów. Większość banków dysponuje wystandaryzowanym formularzem, zawierającym parametry niezbędne do prawidłowego wykonania akredytywy dokumentowej. Nad prawidłowością wypełnienia zlecenia czuwają specjaliści bankowi. Zwyczajowo banki wymagają podpisania zlecenia przez osoby upoważnione do dysponowania rachunkiem zleceniodawcy. Coraz częściej jednak stosuje się elektroniczne kanały dostępu, gdzie cała komunikacja w zakresie otwarcia akredytywy między bankiem a zleceniodawcą odbywa się za pomocą bankowego systemu transakcyjnego, np. iBRE (BRE BANK S.A.), Bussines Net (BPH) czy Planeta (Fortisbank).

Akredytywa jest instrumentem, w którym inicjatywa w zakresie zlecania leży po stronie importera, jednak istnieją także akredytywy dające możliwości sfinansowania się eksporterowi. Akredytywy najważniejsze z punktu widzenia eksportera zostaną omówione w następnych akapitach.

W przypadku akredytywy z odroczonym terminem płatności w momencie negocjacji warunków płatności zakłada się płatność z akredytywy w wyznaczonym okresie po prezentacji dokumentów. Ta forma rozliczania to prosty kredyt kupiecki. Częstą praktyką stosowaną przez banki w przypadku otrzymania przez beneficjenta akredytywy, awiza akredytywy eksportowej lub akredytywy obcej jest usługa dyskonta wierzytelności przyszłej zabezpieczonej akredytywą. Usługa ta polega na odkupieniu od beneficjenta należności wynikającej z akredytywy. Wymagalność wierzytelności nie może budzić wątpliwości, dokumenty zaprezentowane w ramach akredytywy muszą być całkowicie zgodne z jej warunkami. Za nabytą wierzytelność bank wypłaca beneficjentowi akredytywy kwotę należności pomniejszoną o koszt pieniądza w czasie. Ryzyko w tej transakcji ponosi bank otwierający akredytywę. Zatem warunkiem wstępnym do przeprowadzenia transakcji jest posiadanie przez bank otwierający akredytywę możliwości finansowania banku pośredniczącego. Trzeba wspomnieć, że dyskonto akredytywy dodatkowo nie zwiększa obciążeń klienta z tytułu finansowania, a należność jest bezregresowa (bank nie może zwrócić się z roszczeniem o zwrot wypłaconych wcześniej z tytułu dyskonta środków).

Często w ramach rozliczeń przy użyciu akredytywy stosuje się potwierdzenie. To operacja, w której bank pośredniczący potwierdza akredytywę i rozlicza beneficjenta we własnym imieniu, zanim sam otrzyma należność od banku otwierającego. Akredytywa potwierdzona zapewnia bardzo duży stopień bezpieczeństwa dla jej beneficjenta. Potwierdzenie często stosuje się razem z dyskontem akredytywy: klienci, chcąc zwiększyć bezpieczeństwo transakcji, dyskontują wierzytelności gwarantowane przez ich własne banki.

Do specjalnych form akredytyw stosowanych przy złożonych transakcjach zaliczamy:

  • akredytywę przenośną , która zgodnie z wyraźną instrukcją banku otwierającego może zostać przeniesiona przez beneficjenta na rzecz innej osoby. Akredytywa przenośna może zostać przeniesiona tylko raz. Jest to idealne rozwiązanie w sytuacji, gdy występuje pośrednik nieposiadający środków na sfinansowanie dostaw;
  • akredytywę zaliczkową , która z awiera specjalną klauzulę upoważniającą bank awizujący lub potwierdzający do wypłaty zaliczki beneficjentowi przed dostarczeniem przez niego wymaganych dokumentów. Otrzymując od importera taki instrument, eksporter ma możliwość prefinansowania produkcji lub zakupów towarów.

Podstawową zaletą akredytywy jest bezpieczeństwo instrumentu rozliczeniowego, zwłaszcza gdy kontrahenci nie znają się albo nie ufają sobie. Przewaga w transakcji jest po stronie sprzedającego – beneficjenta akredytywy, który zabezpiecza się na wypadek odstąpienia od transakcji przez kupującego. Importer dostaje wsparcie instytucji finansowej, co umożliwia mu zrealizowanie transakcji, oraz zabezpiecza się na ryzyko nieuzasadnionej wypłaty. Trzeba pamiętać i wyraźnie podkreślić, że kontrola banku dotyczy wyłącznie dokumentów, a nie towaru i jego zawartości. Tylko odpowiedni zestaw dokumentów ustalony w drodze konsultacji z bankiem minimalizuje ryzyko ewentualnych komplikacji w transakcji.

Inkaso – inicjatywa eksportera

Odwrotnie niż w akredytywie, w przypadku inkasa na zlecenie eksportera bank zobowiązuje się do wydania importerowi dokumentów w zamian za zapłatę (lub zabezpieczenie zapłaty) przez kupującego określonej kwoty. Trzeba podkreślić, że inkaso nie jest zobowiązaniem banku – pełni on tu raczej rolę pośrednika. Przedmiotem inkasa mogą być dokumenty: handlowe albo finansowe.

Role uczestników inkasa przedstawiają się następująco:

  • zleceniodawca lub podawca inkasa (eksporter) składa zlecenie inkasowe wraz z warunkami wydania dokumentów importerowi;
  • bank zleceniodawcy (podawcy) pośredniczy w przesyłce dokumentów;
  • bank importera (inkasujący) inkasuje zapłatę lub odbiera od importera przyrzeczenie zapłaty w zamian za wydanie dokumentów;
  • płatnik (importer) uiszcza lub zobowiązuje się uiścić ustaloną kwotę (po przedstawieniu dokumentów).

W praktyce bankowej najczęściej stosowane są dwa rodzaje inkasa: gotówkowe (gdy bank wydaje dokumenty handlowe importerowi tylko po dokonanej przez niego zapłacie) oraz akceptacyjne (polegające na wydaniu przez bank dokumentów handlowych w zamian za akceptację terminowego weksla trasowanego).

Warto zapamiętać, że faktyczne rozporządzanie a prawa własności do danego towaru to dwie odrębne kwestie.

Inkaso nie zabezpiecza zleceniodawcy na wypadek braku płatności ze strony importera, a to ryzyko może powodować dodatkowe koszty składowania czy transportu powrotnego towaru. W skrajnych przypadkach płatnik może wejść w posiadanie towaru (przewoźnik w transporcie kolejowym, samochodowym i lotniczym jest zobowiązany bezwarunkowo wydać towar posiadaczowi listu przewozowego. Posiadacz, czyli kupujący, może zatem odmówić wykupienia dokumentów mimo wejścia w posiadanie towaru). Warto zapamiętać z powyższego przykładu, że faktyczne rozporządzanie a prawa własności do danego towaru to dwie odrębne kwestie. Dlatego też inkaso nie jest polecane eksporterom (chyba że stosowane jest między kontrahentami współpracującymi ze sobą dłuższy czas).

Gwarancja bankowa – szybka egzekwowalność

Instrumenty omówione powyżej są instrumentami płatniczymi. Natomiast instrumentem zabezpieczającym płatność jest gwarancja bankowa. Istotą gwarancji jest bezwarunkowe wzmocnienie płatności przez bank na wypadek niewywiązania się przez zlecającego z określonego warunku. Gwarancja terminowej płatności daje także możliwość sfinansowania poprzez dyskonto wierzytelności, którą zabezpiecza (podobnie jak w akredytywie).

Z punktu widzenia eksportera podstawową zaletą gwarancji bankowej jest jej zabezpieczeniowy charakter oraz szybka egzekwowalność. Do złożenia roszczenia wystarczy brak płatności w terminie – niezależnie od tego, czy kontrakt został wykonany właściwie.

Wszystkie formy płatności wiążą się z ryzykiem. Tabela nr 2 identyfikuje skalę ryzyka dla wybranych usług i wybranych stron.

Tabela 2. Forma płatności a ryzyko

ppg_3_2008_rozdzial_10_tabela_2

Źródło: Opracowanie własne.

Akredytywa jawi się jako rozsądny kompromis – zwłaszcza w sytuacji, gdy strony kontraktu darzą się ograniczonym zaufaniem albo istnieje potrzeba minimalizowania ryzyk.

Co wybrać?

W trakcie negocjacji warunków kontraktu partnerzy zwykle próbują powiększać swoją przewagę kosztem drugiej strony. Ostatecznie ich interesy będą musiały się w jakimś punkcie zrównoważyć. „Złotym środkiem” w podziale ryzyka i równowadze stron jest akredytywa dokumentowa, choć, jak podkreślono, zauważalna jest tu przewaga sprzedającego. Ponadto naturalne jest, że eksporter może nie być zainteresowany w zlecaniu na rzecz importera inkasa dokumentowego, a importer nie będzie chciał zlecić na rzecz eksportera bezwarunkowej gwarancji płatności. Akredytywa w porównaniu z gwarancją terminową płatności i inkasa dokumentowego jawi się zatem jako rozsądny kompromis – zwłaszcza w sytuacji, gdy strony kontraktu darzą się ograniczonym zaufaniem albo istnieje potrzeba minimalizowania ryzyk.

Częstą praktyką w ramach transakcji handlowych jest łączenie dwóch usług, np. z jednej strony importer otwiera na rzecz eksportera akredytywę dokumentową zabezpieczającą płatność, a z drugiej strony eksporter otwiera gwarancję wykonania świadczenia kontraktowego. W takiej sytuacji możemy mówić o dobrze zabezpieczonym ryzyku transakcyjnym.

Gdy partnerzy kontraktu nie są w stanie zaufać ani sobie, ani instrumentom rozliczeniowym, towar może zostać dodatkowo zabezpieczony w odpowiednich instytucjach – np. w Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych (KUKE). Instytucja ta m.in. ubezpiecza istniejące należności[2] od kontrahentów zagranicznych i krajowych oraz prowadzi gwarantowane przez Skarb Państwa ubezpieczenia eksportowe; ma także bogate doświadczenie w ubezpieczaniu transakcji eksportowo-importowych. Standardową usługą oferowaną przez Korporację jest kredyt dla eksportera zabezpieczony polisą KUKE. Polisa w takich transakcjach zabezpiecza około 80% ryzyka handlowego; część niezabezpieczona stanowi wkład własny eksportera.

Ze względu na specyfikę transakcji handlowych zalecane jest możliwie wczesne kontaktowanie się z opiekunem bądź doradcą produktowym w banku obsługującym w celu identyfikacji ryzyk oraz doboru najwłaściwszych instrumentów finansowych pozwalających na ich minimalizację. Jak wspomniano wcześniej, sam wniosek o otwarcie akredytywy może nastręczać trudności, tak więc kontakt z bankiem mającym doświadczenie w tej dziedzinie pozwala zaoszczędzić czas. Uchroni to także eksportera przed komplikacjami, które mogą powstać na każdym etapie transakcji: od formułowania kontraktu czy nawet oferty po ostateczne rozliczenia lub świadczenia pokontraktowe. W praktyce często stosuje się rozwiązania niestandardowe, co wymaga odpowiedniego przygotowania, a przede wszystkim doświadczenia.

[1] Warto zwrócić uwagę, że KUKE finansuje transakcje od momentu powstania wierzytelności, czyli wystawienia faktury VAT.

[2] Free On Board – formuła FOB oznacza, że sprzedający zobowiązany jest dostarczyć towar przewoźnikowi wyznaczonemu przez kupującego. Ryzyko utraty lub uszkodzenia towaru przechodzi ze sprzedającego na kupującego w momencie, gdy towar przekroczył linię burty statku w porcie załadunku.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Pomorski eksporterze, dokąd po pieniądze?

Z Jackiem Zwolakiem , dyrektorem Regionalnej Instytucji Finansującej Agencji Rozwoju Pomorza , rozmawia Leszek Szmidtke, dziennikarz PPG i Radia Gdańsk.

Środki unijne tylko pomagają zrealizować przygotowane wcześniej pomysły. Eksporterzy mogą otrzymać wsparcie w postaci dofinansowania misji handlowej bądź wyjazdu na targi.

W ostatnich latach przedsiębiorcy narzekali, że nie było żadnego wsparcia dla chcących eksportować swoje towary. Na co mogą liczyć teraz?

Przede wszystkim na siebie. Środki unijne tylko pomagają zrealizować przygotowane wcześniej pomysły. Jeżeli są jakieś plany, to przedsiębiorca ma dwie możliwości. Może samodzielnie złożyć wniosek o wsparcie udziału w targach – taka oferta dla mikroprzedsiębiorców już jest, od końca października można składać wnioski. Firmy mogą uczestniczyć zarówno w targach krajowych, jak i zagranicznych. Można otrzymać do 200 tysięcy złotych, a projekt może obejmować udział w kilku zagranicznych targach. Należy podkreślić, że przedsiębiorca musi się tam wystawiać. Jeżeli zaś ktoś chce zasięgnąć języka, rozeznać potencjalny rynek dla swoich produktów lub usług, to może skorzystać z drugiej oferty – pomocy samorządu terytorialnego lub stowarzyszenia zrzeszającego przedsiębiorców, na przykład Izby Handlowej albo Rzemieślniczej, która umożliwi mu wyjazd na misję gospodarczą.

Czy przedsiębiorca jest w tym przypadku skazany na pośrednictwo samorządu lub organizacji zrzeszającej firmy?

Tak. To jest konieczny warunek określony w Regionalnym Programie Operacyjnym. Jest tam specjalna pozycja adresowana do instytucji otoczenia biznesu o nazwie „Wspieranie międzynarodowej aktywności pomorskich przedsiębiorstw”. Firmy uczestniczące w takim przedsięwzięciu nie mają wtedy obowiązku wystawiania się na targach, chociaż pozostałe korzyści wynikające z uczestniczenia w takiej imprezie stają przed nimi otworem. W obu przypadkach jest naprawdę niewiele ograniczeń. Najważniejsze, by skutecznie wspierać proeksportową działalność pomorskich przedsiębiorców.

Jesteście przekonani, że te dwa sposoby są najskuteczniejszą zachętą dla naszych firm do eksportowania towarów i usług?

Trudno mówić o efektach tych możliwości, gdyż wyjazd na targi nie przekłada się bezpośrednio na podpisywanie kontraktów. Mamy natomiast doświadczenie jeszcze z funduszy przedakcesyjnych. Jeden z programów funduszu PHARE również umożliwiał udział w imprezach targowych w charakterze wystawcy i cieszył się ogromnym zainteresowaniem naszych przedsiębiorców. Z kilku edycji tego programu skorzystało około 150 firm. Z wieloma później rozmawialiśmy i wiemy, że wyjazdy owocowały podpisywanymi po jakimś czasie umowami. Te opinie wskazują, że miało i ma to sens. Tym bardziej że wówczas chodziło o dużo mniejsze pieniądze – równowartość 10 tysięcy euro na jeden projekt.

Czy zostały przeprowadzone jakieś badania, które pozwoliłyby na wyciągnięcie szerszych wniosków?

Nie robiliśmy takich badań. Nie jesteśmy instytucją badawczą. Jednak efekty tych wyjazdów widzieliśmy. Z edycji na edycję rosła na przykład liczba chętnych do kolejnych wyjazdów, mimo że musieli oni dokładać do nich własne pieniądze – 50 procent kosztów; zatem raczej im się to opłacało.

Brak takich analiz pozbawia was możliwości lepszego wykorzystania środków unijnych, choćby w okresie programowania.

Pośrednio przyglądamy się, jakie efekty przyniosło to wsparcie – choćby poprzez Pomorskie Obserwatorium Gospodarcze. W pytaniach do przedsiębiorców pojawiają się zagadnienia dotyczące wyjazdów na zagraniczne imprezy targowe i wsparcia takich wyjazdów. Natomiast nie monitorujemy każdego korzystającego z unijnego dofinansowania, nie pytamy, jak się rozwija itd. Być może to jeszcze przed nami. Tym bardziej że każdy z tych programów będzie miał ewaluację, czyli ocenę przydatności. Każdy przedsiębiorca korzystający z tych pieniędzy będzie się na ten temat wypowiadał.

Tylko że na pełną ocenę skutków trzeba kilku lat.

To prawda, ale teraz będą tzw. oceny śródokresowe. Będą też specjalne projekty badające rozwój pomorskich firm, realizowane przez Pomorskie Obserwatorium Gospodarcze. Trudno jednak skłonić każdego przedsiębiorcę, by co rok lub co dwa lata opisywał szczegółowo swoją działalność. Środki unijne są niewielką częścią działalności firmy.

Dlaczego nie było takich możliwości w latach 2004–2006?

Zintegrowany Program Operacyjny Rozwoju Regionalnego został przygotowany centralnie i dlatego nie przewidziano środków na takie cele. Opracowując Regionalny Program Operacyjny na lata 2007–2013 już pomyśleliśmy o różnych formach wsparcia dla firm chcących zaistnieć na rynkach zagranicznych.

Są jeszcze jakieś sposoby wspierania zagranicznej ekspansji naszych przedsiębiorstw?

W projektach inwestycyjnych można zaznaczyć, że celem przedsięwzięcia jest eksportowanie wyrobów na rynki zagraniczne. To poważny atut, gdyż przedsiębiorca uzyskuje wówczas dodatkowe punkty.

Jakie pieniądze zarezerwowano w RPO na wspieranie eksporterów?

Dla mikroprzedsiębiorstw oraz małych i średnich firm zarezerwowano około dwóch milionów złotych. Te pieniądze są przeznaczone na udział w targach w charakterze wystawcy. Natomiast na udział w targach czy wspólne misje handlowe, organizowane przez samorządy terytorialne lub zawodowe, przeznaczono 744 tysięcy euro. Konkurs na dotacje zostanie ogłoszony w marcu 2009 roku.

Czy na podstawie projektów, które otrzymały dofinansowanie ze środków przedakcesyjnych, widać, co najchętniej przedsiębiorcy eksportowali bądź chcieli eksportować?

Mimo wszystko tych projektów było zbyt mało, żeby wyciągać jakieś poważniejsze wnioski. Pomysły i branże były na tyle zróżnicowane, że nie układało się to w jakąś prawidłowość. Przedsiębiorcy jeździli na bardzo różne targi w całej Europie, ale także do Stanów Zjednoczonych i Chin. Mieli wolną rękę w wyborze kierunków ekspansji. Czynili to, opierając się na swoim rachunku ekonomicznym, i nawet nie chcieliśmy sugerować im konkretnych rynków czy targów.

A jak uzasadniali chęć poszukiwania odbiorców na zagranicznych rynkach?

Rozwój firmy – to najczęściej spotykane uzasadnienie. Często przedsiębiorcy wymieniali też wzrost przychodów, nowe możliwości i to, że rynek krajowy zrobił się po prostu za ciasny. Na przykład firma z Gdyni produkująca bombki na choinkę kilkakrotnie korzystała z dofinansowania wyjazdów na targi, gdyż odbiorców musiała szukać właśnie na innych rynkach.

Często przedsiębiorcy są już zdecydowani na szukanie szansy na rynkach zagranicznych, niezależnie od tego, czy otrzymają dofinansowanie.

Czy pomorscy przedsiębiorcy są bardzo zdeterminowani, ażeby zaistnieć za granicą, czy też działają na zasadzie „jakoś to będzie”?

Determinacja i odwaga nie są wymalowane na twarzy. Jednak często przedsiębiorcy są zdecydowani na szukanie szansy na rynkach zagranicznych niezależnie od tego, czy otrzymają dofinansowanie, czy nie. Chcą jechać na targi, by się pokazać i szukać kontaktów. Przygotowali się do tego finansowo, a środki unijne mogą tylko ułatwić te starania.

Dziękuję za rozmowę.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Gdzie po dofinansowanie, czyli jak władza publiczna wspiera eksport

Materiał przygotowany przez Departament Instrumentów Wsparcia Ministerstwa Gospodarki

Ministerstwo Gospodarki realizuje szereg działań promocyjnych, mających na celu kreowanie pozytywnego wizerunku polskiej gospodarki, rozwój współpracy gospodarczej z zagranicą i – przede wszystkim – wzrost polskiego eksportu. Zakres podejmowanych działań jest zgodny z regulacjami Unii Europejskiej, określającymi dopuszczalne formy i poziom wsparcia udzielanego przedsiębiorcom lub reprezentującym ich organizacjom samorządu gospodarczego.

Działania własne Ministerstwa Gospodarki

Działania Ministerstwa Gospodarki realizowane są w ramach własnych przedsięwzięć promocyjnych, a także poprzez wspieranie (w formie dotacji) działań promocyjnych, podejmowanych głównie przez podmioty gospodarcze. Własne działania Ministerstwa Gospodarki w zakresie promocji i wspierania eksportu oraz napływu bezpośrednich inwestycji zagranicznych do Polski to przede wszystkim:

  • działania promocyjne realizowane przez podległe Ministrowi Gospodarki wydziały promocji handlu i inwestycji ambasad i konsulatów RP za granicą (WPHiI);
  • organizacja udziału Polski w światowych wystawach: EXPO 2008 w Saragossie (zakończonej w połowie września b.r.) oraz EXPO 2010 w Szanghaju;
  • finansowana przez MG działalność Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych S.A., podejmującej działania zwiększające napływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych do Polski, w tym promocję eksportu za pośrednictwem Portalu Promocji Eksportu, wydawnictw promocyjnych i innych form oddziaływania za pośrednictwem mediów.

Działalność promocyjna Ministerstwa Gospodarki odbywa się również poprzez udzielanie pomocy publicznej (w formie dotacji) dla polskich przedsiębiorców, przeznaczonej na refundację części kosztów działań realizowanych przez firmy na rzecz promocji i wspierania eksportu ich produktów.

Dofinansowanie kosztów realizacji przedsięwzięć promocyjnych odbywa się poprzez dofinansowanie branżowych projektów promocyjnych, kosztów uzyskania certyfikatów eksportowych, kosztów organizacji przedsięwzięć promocyjnych oraz publikacji wydawnictw i materiałów promocyjnych. Wszystkie powyższe formy wsparcia zostały omówione w kolejnych akapitach.

Dofinansowanie branżowych projektów promocyjnych

Zasady i tryb dofinansowania udziału przedsiębiorców w branżowych projektach promocyjnych reguluje rozporządzenie Rady Ministrów z 31 października 2007 r. w sprawie udzielania pomocy de minimis na realizację branżowych projektów promocyjnych w zakresie eksportu lub sprzedaży na Jednolitym Rynku Europejskim (Dz. U. nr 211, poz. 1542). Celem tego programu jest promocja produktów i grup towarowych o wysokim potencjale eksportowym. Ministerstwo finansowo wspiera projekty typu promocyjnego, realizowane przez grupę minimum czterech polskich przedsiębiorców, reprezentujących pokrewne branże lub grupy towarowe. Maksymalna kwota dofinansowania jednego projektu wynosi 50 tys. zł i stanowi nie więcej niż 50% kwalifikowanych kosztów netto. Kosztami kwalifikującymi się do objęcia pomocą są poniesione w danym roku kalendarzowym koszty:

  • transportu eksponatów, ich ubezpieczenia, odprawy celnej i spedycji,
  • wynajmu powierzchni wystawienniczej lub sal,
  • zabudowy powierzchni, montażu, scenografii,
  • obsługi technicznej,
  • przygotowania i wydruku zaproszeń, materiałów informacyjnych i reklamowych,
  • przejazdu i zakwaterowania jednego przedstawiciela przedsiębiorcy uczestniczącego w projekcie,
  • przeprowadzenia badania rynku zagranicznego,
  • niezbędnych zadań zleconych i usług wynikających ze specyfiki projektu.

Limit dofinansowania dla jednego przedsiębiorcy w ramach projektu wynosi maksymalnie 8 tys. zł.

D ofinansowanie kosztów uzyskania certyfikatów eksportowych

W ramach programu dotacji dla przedsiębiorców na dofinansowanie kosztów uzyskania certyfikatu wyrobu istnieje możliwość uzyskania dofinansowania do 50% kosztów usług doradczych związanych z uzyskaniem lub kosztów uzyskania certyfikatów oraz świadectw i atestów wymaganych na rynkach zagranicznych. Roczny limit dla jednego przedsiębiorcy wynosi 50 tys. zł. Podstawą prawną udzielania pomocy publicznej na dofinansowanie kosztów uzyskania certyfikatów eksportowych jest rozporządzenie Rady Ministrów z 31 października 2007 r. w sprawie udzielania pomocy de minimis na uzyskanie certyfikatu wyrobu wymaganego na rynkach zagranicznych (Dz. U. nr 210, poz. 1522).

Dofinansowywanie kosztów organizacji przedsięwzięć promocyjnych

Program ten obejmuje dofinansowanie kosztów organizacji konferencji, seminariów, prezentacji, pokazów i innych imprez promocyjnych. Pomoc może zostać udzielona na pokrycie m.in. kosztów wynajęcia sali, obsługę techniczną, tłumaczenia oraz druk materiałów informacyjnych i nie może przekroczyć 50% kosztów kwalifikujących się do objęcia pomocą.

Zasady i tryb uzyskania pomocy publicznej na realizację tego typu przedsięwzięć promocyjnych reguluje rozporządzenie Rady Ministrów z 31 października 2007 r.
w sprawie udzielania pomocy de minimis na realizację niektórych przedsięwzięć w zakresie promocji i wspierania eksportu lub sprzedaży na Jednolitym Rynku Europejskim (Dz. U. nr 211, poz. 1544).

Dofinansowanie publikacji wydawnictw i materiałów promocyjnych

Ministerstwo Gospodarki dofinansowuje koszty zbiorowych publikacji promujących eksport. Dofinansowanie obejmuje m.in. koszty papieru, druku, składu, tłoczenia płyt oraz naświetlania i nie może przekroczyć 50% kosztów kwalifikujących się do objęcia pomocą. Zasady i tryb uzyskania pomocy publicznej na realizację przedsięwzięć wydawniczych reguluje rozporządzenie Rady Ministrów z 31 października 2007 r. w sprawie udzielania pomocy de minimis na realizację przedsięwzięć wydawniczych promujących eksport lub sprzedaż na Jednolitym Rynku Europejskim (Dz. U. nr 211, poz. 1543).

Niezależnie od powyższych instrumentów, Ministerstwo Gospodarki wspiera polskich przedsiębiorców poprzez informacje zamieszczone na Portalu Promocji Eksportu. Portal jest internetową bazą informacji eksportowej Ministerstwa Gospodarki, prowadzoną od początku 2003 r., i zawiera między innymi informacje:

  • gospodarcze o rynkach zagranicznych dla polskich eksporterów,
  • o formach wspierania eksportu w Polsce,
  • o warunkach handlu wewnątrz Unii Europejskiej,
  • o Polsce – dla przedsiębiorstw zagranicznych,
  • o raportach i opracowaniach makroekonomicznych Ministerstwa Gospodarki na temat sytuacji gospodarczej Polski,
  • ofertowe w zakresie profili polskich eksporterów, z pełnymi danymi kontaktowymi (7000), oferty eksportowe polskich przedsiębiorstw (200), zapytania ofertowe firm zagranicznych (1700, w tym ponad 300 z rynków wschodnich) oraz informacje na temat przetargów zagranicznych.

Wspierany jest także proces internacjonalizacji polskich przedsiębiorstw poprzez ich udział w imprezach targowo-wystawienniczych za granicą. Dotychczas podstawowym instrumentem takiego wsparcia był program realizowany w ramach poddziałania 2.2.2 Sektorowego Programu Operacyjnego – „Wzrost konkurencyjności przedsiębiorstw” na lata 2004–2006, współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego (EFRR). 5 października 2007 r. Ministerstwo Gospodarki, ze względu na osiągnięcie wysokiego poziomu kontraktacji, wstrzymało nabór wniosków aplikacyjnych do tego poddziałania. Obecnie trwa proces rozliczania zawartych umów. Zgodnie z zasadą Unii Europejskiej „n+2”, dla okresu programowania 2004–2006 termin zakończenia realizacji omawianego poddziałania upływa w grudniu 2008 r.

Wsparcie na poziomie regionalnym…

W perspektywie finansowej 2007–2013 dofinansowanie udziału przedsiębiorców w zagranicznych targach, wystawach i misjach gospodarczych przewidziane jest na poziomie regionalnym. W jedenastu Regionalnych Programach Operacyjnych (RPO) dla województw: zachodniopomorskiego, lubuskiego, dolnośląskiego, małopolskiego, świętokrzyskiego, podkarpackiego, podlaskiego, warmińsko-mazurskiego, kujawsko-pomorskiego, łódzkiego i lubelskiego przewidziano bezpośrednie wsparcie udziału przedsiębiorców w targach i misjach. Z kolei Regionalne Programy Operacyjne w województwach: mazowieckim, pomorskim, wielkopolskim, śląskim i opolskim oferują wsparcie pośrednie, m.in. przez dofinansowanie projektów jednostek samorządu terytorialnego lub ich jednostek organizacyjnych, instytucji otoczenia biznesu, organizacji pozarządowych, wyższych uczelni, podmiotów działających na podstawie umowy partnerstwa publiczno-prywatnego. Wsparcie to będzie miało różną formę i wartość w zależności od konkretnego RPO.

…krajowym…

W przypadku poziomu krajowego, w ramach działania 6.1 „Paszport do eksportu” Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka na lata 2007–2013 (PO IG), zaprojektowano system wsparcia o charakterze specjalistycznym. Jest on przeznaczony tylko dla przedsiębiorców z sektora MSP, którzy dopiero zamierzają rozpocząć działalność eksportową lub prowadzą ją w niewielkim zakresie, ale mogą wykazać się określonym potencjałem eksportowym. Poprzez eksport rozumie się zarówno sprzedaż na Jednolitym Rynku Europejskim (JRE), jak i eksport do państw spoza JRE. Należy jednocześnie podkreślić, że Program „Paszport do eksportu” stanowi nową jakość w stosunku do minionego okresu programowania, ponieważ przewiduje kompleksową ofertę dla firm, mającą przyczynić się do zintensyfikowania ich rozwoju przez działalność eksportową. Dofinansowanie udziału przedsiębiorców w zagranicznych targach, wystawach i misjach gospodarczych jest jednym z czterech instrumentów, z których może skorzystać przedsiębiorca w ramach tego programu. Instytucją odpowiedzialną za wdrażanie działania 6.1 jest Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości (PARP). Przewidziana alokacja na realizację działania wynosi 121,8 mln euro.

Oprócz wsparcia dostępnego ze środków działania 6.1, Program Operacyjny Innowacyjna Gospodarka w ramach działania 6.5 „Promocja polskiej gospodarki” przewiduje wsparcie przedsięwzięć ukierunkowanych na tworzenie platformy współpracy i wzmocnienie powiązań polskiej gospodarki z gospodarką międzynarodową oraz uruchomienie branżowych programów, które obejmowałyby szereg projektów promocyjnych, ważnych z punktu widzenia promowanej branży, np. udział w najważniejszych imprezach targowych.

Taka konstrukcja systemu wsparcia w latach 2007–2013 zapewnia komplementarność działań wdrażanych na poziomie regionalnym oraz krajowym. Jednocześnie stanowi odpowiedź na zróżnicowane potrzeby przedsiębiorców oraz wpisuje się w ich różnorodny poziom wiedzy i doświadczeń w prowadzeniu działań eksportowych/sprzedaży na Jednolity Rynek Europejski.

…i za granicą

Poza granicami kraju funkcjonują Wydziały Promocji Handlu i Inwestycji (WPHiI), które stanowią swoistego rodzaju wizytówkę Ministra Gospodarki na świecie. Działalność WPHiI obejmuje instrumentarium promocji na dwóch płaszczyznach – w skali makro skupia się na promocji szeroko rozumianej współpracy gospodarczej, w skali mikro natomiast zajmuje się promocją polskich przedsiębiorstw. Wydziały Promocji Handlu i Inwestycji przygotowują programy promocji na podstawie analizy sytuacji gospodarczej w kraju urzędowania i wybierają jej najbardziej adekwatne formy. Programy te uwzględniają także priorytety polityki gospodarczej Polski i ich efektywność promocyjną na poszczególnych rynkach.

Szczegółowe informacje dostępne są na stronie internetowej Ministerstwa: www.eksporter.gov.pl oraz www.mg.gov.pl.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Przejście na euro to jedyne, czego oczekujemy od państwa

Z Eugeniuszem Stoltmannem , prezesem zarządu Eurofoods , rozmawia Leszek Szmidtke, dziennikarz PPG i Radia Gdańsk.

Najgorsze dopiero przed nami – twierdzą niektórzy eksporterzy żywności. Podziela pan te opinie?

To nie są tylko opinie – już widać, co nas czeka w przyszłym roku. Na wszystkich rynkach importujących od nas mrożone truskawki ich ceny spadły z 1,60 euro w czerwcu tego roku do 1,05 euro. Wszystkie chłodnie w Polsce mają duże zapasy tych owoców i nie ma widoków na ich sprzedaż, gdyż zagraniczne rynki zalewają truskawki z Chin. Niestety, niektórzy polscy producenci też importują chińskie mrożone truskawki. Jestem zbulwersowany tym, że sami pod sobą kopiemy dołki.

Wprowadzone dwa lata temu przez Komisję Europejską ceny minimalne są nieskuteczne?

Walczyliśmy o to, by Unia Europejska wprowadziła cenę minimalną, poniżej której nie można sprowadzać truskawek z Chin. Ustalono ją w 2006 roku na podstawie cen chińskich truskawek importowanych w 2005 r. Wychodziło 864 euro za tonę tych owoców. Wtedy po przeliczeniu było to 2,70 zł za kilogram. Dziś, nawet po ostatnich zmianach, jest to 2,10 zł.

Płyną z tego dwa wnioski: po pierwsze, przyjęcie euro będzie jakimś zabezpieczeniem. Po drugie, może należało przewidzieć wahania kursowe?

Rynek zawsze będzie się rządził swoimi prawami. Jeżeli na polskie truskawki będzie mniejszy popyt, to ich cena będzie spadała. Natomiast marzy mi się dotrwać w dobrej kondycji finansowej do dnia, w którym wprowadzimy euro. To jest korzystne zarówno dla eksportującego, jak i dla importującego. Wszyscy zyskamy, na przykład na niższych kosztach wymiany walut.

Bardzo emocjonalnie pan zareagował. Czy od tego zależy los pańskiej firmy?

Nie chodzi wyłącznie o moje przedsiębiorstwo. Czas między majem a czerwcem będzie dla całego sektora najtrudniejszym okresem od 1990 roku. Gdyby Eurofoods bazował wyłącznie na truskawkach, byłoby już po nas. Przerabiamy też inne owoce i warzywa, dzięki temu jesteśmy w dobrej sytuacji. To, co się dzieje z miękkimi owocami, a zwłaszcza z truskawkami, niepokoi eksporterów w całej Polsce.

Co jeszcze eksportujecie?

Naszym sztandarowym produktem są mrożone truskawki w kilku postaciach. Eksportujemy je w cukrze, kostkach, plastrach. W przypadku owoców jest to 85–90 procent tego, co wysyłamy. Poza truskawkami eksportujemy też porzeczki czarne i czerwone. Mrozimy również dynie, a od dwóch lat znaczącym produktem jest mrożona cebula. Rocznie przerabiamy w ten sposób od 6 do 8 tysięcy ton. Naszą kolejną pozycją są bałtyckie szproty, które również mrozimy i eksportujemy. W zależności od roku i pogody, bo to też jest sezonowa produkcja, wysyłamy od 1 do 2 tysięcy ton.

Niegdyś ogórki kartuskie były znanym wyrobem poprzedniczki Eurofoods, także na rynkach zagranicznych.

Produkcję ogórków kontynuujemy w naszym zakładzie w Pogódkach. I robimy to według tradycyjnej receptury wymyślonej w Kartuzach na początku lat osiemdziesiątych. Ogórki sprzedajemy głównie w północnej Polsce. Niewielkie ilości wysyłamy do Stanów Zjednoczonych oraz Kanady, tam gdzie są skupiska Polonii.

Wspomniał pan o tradycyjnej recepturze, według której robicie ogórki. Z jednej strony lepszy smak, z drugiej droższa produkcja. Za granicą to jest zaleta czy wada?

Generalnie zaleta. To, co można kupić w niemieckich marketach, zwykle jest gorszej jakości, ale tańsze. W naszych produktach są naturalne dodatki, tam zaś są one zastępowane po prostu „chemią”. Dodaje się środki utwardzające, barwniki, esencje zapachowe. Oczywiście są sklepy ze zdrową, ale dużo droższą żywnością, lecz na to zbyt wielu ludzi nie stać. Większość kupuje, podobnie jak u nas, w marketach i tam przeważają niskie ceny.

Kto jest odbiorcą waszych produktów?

Naszymi odbiorcami są zwykle duże zakłady przetwórcze, takie jak firma Mueller Milch, która ma 30 procent udziału w niemieckim rynku nabiału. Polskie truskawki są tam dodatkiem do jogurtów i deserów. Naszym klientem jest też inny potentat – Frosta. Ta firma używa naszych owoców do mieszanek, które trafiają później na rynek detaliczny. Na podobnych zasadach dostarczamy owoce innemu niemieckiemu koncernowi Bofrost. Rocznie wysyłamy też kilkaset ton truskawek do Japonii. Być może uda nam się tę ilość zwiększyć, gdyż Tokio wprowadziło całkowity zakaz sprowadzania warzyw, owoców oraz nabiału z Chin. Jak słyszałem, jest to spowodowane znacznym przekraczaniem norm pestycydów w chińskich produktach żywnościowych. Zakaz wprowadzono w kwietniu i być może na tym skorzystamy.

Czy zakaz dla chińskich produktów żywnościowych wprowadzony przez Japonię może być przykładem dla Unii Europejskiej?

Moim zdaniem nie. Unia ma bardziej liberalne normy dotyczące żywności niż Polska jeszcze kilka lat temu.

I te łagodne normy najbardziej sprzyjają masowemu napływowi żywności z Chin do Europy?

Zalew chińskich produktów spowodowany jest niską ceną. Gospodarka chińska nie jest gospodarką rynkową. Państwo dopłaca do eksportu. Oczywiście, jest tam tania siła robocza i dużo „chemii” stosowanej w uprawach. Chiny mają problemy z jakością, ale starają się ją poprawiać. Na naszą niekorzyść pracowała w ostatnim roku silna złotówka. Kiedy za euro płacimy 3,30 zł, to jesteśmy skazani na przegraną. 3 zł kosztuje surowiec i restrukturyzacja, obniżanie kosztów produkcji niewiele w takiej sytuacji pomaga. Z takimi cenami nie jesteśmy atrakcyjni na zagranicznych rynkach. Nie wiem, jak kryzys finansowy odbije się na naszych produktach, ale że się odbije – nie mam żadnej wątpliwości.

Musimy zastanowić się nad zmianą profilu eksportu. Może kosztem ilości należy postawić na jakość.

Czy nadal fundamentem eksportowanych truskawek jest odmiana Senga Sengana?

Tak. To jest podstawa naszego eksportu. Wysyłamy te truskawki zarówno do przetwórstwa, jak i na rynek detaliczny. Jednak wielkość eksportu spadła w ostatnim czasie z 90 tysięcy ton do mniej więcej 50 tysięcy ton. To jest wyraźny sygnał, że musimy się zastanowić nad zmianą profilu eksportu. Może kosztem ilości należy postawić na jakość.

Trzeba znaleźć niszę?

Musimy myśleć o tym już dziś, bo za trzy lata będzie za późno. Oczywiście należy ciągle poprawiać jakość produktów. Naszych odbiorców trzeba też przekonywać pewnością dostaw i ewentualnie wyższym stopniem przetworzenia. Wspomniałem, że już produkujemy z truskawek plasterki czy kostki. Kraje Europy Zachodniej zawsze będą zainteresowane owocami miękkimi, które są tam uprawiane w niewielkich ilościach. Te owoce stanowią składnik wielu produktów żywnościowych.

Czy żywność ekologiczna jest taką niszą, w której polscy producenci powinni szukać swojej szansy?

O tym właśnie mówiłem: jakość kosztem ilości. W naszym kraju od kilku lat produkcja żywności ekologicznej rozwija się bardzo szybko, jest ona poszukiwana i bardziej dochodowa. Ceny są wyższe, ale to zrozumiałe, gdyż wydajność jest mniejsza, a jakość gorsza. To będzie kierunek naszych poszukiwań.

Znajdziecie dostawców?

W ciągu roku to się nie uda. Ekologiczny produkt może pochodzić wyłącznie z ekologicznego gospodarstwa, którego cała produkcja: zboża, ziemniaki, warzywa i oczywiście owoce też musi być ekologiczna. To wymaga czasu.

Jeżeli te produkty mają znaleźć odbiorców w krajach Europy Zachodniej, muszą mieć certyfikaty.

Bez odpowiednich certyfikatów eksport nie będzie możliwy. Tylko że najpierw trzeba przygotować do takich upraw gospodarstwa rolne, a później przetwórnie. Wszystkie szczeble muszą się przestawić na produkcję żywności ekologicznej i być certyfikowane.

Na waszej stronie internetowej zauważyłem, że produkujecie też żywność koszerną. To wstęp?

Tak. Zdecydowaliśmy się na produkcję niektórych wyrobów koszernych, w tym truskawek. Są chętniej kupowane na tych rynkach, które sprzedają produkty koszerne. Między innymi w Stanach Zjednoczonych, chociaż w Europie Zachodniej też są firmy potrzebujące takich wyrobów. Wykorzystują je do swojej produkcji, którą później eksportują do Izraela.

Czy polscy, w tym pomorscy eksporterzy żywności mogą liczyć na jakąś pomoc?

Cieszę się, że rząd chce wprowadzić euro w 2012 roku. To będzie ogromne wsparcie.

Są dotacje na różne imprezy targowe, ale mogą liczyć na nie wyłącznie małe i średnie przedsiębiorstwa. Większe firmy muszą same się promować.

Mam jednak na myśli pomoc w promocji produktów, misje handlowe itp.

Nie widzę takiej możliwości. Są dotacje na różne imprezy targowe, ale mogą na nie liczyć wyłącznie małe i średnie przedsiębiorstwa. Większe firmy same muszą się promować. W naszym regionie można zauważyć pewne działania w tym kierunku. Jest Klub Dobrej Marki, który funkcjonuje w porozumieniu z regionalnym samorządem. Jesteśmy zachęcani do eksportu, są jakieś formy uznania. Jednak nie wierzę, że państwo pomoże eksporterom. Nie sprzedam więcej truskawek, nawet jeżeli ktoś mi zaoferuje i sfinansuje pobyt na jakichś targach.

Ale w ten sposób możecie na przykład znaleźć nowych odbiorców.

My i tak to robimy na własną rękę. Sami szukamy nowych klientów zainteresowanych tym, co wyrabiamy, oraz zastanawiamy się nad nową ofertą. Natomiast cały czas powtarzam, że o naszej opłacalności i konkurencyjności decyduje przede wszystkim kurs złotego, euro i dolara. Naturalnie trzeba pilnować kosztów, jednak przejście na euro to jedyna pomoc, jaką państwo może nam zaoferować.

Dziękuję za rozmowę.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Sukces na pstrym koniu jedzie – najważniejsza jest ciężka praca

Z Haliną Dziewulską, właścicielką firmy Mayones, rozmawia Iwona Wysocka, dziennikarka PPG i Radia Gdańsk.

Czy handel gitarami to dobry interes?

A gdzie jest dziś dobry, a gdzie zły interes? Każdy można zepsuć i każdy można naprawić. Istniejemy od 25 lat. Gitara, zwłaszcza elektryczna, to produkt plasujący się gdzieś w ogonie zakupów. Żeby interes był dobry, muszą być nabywcy. Dziś nie jest sztuką wyprodukowanie, sztuką jest sprzedaż. I to taka z zyskiem. Produkt musi przebić się na rynku. Konkurencja jest dziś silna – może nie w kraju, ale na świecie tak. Przodują Amerykanie, a na drugim biegunie są Chińczycy. Dziś trzeba myśleć, jak taniej wyprodukować wyrób doskonały. A na koniec – jak dotrzeć do tego docelowego klienta.

I jak docieracie?

Między innymi przez polecenia. Mamy przekonanie, że mimo iż amerykańskie firmy są o wiele starsze i mają dużo większy potencjał, to my proponujemy instrumenty, które są ręcznie wykonywane. Oferują one więcej możliwości niż te produkowane fabrycznie: dokładność, oryginalność wzoru, niepowtarzalność dźwięku. To także indywidualność oraz możliwość kreowania instrumentu przez klienta. I to nas trzyma.

To jest wasza nisza rynkowa?

Tak, tu próbujemy się utrzymać. Trzeba znaleźć swoją niszę, którą człowiek będzie w stanie obsłużyć. Zaoferować coś oryginalnego, żeby ludzie powiedzieli: „O tak, to jest fajne”.

Pierwsze zagraniczne targi nie wypadły najlepiej. Nie zniechęciło to was do dalszej pracy?

Zaczynaliśmy w zupełnie innych czasach. Ciążyło na nas odium wschodniego bloku Europy. Na targach była taka sytuacja: pewien Niemiec mówi do innego, pokazując nasz towar: – Skąd te gitary? Są takie fajne. – Poland – słyszy odpowiedź. – Holland? – dopytuje się Niemiec i mówi do kolegi: – To Polacy umieją grać na gitarze? Takie było pojęcie Niemców o Polsce, o naszych gitarach, muzyce i kilku innych rzeczach. Myślenie było proste – jeśli nie mamy topowych muzyków, którzy wybijaliby się w Europie, to może w ogóle nie umiemy grać na gitarach? Okazuje się jednak, że i nasi muzycy znaleźli swoje nisze. W muzyce metalowej jest kilka takich zespołów. Są znane na całym świecie. Ale przeciętna polska muzyka nie dociera do przeciętnego Niemca. Oni mają swoją, amerykańską czy angielską; polskiej nie znają.

Najlepszym rynkiem zbytu jest…

…od lat niemiecki. Z tym że nie zawsze występujemy pod swoją marką. Produkujemy dla innych marek lub inne marki na rynek niemiecki. Dziś klienci zaczynają powoli dowiadywać się, a potem opowiadać, że gitary są produkowane, a właściwie robione w Polsce. Podpierają się Gdańskiem – bo to ciekawe, po części niemieckie. Taki jest ich sposób myślenia. Ostatnio trochę się to zmienia. Inaczej patrzy się na Polskę po wejściu do Unii Europejskiej. W oczach świata jesteśmy już innym krajem.

Produkt europejski (w tym przypadku gitary), mimo że pochodzi z dawnego bloku wschodniego, zaczyna być bardziej ceniony niż chiński. My jesteśmy dokładni i pomysłowi.

Co z tanią konkurencją ze Wschodu?

Zmienia się podejście do chińskiej produkcji. Jest świadomość, że tamten produkt wytwarza się na masową skalę. Niekoniecznie jest dobry, a ktoś mimo to dobrze na tym zarabia. Ostatnio powstaje przekonanie, że produkt europejski, choć droższy, jest znacznie lepszy, bardziej solidny i lepszej jakości. Kupując europejskie produkty, ciągniemy w górę własny przemysł. Niemcy już zaczynają zauważać, że przez wyprowadzenie produkcji z Europy likwiduje się tu miejsca pracy. Jeśli wzrośnie bezrobocie, spadnie wewnętrzny popyt. Wtedy problemy mogą mieć inni. Dlatego właśnie produkt europejski (w tym przypadku gitary), mimo że z dawnego bloku wschodniego, zaczyna być bardziej ceniony niż chiński. My jesteśmy dokładni i pomysłowi. Dużo znaczy sam fakt tworzenia instrumentu ręcznie: to są zupełnie inne gryfy. A dla muzyka gryf to istota wygody . To pozwala nam się utrzymać. Jednak cały czas walczymy o klienta. Jeden odchodzi, drugi zmienia koncepcję, dla trzeciego jest za drogo, bo znalazł w Chinach taniej. Walczymy o rynek. Tutaj nie ma żadnego constans .

Chcecie zawalczyć o rynek amerykański. Tam teraz szaleje kryzys, rośnie bezrobocie, konsumpcja spada… Będzie trudniej sprzedać?

My nie chcemy zawojować Ameryki. To by było śmieszne. Amerykański przemysł jest potężny, tam dziecko rodzi się z gitarą elektryczną w ręku! Dostępność instrumentów jest powszechna. Trudno zliczyć, ile osób tam gra. Widać zresztą, ilu muzyków się wybija.

Czy eksport do Stanów będzie w takim razie opłacalny?

Oczywiście, produkt europejski będzie dla nich drogi i nie będą go kupować na masową skalę. My sprawę traktujemy jako doświadczenie. W USA funkcjonują potężne firmy, wielkie korporacje handlowe. Nawet jeżeli by się nami zainteresowały, to nie jesteśmy w stanie ręcznie wyprodukować takiej liczby gitar, jakiej by od nas wymagali. Wejście na rynek amerykański pod naszą marką Mayones – chodzi o produkt z „emką” – oznacza spore nakłady finansowe. Każdy produkowany przez nas model gitary trzeba będzie zastrzec. Chodzi o kształt, wygląd, wzory towarowe i tak dalej. Bez tego się nie obejdzie. Trzeba pilnować swoich interesów.

Jesteście największym w kraju i jednym z największych w Europie eksporterów gitar. W czym tkwi tajemnica sukcesu firmy?

Nie wiem, czy odnieśliśmy sukces. Cały czas walczymy o przetrwanie. Sukces polega między innymi na tym, że marka zaczyna być rozpoznawalna. Mamy własne opracowania, pomysły – to także jest sukces. Natomiast kwestia, ile sprzedajemy i jak, to już zupełnie co innego. O to trzeba walczyć. Należy utrzymywać też wysoką jakość produktu. Można powiedzieć, że sukces „na pstrym koniu jedzie”. Jest chwilą, z powodu której możemy poświętować, ale zaraz potem trzeba zabrać się do roboty.

Macie hit eksportowy?

To jeden z modeli gitar, dobry i drogi instrument. A dobry instrument musi zawierać przede wszystkim porządne materiały wyjściowe i z równie dobrych materiałów musi być złożony. Porządne przetworniki do kluczy już podnoszą ostateczną cenę. Przy produkcji tego drogiego modelu nie można się spieszyć. Czas u nas kosztuje, podobnie jak praca ludzi. Pracownik musi być wypoczęty i powinien odpowiednio zarabiać, żeby miał chęć i możliwość przeniesienia różnych pomysłów na instrument. Do tego dochodzi ręczna praca, fachowość, fantazja twórcy i inne nieokreślone „ludzkie elementy”. Wszystko to tworzy jakość. Maszyny też tworzą pewną jakość i utrzymują ją na określonym poziomie. Jednak nad niektórymi niuansami pracuje człowiek i to on jest o krok dalej od maszyny.

Jak zdobywacie klientów? Skąd wiedzą, że w Gdańsku jest firma, która robi dobre gitary?

Bardzo mocno stawiamy na stronę internetową. Teraz powstaje nowa. Ciągle coś się tam dzieje. Poza tym bezpośredni kontakt. W każdej chwili klient może przyjść do firmy, przetestować instrument, sprawdzić jego jakość. Może sam ustalić i wybrać sobie na przykład oznaczenie gryfu, dobrać gatunki drewna. Taka możliwość rzadko się zdarza. Duże firmy nie mogą sobie po prostu na to pozwolić, bo nie mogłyby puścić produkcji. U nas zwykły Kowalski, który uzbiera pewna kwotę, może przyjść i powiedzieć, czego sobie życzy, a my wprowadzimy to w czyn.

Zdarzyło się, że trafił do was muzyk, który gdzieś usłyszał brzmienie waszej gitary i uznał, ze absolutnie musi taką mieć?

Oczywiście. To zawsze tak działa. Tak trafił do nas na przykład muzyk z Paradise Lost. W tej branży działa marketing szeptany. Wielu muzyków gra na naszym sprzęcie. Ściśle z nimi współpracujemy, serwisujemy ich instrumenty. Sprawdzamy, jak zachowują się po jakimś czasie, np. po roku. W Polsce naszymi klientami są m.in. muzycy Jarek Śmietana i Wojtek Pilichowski. Współpraca z nimi jest bardzo rozległa. Jarek Śmietana przyszedł do nas kiedyś ze Steve’em Loganem, który odbierał u nas swoją gitarę. Jarek mówił wtedy, że żadna gitara go nie interesuje, bo ma swojego ukochanego Gibsona. Jednak po roku już grał na naszej. W tej chwili ma swój autorski model i drugą gitarę – taką samą, ale z innych materiałów. Dobór drewna ma istotny wpływ na dźwięk.

80 procent produkcji firmy idzie na eksport. Jak sobie radzicie z różnicami kursowymi, kryzysem finansowym? W październiku nie było pod tym względem zbyt spokojnie.

Faktycznie, można było stracić na samej różnicy kursu. Dla mnie wejście do strefy euro to jedyne rozwiązanie. Nie byłoby takiego chudego roku, gdybyśmy mieli euro. Mogę umówić się z klientem w kwestii ceny – ona jest stała, wynika z katalogu. Ale jak mam mu wytłumaczyć, że musi za coś dopłacić, bo wynika to z różnic kursowych za materiały, z których robimy instrumenty? Część materiałów sprowadzamy ze Stanów, część z Europy. Klient, który miałby to przeliczyć na ostateczną cenę instrumentu, po prostu by się pogubił. Byłoby znacznie łatwiej i prościej, gdyby naszą walutą było euro. Różnice kursowe robią straszne zamieszanie.

Jak firma finansuje swoją działalność? Dziś z kredytami nie jest łatwo.

Staramy się być samowystarczalni. Posiłkujemy się krótkimi liniami kredytowymi. Banki na razie nie stwarzają nam poważnych ograniczeń. Staramy się zawsze wyważyć linię kredytową z tym, co robimy. Nie przewidujemy długotrwałych inwestycji. Kupujemy jedną maszynę, spłacamy ją, bierzemy następną.

Można walczyć z różnymi absurdami, jednak będzie dużo łatwiej, jeśli oboe strony – przedsiębiorcy i urzędnicy – wykażą dobrą wolę. To znacznie ułatwi działalność.

Co jest dla was największą przeszkodą w eksporcie?

Brak euro! Należy wreszcie zdecydować się na wspólną walutę. Inne przeszkody to zbyt częste kontrole skarbowe i absurdalne prawo. Na przykład reklama – tu przepisy zostały mocno okrojone. Można walczyć z różnymi absurdami, jednak będzie dużo łatwiej, jeśli obie stronay – przedsiębiorcy i urzędnicy – wykażą dobrą wolę. To znacznie ułatwi działalność. Dla mnie jest istotne, żebym mogła się z ludźmi dogadać.

Jak będzie wyglądać pani firma w przyszłości?

Po pierwsze, mam nadzieje, że się utrzyma. Utrzyma i rozwinie swoją niszową część, współpracując bezpośrednio z muzykiem. Na tyle blisko, że jego gitara będzie powstawać przy jego współudziale. A gdy otrzyma już gotową – powie: „To jest to, czego chciałem! To brzmienie, ten kształt, ten wygląd!”

Dziękuję za rozmowę.

Kategorie
Pomorski Przegląd Gospodarczy

Perspektywy branży stoczniowej

Z Piotrem Soyką , prezesem zarządu Gdańskiej Stoczni Remontowej , rozmawia Iwona Wysocka, dziennikarka PPG i Radia Gdańsk.

Jakie hity eksportowe ma Gdańska Stocznia Remontowa?

Mamy kilka sztandarowych. To tradycyjnie remonty statków. W tym roku wykonaliśmy remonty za prawie 400 mln zł. Pojawił się również nowy przebój, czyli przebudowa statków – szczególnie tych do obsługi pól naftowych. Patrząc natomiast na nas jako grupę, w skład której wchodzi również Stocznia Północna, to za przebój można uznać statki do obsługi wież wiertniczych, tzw. AHTS, które wykonujemy dla amerykańskiego armatora (Tidewater). Jesteśmy przedsiębiorstwem, które doskonale czuje się we wszystkich podstawowych dziedzinach, czyli remontach, przebudowach i budowach statków.

Jako aktywny i odnoszący sukcesy przedsiębiorca, jak Pan widzi perspektywy pomorskiego eksportu w obecnej sytuacji gospodarczej?

Kryzys światowy dotyka lub dotknie prawie wszystkie firmy, które są eksporterami. Głównie dlatego, że spada popyt. Wszyscy dotychczasowi klienci zaczynają mieć problemy finansowe, zmniejsza się więc liczba zamówień. Drugim elementem zwiększającym ryzyko jest tak zwana niepewność inwestycyjna. Wiele firm, widząc sytuację na rynku, postanawia wstrzymać inwestycje i poczekać z wydatkami na pewniejsze czasy. Jest duża ostrożność w podejmowaniu decyzji. Trzecim elementem utrudniającym życie eksporterom jest niepewna sytuacja złotówki. Przy obecnym rozchwianiu kursu naszej waluty niemożliwe jest planowanie jakichkolwiek działań eksportowych. Szczególnie dotyczy to firm takich jak nasza, gdzie produkt zamówiony dzisiaj będzie wytworzony za kilka miesięcy, a nikt nie jest w stanie przewidzieć kursu walut w tym czasie. Jest to wielka ogólna niepewność, która musi zaowocować ograniczeniem eksportu. Szczególnie w gospodarce morskiej. Spada liczba przewozów na świecie, spadają stawki frachtowe, w niektórych sytuacjach nawet dziesięciokrotnie. Zmniejszona liczba towarów spowoduje obniżenie wpływów w portach, a także wpływów firm budujących statki, remontujących i tych, którzy transportują towary.

Jakie rynki widzi Pan jako atrakcyjne dla eksporterów?

W każdej branży jest inaczej. Wydaje mi się jednak, że należy szukać rynków niszowych. Polskie firmy niebędące częścią koncernów międzynarodowych są z reguły mniejszymi przedsiębiorstwami. Dlatego pojawia się konieczność odnalezienia określonej niszy rynkowej, w której mogą działać i się rozwijać. My jesteśmy grupą remontową i jeżeli chodzi o nas, to staramy się szukać partnerów głównie na rynkach europejskich. Współpracujemy jednak również z firmami amerykańskimi. Teraz nie bez znaczenia dla nas jest to, co będzie się działo właśnie na rynku amerykańskim. Firma, która kupuje od nas AHTS, ostatnio bardzo się wahała. Robić dalsze inwestycje? Przedłużać serię statków? Z jednej strony czuliśmy, że tam jest już kryzys i brakuje optymizmu, a z drugiej widać było, że pojawiła się nadzieja na zmiany związana z wyborami prezydenckimi.

Jaka jest sytuacja stoczni w dobie kryzysu? Czy nie będzie tak, że firmy w trudnych czasach zamiast kupować nowe statki, chętniej będą remontować stare?

Na pewno tak. Jedne sektory będą bardziej narażone na kryzys, inne mniej. Przypuszczam, że sektor remontowy będzie się miał lepiej niż budowlany. W związku z problemami w sektorze bankowym prawdopodobnie część armatorów nie będzie miała pieniędzy na nowe statki, więc zacznie remontować te do tej pory używane. Zresztą już widzimy, że w remontach jest wprawdzie trochę gorzej niż kiedyś, ale mimo to zdecydowanie lepiej niż na nowych budowach.

Jak sama stocznia jest przygotowana na kryzys?

Stocznia jest o tyle przygotowana, że nie ma długów. Można więc powiedzieć, że jest w dobrej kondycji finansowej i bez dodatkowych obciążeń. Finansujemy swoją działalność głównie własnymi środkami. Dlatego też myślimy optymistycznie o naszej przyszłości.

Ci, którzy konkurują z Chińczykami tymi samymi towarami, na tych samych rynkach, nie mają szans. Muszą więc zmieniać swoją strategię albo polegną.

A jak radzicie sobie z chińską konkurencją?

Zawsze staraliśmy się działać w niszach, które nie są „niszami chińskimi”. Nie można konkurować bezpośrednio z Chińczykami, ponieważ polskie firmy nie są w stanie produkować tak tanio jak oni. Ci, którzy mimo wszystko zdecydują się na handel takimi samymi towarami, na tych samych rynkach, nie mają szans. Muszą zmienić strategię albo polegną. Dlatego niezbędne staje się znalezienie własnego miejsca na rynku.

Niebawem do bram stoczni remontowej zapukają całe grupy pracowników innych stoczni…

To oczywiście jest poważny problem. Stocznie wchodzą w kryzys w bardzo złej kondycji finansowej. Dlatego ich szanse na przetrwanie trudnych czasów są mniejsze. Na pewno więc pracownicy będą pukać do naszych bram. Jest to tym trudniejsze, że pozostałe firmy działające na rynku też mogą ograniczać zatrudnienie. Dlatego tak ważna jest tu rola państwa, które powinno się włączyć w system ratowania ludzi w postaci wcześniejszych emerytur, przekwalifikowań czy zaliczek na prowadzenie biznesów. Generalnie chodzi o ułatwienie przetrwania kryzysu. Potem pewnie będzie lepiej. Pomagano przecież górnikom, dając im solidne odprawy. Nie widzę powodu, dla którego taka pomoc miałaby ominąć stoczniowców. W stoczniach nadal będzie trwała jakaś produkcja, ale tym, którzy stracą pracę, trzeba dać przysłowiową wędkę. Może się okazać, że wyjdą na tym lepiej niż kiedykolwiek wcześniej.

Jesteśmy jednym z wielu graczy powiązanych nitkami z całą gospodarką światową. Kryzys będzie więc nas dotyczył dokładnie tak samo jak wszystkich.

Dużo się mówi o odporności Polski na kryzys finansowy szalejący dookoła. Jak to wygląda z punktu widzenia przedsiębiorcy?

Wszystko zależy od branży, w której się działa. Gospodarka morska jest globalna. Nie jesteśmy potęgą światową. Jesteśmy jednym z wielu graczy, powiązanych nitkami z całą światową gospodarką. Kryzys będzie więc nas dotyczył dokładnie tak samo jak wszystkich.

Jeżeli mówimy o realnej konkurencji, to pomoc publiczną musieliby otrzymywać wszyscy. To oczywiście niemożliwe. W związku z tym lepiej, żeby jej nie było.

Jakie są według Pana bariery rozwoju pomorskiego eksportu? Co powinno się zmienić w prawie, jak można pomóc rodzimym przedsiębiorcom?

Słowo „wspieranie” zawsze kojarzyło mi się z jakimś sztucznym tworem, a rynek czegoś takiego nie znosi. Ludzie się przyzwyczajają do wsparcia i potem nie mają rezultatów w normalnej działalności rynkowej. To więc nie powinno działać w ten sposób. Wydaje mi się, że reguły gry, z jakimi mamy do czynienia, są zdrowe. Inną kwestią była polityka nienaturalnie silnego złotego – to trzeba urealnić. Teraz już widać, że tak drogi złoty był utrzymywany spekulacyjnie. Gdy spekulanci wyszli z polskiego rynku, złoty gwałtownie osłabł, dosłownie w ciągu kilku dni. Dlatego szybsze wejście do strefy euro i związanie naszej waluty z walutą europejską oraz określenie korzystnej dla eksporterów wartości złotego spowoduje, że polscy eksporterzy będą mieli warunki nie gorsze niż inni. Ważne jest także, że poruszając się w strefie euro, będą mieli jasne i przejrzyste reguły gry, dzięki czemu będą mogli racjonalnie planować swój rozwój, bez ciągłej obawy o nieprzewidziane ryzyka kursowe naszej waluty. To jest najważniejsze zadanie dla naszego rządu. A pomoc publiczna? Jest zabroniona. I słusznie. Jeżeli mówimy o realnej konkurencji, to pomoc publiczną musieliby otrzymywać wszyscy. To oczywiście niemożliwe. W związku z tym lepiej, żeby jej nie było.

Dziękuję za rozmowę.

Skip to content